Wielki Niemowa, jak czasem zwykło się nazywać wyborców, powiedział… Wszyscy właśnie się zastanawiają, co. Moim zdaniem: słowo, które zawsze kończy grę: „Sprawdzam”.
/Rafał A. Ziemkiewicz - http://blog.rp.pl/ziemkiewicz/2011/10/09/sprawdzam/
Otóż to, i niewiele można dodać, nie obraziwszy przy tym Wielkiego Niemowy. Tym się od red. Ziemkiewicza różnię, że nie pogodziłem się jednak z nieuchronnością demokracji, i nie uważam Wielkiego Niemowy za świadomego swych decyzji. Być może przyjdzie mi to wraz z siwizną, odpukuję w niemalowane.
Jedynym radosnym aspektem wygranej PO jest fakt, że to ona musi teraz rządzić tym bałaganem, do którego rozpętania się przyczyniła. Premier Tusk, któremu nie dali rady nawet kibole, wygłosi niebawem pierwsze w dziejach III RP expose, w którym nie będzie mowy o trudnej spuściźnie chaotycznych rządów poprzedników. Serce rośnie i ślinka cieknie na te ich nadchodzące reformy, na palącą się w rękach robotę, której nie zakłócą normalne dotychczas u progu kadencji czystki personalne, klecenie umowy koalicyjnej i związane z tym targi, ani nawet zwykłe ględzenie o dziurze budżetowej, którą odchodząca władza wywierciła, by kupić sobie drugi turnus na stanowiskach.
Różni wokół, liczni niestety, więc nie ma co wytykać palcem każdego z osobna, radują się, że wreszcie Tusk z Palikotem przepędzą Kaczyńskiego precz z wielkiej polityki. Uważam te szampany za otwarte przedwcześnie. Jarosław Kaczyński, nawet jeśli partia odsunie go od prezesowania (wątpliwe z braku kontrkandydatur), jest bezcenny dla PiS jako rodzaj relikwii po 'zdradzonych o świcie', dla Platformy zaś jako straszydło i 'człowiek, którego kochacie nienawidzić'. Gdyby nie Kaczyński, Palikot ze swoim Ruchem Poparcia nie miałby na kim oprzeć swojej kampanii, a ugrał przecież 10 % skrajnie antyklerykalnego elektoratu. O wzroście znaczenia Kaczyńskiego zadecyduje najpewniej stopniowa radykalizacja nastrojów społecznych, wywołana czynnikami zewnętrznymi, to jest kryzysem. Ten zawsze sprzyjał opozycji. Donald nie będzie już miał czasu na walkę z transparentami o Toli. Będzie musiał przekonać swoje 40 % głosujących, że za benzynę po 7 albo 8 zł za litr odpowiada opozycjonista Kaczyński. I tu dochodzimy do sedna. Otóż taki zabieg propagandowy wcale nie jest przy takim elektoracie niewykonalny.
Mówi się, że wyborcy stawiając krzyżyki przy kandydatach z małych ugrupowań marnują głos. Ich partia nie wchodzi bowiem do Sejmu, nie uzyskawszy 5 % progu wyborczego. Jeśli jednak spojrzeć na wynik PiS i PO, które kolejno rządziły przez ostatnie 6 lat, to nasuwa się wniosek, że zmarnowano dziś 70 % głosów. Obie te partie rządziły tak samo, choć PO była ładniej ubrana, uśmiechnięta, i nie posiadała w swych szeregach Ziobry, ani nie weszła w koalicję z Giertychem. 70 % wyborców, czyli jakieś 10 milionów ludzi (frekwencja 47 %, uprawnionych do głosowania 30 mln) uznało, że jest dobrze. Tłum ten dzieli się na dwa stronnictwa: jedni wolą krzyczeć 'gdzie jest krzyż!', a inni nie trawią fizjonomii prezesa. Za to wszyscy wywodzą się, chyba już wcale o tym nie pamiętając, z masy wyborców malowanej jeszcze przed wyborami koalicji PO-PiS w 2005 roku.
10 milionów ludzi zagłosowało na partie, które nie posiadają programu (albo starannie go ukrywają, bo nawet taki maniak jak ja nie potrafi przytoczyć głównych jego punktów z pamięci, bez wspomagania się internetem). 10 milionom ludzi nie przeszkadza wzrost cen paliw i energii, który przekłada się na inflację, a ta z kolei oznacza spadek realnych dochodów. 10 milionów ludzi sankcjonuje swoim głosem szkolnictwo, służbę zdrowia, koleje i drogi. To wszystko zdaniem 10 milionów ludzi wygląda, jeśli nie kwitnąco, to zadowalająco.
O pozostałych 20 milionach uprawnionych do głosowania wiemy niewiele. 3 miliony wrzuciło karki z Palikotem, PSL-em, Napieralskim i resztą drobnicy. 17 milionów nie trafiło do lokalu. Jest im wszystko jedno, albo nie wiedzą na kogo zagłosować. Być może im się nie chciało. Tak wygląda przybliżona statystyka wyborów, które odbyły się w stosunkowo spokojnym nastoju, w jaki wprowadziła nas rządząca partia i wiodące media. Żeby zdobyć władzę w wyborach wystarczy - przypomnę - ok. 7,5 miliona głosów przy frekwencji ok. 50 %.
Czasem jednak nastroje bywają rozhuśtane. Zdarzają się kryzysy, rosną długi i niezadowolenie. Powstają spontanicznie formowane ruchy obywatelskie, oddolnie i naprędce klecone ugrupowania, albo związki zawodowe. Może to być Samoobrona, która nie urosła nigdy do rozmiarów ruchu ogólnonarodowego, bo i czasy temu nie sprzyjały, ani entourage tej rabacji nie zdołał przyciągnąć mas. Ale już poprzedniczka Samoobrony, mityczna Solidarność z zamierzchłych czasów...
I zgadnijcie, ilu Polaków zapisało się do tej Solidarności? Zgadliście. 10 milionów.
9.10.2011
637
BLOG



Komentarze
Pokaż komentarze