Jeśli ktoś myśli, że wie, na czym polega pijar i socjotechnika w wykonaniu Platformy, to dopiero teraz się przekona, jak to powinno wyglądać. W najbliższych tygodniach Partia Władzy stanie na uszach, żeby przełamać już nie jakiś tam spadek w sondażach, ale kompletne ośmieszenie. Najgorsze, że uszy udźwigną to cielsko.
Refundacja do decyzji NFZ nie mogła wywołać lawiny na fejsbuku, bo leki kupują przecież głównie starsi, gorzej wykształceni, z mniejszych ośrodków, czyli betonowy, wykluczony cyfrowo elektorat PiS. Młodzi, wykształceni, z wielkich miast leczą się za pomocą Google i reklam w TV, a polecane przez tych znachorów medykamenty dostępne są bez recept i refundacji. Dopiero reakcja młodzieży przestraszonej, że rząd za pomocą ACTA wyłączy internet wywołała wrażenie, że Platforma się kończy, wszystko się wali i za chwilę pozaparlamentarny gabinet utworzy grupa Anonymous.
Przypominam tym, co skaczą (bo kto nie skacze - ten za ACTA), że najbliższe wybory do Sejmu odbędą się w Polsce Ludowej jesienią 2015 roku. Młody człowiek, dziś po studniówce, ukończy do tego czasu studia pierwszego stopnia, a jeśli jest kobietą, to bez zbytniego pośpiechu zdąży urodzić dwoje dzieci. Prawie cztery lata to jest, zwłaszcza dla tych młodych, co dziś się oburzają, po prostu epoka.
Każda epoka ma swe własne cele i zapomina o wczorajszych snach - pouczał starożytny poeta Asnyk. Procedura ratyfikacji i podpisywania porozumienia ACTA prędzej znudzi wszystkich skaczących, niż zmusi rząd PO do wcześniejszej dymisji. Nawet jeśli przyjąć, że mrozy szybko ustąpią i nadejdzie milsza manifestacjom wiosna. Cenę benzyny też uda się obniżyć do pożądanego przez lud pułapu, powiedzmy, 5.20 PLN, tylko po co to robić w 2012 roku, skoro głosy do urn trafią dopiero pod koniec nadchodzącej epoki?
Zadyszka, jakiej Platforma doznała w związku z przedłużającym się świętowaniem obrony pozycji partii rządzącej jesienią ubiegłego roku, przeminie, jak sądzę, bez większych powikłań. Chwilowy wybuch niezadowolenia tym i owym posunięciem rządu zagłuszy się po prostu kolejnymi dawkami propagandowego bełkotu o optymizmie i podrasowanymi statystykami dowodzącymi, że kryzysu w Polsce nie ma i się nie zanosi. Wszystko to pod warunkiem, oczywiście, że kryzys naprawdę uda się odpędzić takimi szamańskimi zaklęciami. Ale kryzysy bywają uodpornione na magię, jak niektóre bakterie na refundowane antybiotyki.
Jeśli dotknięte posunięciami Platformy grupy społeczne i branże - emeryci, renciści, służby mundurowe i pracownicy ochrony zdrowia, kierowcy, studenci, kibole itd. - dostaną kolejny pretekst do wspólnego wystąpienia, a takim może być konieczność nagłego podniesienia stawki VAT o kolejny punkt procentowy, spełni się pół marzenia każdego, kto ma dość Tuska i jego ferajny u sterów. Dlaczego pół? Bo wprawdzie może się udać odsunięcie obrzydłych technokratów od koryta, ale wciąż nie będzie ich kim zastąpić. Owszem, kandydatów do obsadzenia posad ministerialnych mamy na pęczki, tylko że niewiele się oni różnią od tych obecnie nam panujących.
Trwająca od afery Rywina (a to już 10 lat, jak ten czas szybko tracimy...) - która ostatecznie unieważniła pookrągłostołowe rozumienie lewicy i prawicy jako spadkobierców PZPR i Solidarności - polaryzacja PO-PiS nie daje specjalnego wyboru: kaczyzm obrzydzono narodowi do cna, Palikot jest pomysłem Tuska na kontrolowaną przez rządzących partię wiecznego protestu, a SLD znaczy tyle, co PSL i inne przystawki, z żelaznym wprawdzie elektoratem, ale bez szans na wymyślenie jakiejkolwiek oferty dla mas. Można zgadywać, że np. partia protestu wyrwie się spod kontroli tak jak niegdyś udało się to Samoobronie, albo że naród przypomni sobie, że ma serce z lewej strony i znów pokocha towarzyszy Szmaciaków z SLD, ale to są prognozy nie uwzględniające silnych emocji targających elektoratem. Takich zaś emocji i licznych wybuchów niezadowolenia społecznego należy oczekiwać, jeśli wziąć pod uwagę gierkowską skalę zadłużenia państwa i jego możliwe konsekwencje, które skrótowo nazywamy kryzysem.
Politycy Platformy, co byśmy tu o nich nie wypisywali, rozumieją powagę sytuacji. Mogą oni popełniać błędy w sztuce rządzenia, zdarza im się zapomnieć o obowiązkach służbowych, kiedy zbytnio zaangażują się w zwalczanie którejś z koterii wewnątrz partii, ale zdają sobie przecież sprawę, że władzy raz zdobytej oddać nie można. To by dopiero była katastrofa. Dlatego właśnie czeka nas w najbliższym czasie stawanie na uszach. Czekam na to ze ściśniętym sercem, ale też z nadzieją na dobrą zabawę, bo wyobraźmy sobie, jakich cudacznych sztuczek ekwilibrystycznych trzeba będzie dokonać, żeby przezwyciężyć zniechęcenie i bunt rozpleniony po internecie, głównie w formie obrazkowo-komiksowej.
Będę złośliwie kibicował partii rządzącej w tych zapasach propagandowych, licząc na to, że im później dojdzie do eksplozji anty-platformerskiej, tym będzie ona bardziej widowiskowa. Najważniejsze jednak, by oprócz widowiska przyniosła pożytek. Kiedy naród dojrzeje do wniosku, że klasa polityczna wyczerpała swoje możliwości i dwudziestej z kolei szansy nie należy jej już dawać, może uda się w Polsce zaprowadzić rządy prawa. I nie mam wcale na myśli partii, która ze słowa Prawo uczyniła połowę swej nazwy.
31.01.2012
512
BLOG



Komentarze
Pokaż komentarze