Dr Migalski opisuje, jak rozkładają się emocje w narodzie. Na samej górze politycy, którzy żyją ze sobą w stosunkach przyjaznych, niżej dziennikarze-komentatorzy, skłóceni podziałami politycznymi, a pod nimi lud, który czyta publicystykę. Pod jej wpływem miłośnik Ziemkiewicza potrafi opluć albo zadźgać wyznawcę Urbana, lub odwrotnie. Skąd taka akurat stratyfikacja emocji, dlaczego to nie politycy się zarzynają, a ich wyborcy? O głębszą prawidłowość dotyczącą kondycji człowieka w ogóle pyta dr Migalski jakiegoś filozofa, dlatego zgłaszam się do odpowiedzi. Jestem bowiem właśnie jakimś filozofem, nie tylko bez habilitacji, ale nawet bez doktoratu.
Filozof z habilitacją rzecz omówiłby w ujęciu fenomenologicznym, doktor nawiązałby do imperatywu kategorycznego Kanta, ja natomiast będę pisał normalnie, bo na kantach się nie znam. I nie będzie nawet o kondycji człowieka, bo nie o to chodzi w sporach politycznych. Chodzi o zasady.
Lud postrzega tzw. wielką politykę z pozycji widza-kibica, za pośrednictwem mediów, w których pokazywani są politycy w czasie wykonywania swojej pracy - na mównicy sejmowej, z której pouczają się się wzajemnie, na czym powinien polegać patriotyzm i odpowiedzialność za Ojczyznę, co to jest honor i racja stanu. Definicji powyższych wartości jest na ogół w Sejmie tyle, ile w nim aktualnie zasiada klubów parlamentarnych. Te kluby parlamentarne przypominają kluby piłkarskie, posiadające kibiców-szalikowców wśród ludu, a publicyści od biedy przypominają red. Szpakowskiego, tylko nie zachowują bezstronności i zwykle sympatyzują z którąś z partii, wywołując emocje w narodzie.
Ten ostatni widząc, że mecze sejmowe są w istocie rozgrywane na niby, bo co to za mecz, po którym zawodnicy piją razem wódkę i żartują sobie po przyjacielsku, postanawia wziąć sprawy w swoje ręce. Stąd podział na zdrajców i faszystów, sługusów Rosji i Niemiec oraz na wariatów od Rydzyka. Tutaj wszystko przeżywa się naprawdę i na serio, bo gdzieżby indziej? Lud szczerze pasjonuje się sprawami Ojczyzny - nie cały lud, rzecz jasna, tylko jego nieliczni, zainteresowani polityką, delegaci - i widocznie szlag go trafia, że ci u góry markują prawdziwe działania, bawią się w grę o władzę.
Ludowi delegaci, czy to w dyskusji u cioci na imieninach, czy na zadymie ulicznej 11 listopada, reprezentują pozycje skrajne i używają wulgarnego słownictwa tudzież kamieni, bo na tym polega w ich mniemaniu polityka. Można z wyniosłością Posła na Sejm Rzeczypospolitej odzianego w jedwab krytykować uliczne bitwy i dyskusje spod budki z piwem, bo któryż Miller zechciałby się szarpać w Sejmie z którymś z wariatów od Rydzyka za garnitury? Ale ulica ma rację - w tym sensie, że ani Miller, ani PiS, ani żadna inna partia absolutnie nie realizuje zgłaszanych przez naród postulatów, nie spełnia oczekiwań, nie mówiąc już o wyborczych obietnicach. Jak tu zareagować, jeśli nie oburzeniem, złością, kurwą i butelką z benzyną?
Na takich to emocjach wykreowano niegdyś Leppera, który próbował ukrócić zjawisko zwane przez niego Wersalem. Znaną od lat tezę o utracie przez polityków kontaktu z prawdziwym życiem i prawdziwymi ludźmi przypomniał ostatnio Andrzej Rozenek z Ruchu Palikota, bo i ten ruch różni się od Samoobrony jedynie anturażem, usiłuje wszak wygrywać swoje słupki i procenty na podobnym do lepperiańskiego niezadowolenia mas. Kiedy jednak poseł Palikot osobiście usiłował podczepić się pod tłum, bo zapachniało mu to dobrym interesem politycznym, to się tym razem tłum nabrać nie dał, i kandydata na trybuna przepędził precz. Może Palikot próbował wtopić się w nie ten tłum, co trzeba, a może pechowo trafił na chwilowy wzrost społecznej nienawiści do tych z telewizji, ubranych w garnitury?
Problem zmienności kaprysów tłumu to temat na osobną opowieść; istotne jest, że silne emocje, jakie tym tłumem targają, wynikają z niedotrzymania przez klasę polityczną warunków niepisanej umowy o reprezentowaniu interesów ogółu. Nikt zresztą nie usiłował nawet tej umowy nigdy dotrzymywać w polskim modelu demokracji, w którym partie polityczne tworzą się nie oddolnie, w terenie, lecz budowane są od prezesa w dół. Politolog Migalski udaje, że o tym nie wie, by sprowokować dyskusję na ten temat, albo po prostu zapomniał, jak powinna wyglądać polityka cywilizowana.
Ot i cała filozofia tłumu.
29.01.2012



Komentarze
Pokaż komentarze (1)