Obserwowanie polskiej sceny politycznej, zwłaszcza w ostatnim czasie, wymaga nie lada poczucia humoru. Poczucia humoru połączonego z końskim zdrowiem, bo ze śmiechem jest tak, jak z piciem alkoholu. Jedno i drugie w przesadzonych dawkach szkodzi. Mija tydzień, wydaje się, że dopuszczalna granica została przekroczona, nadchodzi następny, który udowadnia, że granic nie ma. Nie ma granic śmieszności, nie ma nawet granic groteski.
A Polak, a Polak bierze to za dobrą monetę. Bezstronny arbiter musiałby bez wahań przyznać, że - poza wyjątkami, które nas teraz nie interesują - społeczeństwo składa się wyłącznie z idiotów i ciotek rewolucji. Idioci trawią wszystko bez zająknięcia. Ciotki rewolucji, które nie są idiotkami (przynajmniej niektóre z nich), dwoją się i troją, by głupszych od siebie jeszcze bardziej ogłupić. Jak długo może to trwać? Nie wiem. I chociaż bawię się setnie, gdzieś tam w głębi serca rodzi się smutek. Nie smucę się współczesnymi idiotami i ciotkami rewolucji. Oni w końcu odejdą. Smucę się, że po nich przyjdą następni.
Każdy przy odrobinie oleju w głowie (wyłączając ciotki rewolucji, bo one działają według innych priorytetów), bez względu na wyznawane poglądy polityczne, powinien wreszcie dostrzec powtarzający się ciąg kompromitacji. Pomijając wszystko, co było wcześniej, wystarczyłoby połączyć "drugi Dubaj" Szejnfelda, męczeństwo Protasiewicza, wysyłanie "gwiazd" do Brukseli i świeżutkie wyniesienie "Miśka", by zawołać: dość, przecież to parodia! A przecież przywołuję jedynie przykłady najbardziej spektakularne. Nie wiem, czy Szejnfeld w nagrodę za "Dubaj" ma jechać do Brukseli. Jeśli tak było, premier - nie po raz ostatni - udowadnia, że zupełnie stracił kontakt z rzeczywistością. Idioci, którzy dotychczas nie słyszeli o istnieniu Dubaju, na pewno są zachwyceni, że niebawem będą mieszkać w strzelistych domach. A ciotki rewolucji, przypominając sobie dzieciństwo, okraszą Dubaj Żeromskim. Że niby Baryce się nie udało, a premierowi się uda, bo ma piłkarskie uda. A "Miśka" ucałują w obie jagody (a nawet w czółko) jednocześnie idioci i ciotki rewolucji. Z tą tylko różnicą, że te ostatnie uczynią to bez entuzjazmu. Przykład Niesiołowskiego udowadnia, że nie wróżę z fusów.
Wszystko to zresztą drobnostki. Premiera, jak o tym wiemy, nikt nie może pobić w niczym. Nie ma zatem większego komika od niego samego. Kiedy stwierdził, że cieszyłby się, oddając władzę, gdyby to tylko mogło przywrócić spokój na Ukrainie, na głowę pobił braci Marx. Oglądając go niezapomniany Buster, w mig straciłby swą maskę. To nie wszystko. Premier dokonał czegoś trudniejszego. Przy okazji znokautował Talmę. A to już nie w kij dmuchał. I co? "Tragediante!" "Comediante!" A świat, choć wcale nie jest lepszy od nas, się śmieje.
A skoro przykład idzie z góry, groteska miejska szybko znalazła swój wiejski odpowiednik. Tu zegarki, niemiecki wymawiany po angielsku, a tam szarża z trzodą w tle. Sawicki odszedł na taśmach, wrócił na dziku. Anders miał wrócić na białym koniu, Sawicki wraca na zarośniętym kuzynie świni. Witos, który, wbrew pozorom, nie był takim aniołkiem, jak go niektórzy malują, przewraca się w grobie.
I jeszcze jedno. Na zakończenie. Nakręcani dziennikarze pytają cynicznych polityków o to, jak ich koledzy mogą tak łatwo zmieniać poglądy. I otrzymują różne, na ogół niezbyt mądre odpowiedzi. Odpowiedzmy za nich. Ci politycy tak łatwo zmieniają poglądy, ponieważ nigdy ich nie mieli. I nigdy mieć nie będą. Przy czym większości z nich nie chodzi o władzę, bo jakąż władzę zyskał Zalewski, jaką może zyskać "Misiek"? A jeśli nie chodzi im o władzę ...



Komentarze
Pokaż komentarze (52)