ochocki ochocki
288
BLOG

Osama i Obama

ochocki ochocki Polityka Obserwuj notkę 3

Ameryce najwyraźniej znudziło się finansowanie wojen imperialnych w Azji i Afryce jednocześnie, toteż wódz Obama kazał ogłosić, że mitycznego herszta terrorystów bin Ladena zastrzelono gdzieś w Pakistanie. Takie symboliczne przełamanie impasu w wojnie z osią zła stanowi zapowiedź rychłego wycofania sił amerykańskich z Afganistanu (gdzie od dekady udawały, że zajmują się łapaniem bin Ladena) i Iraku. Ot, po prostu, opłacalność wydobycia ropy spada wraz z wyczerpywaniem zasobów surowca na danym polu naftowym; im głębiej, tym drożej, i w pewnym momencie trzeba zabić terrorystę, który był pretekstem do zajęcia złóż, i przenieść się w inne miejsce, np. do Libii.

Nie mam, rzecz jasna, dowodów, że zabicie bin Ladena jest taką samą bujdą jak wcześniejsze jego istnienie. Prawdopodobnie brzmi jednak domysł, że to straszydło wymyślili socjotechnicy, ci sami od irackiej broni masowej zagłady, która wyparowała bez śladu po amerykańskiej agresji na Irak. Jeśli służby propagandowe jakiegoś mocarstwa raz kłamią, a innym razem mówią prawdę, to trudno odgadnąć, kiedy im zaufać. Taki już los krętaczy.

Media współczesne lubią radykalne podziały, z arbitralnym i kategorycznym wskazaniem Ostatecznego Dobra i Bezwzględnego Zła. Ta dychotomia jest konieczna dla utrzymania rentownej oglądalności w czasach, kiedy widz unika samodzielnego myślenia. Od tego ma telewizję, która informuje go szczegółowo o tym, co ma myśleć na każdy temat. Obowiązujące wszędzie tam, gdzie telewizor da się podłączyć do prądu, kult demokracji i polityczna poprawność każą głosić z ekranu pochwalną propagandę na cześć Ameryki, jej Stanów Zjednoczonych, ich Armii i jej Wodzów. Każdy, na kogo USA napadną, jest wcieleniem Zła. Jakżeby inaczej, skoro każdy konflikt musi mieć czarną i białą stronę. Jeśli nawet Dobro czasem przegra jakąś pojedynczą bitwę czy kampanię, to potem i tak będzie happy end.

Wszystkie toczone przez Amerykanów wojny ukazywane są jako wielka krucjata w obronie wolności i demokracji. Z podobnym patosem, i równie kłamliwie, kraje dawnego bloku wschodniego, uzależnione od ZSRR, nazywały siebie demokracjami ludowymi. Ilość tej demokracji była na ogół odwrotnie proporcjonalna do liczebności ludu, a upór, z jakim usiłowano wmówić obywatelom moralną przewagę komunizmu nad Zachodem przeraża do dziś. Obecnie świat zjednoczył się wokół amerykańskiego sztandaru, a następcą radzieckiego totalitaryzmu w roli wroga nr 1 został terroryzm. Otoczka propagandowa została, czasem nawet proamerykańskie teksty pisują ci sami ludzie, którzy kiedyś dorabiali się na przyjaźni polsko-radzieckiej.

Głoszenie przez komunistyczną propagandę tezy o nieuchronnym zwycięstwie socjalizmu i jego przewadze nad kapitalizmem w każdej dziedzinie było dość skuteczne, tyle, że komuna upadła, i każdy dziś uśmiecha się z politowaniem czytając te stare brednie wyciągane niekiedy z archiwów. A przecież tak niewiele różni ówczesne sowieckie baśnie od aktualnych przesądów o amerykańskiej dominacji na świecie. Powie ktoś, że ZSRR będąc groźnym, bo nieobliczalnym i atomowym mocarstwem rządzonym przez opętanych ideologią komunistyczną zbrodniarzy, okazał się ostatecznie kolosem na glinianych nogach, bo nie wytrzymał gospodarczego i militarnego wyścigu z prawdziwą potęgą USA. Owszem, zgoda, tylko kto dziś da gwarancję, że Ameryka w przyszłości wytrzyma napór wschodzących potęg Chin i Indii, zwłaszcza, jeśli uda się im dogadać - nie takie cuda polityka międzynarodowa widywała w przeszłości. Oczywiście kwestia moralnych przymiotów Ameryki i Chin nie będzie miała żadnego znaczenia; racje etyczne zawsze są po stronie zwycięzcy.

Publiczność, karmiona racjami moralnymi, dawno już straciła z oczu tak zwaną rację stanu, czyli interes państwa, który zawsze decydował o kierunku i kształcie polityki zagranicznej. Nie to jest ważne, co się obywatelom podoba i ładnie wygląda, ale to, co się państwu opłaca. Na czele państwa stoi w USA wąska elita, która interes kraju rozumie jak swój własny, i nie stroni od instrumentalnego traktowania wojen i tym podobnych gier składających się na politykę jako sposobu na wzmocnienie swojej pozycji wewnętrznej. Jeśli Obama traci w sondażach z powodu reformy systemu ochrony zdrowia, to, być może, usiłuje odrobić ten spadek poparcia inscenizując koniec którejś z przewlekłych wojen. Są one wprawdzie toczone w dobrej wierze, bo przeciwko Złym Siłom Ciemności, ale zawsze to lepiej wojnę kończyć niż rozpoczynać. Chyba, że rozpoczęcie jakiejś kolejnej wojny wymaga, zdaniem pijarowców, zakończenia poprzedniej. Z laureatami Pokojowej Nagrody Nobla bywa różnie, zwłaszcza, jeśli piastują urząd prezydenta USA.

Jeśli ktoś zastanawia się, co zabicie Osamy bin Ladena może znaczyć, to ma nad czym. Ze stuprocentową pewnością można twierdzić, że jest to fakt, który zostanie jakoś wykorzystany. Coś z tego musi wyniknąć, że domniemany autor zamachów z 11 września 2001 r., główny pretekst do trwających od dekady wojen i czołowy szwarccharakter amerykańskiej machiny propagandowej został znienacka zlikwidowany (tak jakby nie dało się go obezwładnić przy pomocy technologii XXI wieku, na taką postać musiała jednak wystarczyć znana od stuleci kula karabinowa).

A coś mi się zdaje, że niebawem zaprezentują nam Jankesi nowego wroga. Arab zrobił swoje, Arab może odejść...

5.05.2011

ochocki
O mnie ochocki

. . . PRECZ Z KOMUNĄ !

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (3)

Inne tematy w dziale Polityka