Podający się za detektywa, choć pozbawiony licencji, Krzysztof Rutkowski rozwikłał zagadkę zaginionego dziecka, ale wykonał publiczny lincz na jego matce. Podająca się za dziennikarkę Kolenda-Zaleska oznajmiła Rutkowskiemu, że najbardziej obrzydliwe w pana zachowaniu jest to, że pan się kreuje na bohatera, na pewno pan nie jest bohaterem. Natomiast podająca się za profesora Środa obciążyła za tę straszną śmierć nas wszystkich.
Każdy ma coś do powiedzenia w sprawie nieżyjącej dziewczynki, a zwłaszcza jej matki, tak jak wszyscy w Polsce byli swojego czasu ekspertami od skoków na nartach, a także znali się na konstrukcji samolotów Tupolew. Nie wiem, tak jak inni nie mogą dziś wiedzieć, jakie będą rezultaty sekcji zwłok niemowlęcia, dlatego uchylę się póki co od odpowiedzialności za jego śmierć, którą to prof. Środa chce mnie obciążyć. Zwracam jednak uwagę na ciekawe zjawisko wywołane wielodniową obecnością sprawy w mediach, głównie - jak zwykle - elektronicznych, czyli w telewizji.
Do tej pory regułą w sprawach dotyczących dzieci odnajdywanych w beczkach z kapustą albo na śmietnikach było powszechne potępienie rodziców przez opinię publiczną, niezależnie od szczegółów każdej takiej tragedii. Nikt nie wnikał, czy dziecko wypadło matce ze śliskiego kocyka na wysoki próg, czy też zostało uduszone celowo - wszyscy jednogłośnie domagali się przykładnego ukarania winnych śmierci rodziców, przy czym na ogół pojawiała się tu kwestia przywrócenia kary śmierci. Martwe dzieci budziły w społeczeństwie zawsze ten sam odruch, wynikający z oburzenia bestialstwem lub zaniedbaniem. Nie było litości i pardonu.
Półroczną Magdę z Sosnowca odnaleziono w załomie ceglanego muru jakiejś ruiny na uboczu, przysypaną gruzem. Niewiele się to miejsce różni etycznie od beczki z kapustą. 22-letnia matka przyznała się, że nieżyjącą córkę umieściła tam sama. Ewentualnych współsprawców i okoliczności zdarzenia wyjaśni śledztwo, a sekcja zwłok pozwoli ustalić, w jaki sposób doszło do śmierci. Uwaga opinii publicznej skupiona jest tymczasem na osobie tak ciężko doświadczonej przez los matki, z której siłą zeznania wydobył przed kamerą Rutkowski. Przeważa współczucie, płyną wyrazy zrozumienia, ten i ów usiłuje tłumaczyć postępowanie matki. Nie słychać żądań, by ją powiesić, a jeśli takie były, to zniknęły wśród szumu usprawiedliwiających głosów przesyconych empatią.
Nastoje odmienne są od dotychczasowych do tego stopnia, że komentatorzy nawet zakładając, że matka dziecko zabiła, usiłują stawiać się w jej sytuacji, tłumaczą ją - jak prof. Środa - religijnym terrorem otoczenia, skomplikowanymi uwarunkowaniami ekonomicznymi, czyli biedą, itd. Oto jak potężnym medium jest telewizja - ubolewać tylko wypada, że aż takiego dramatu trzeba było, żeby tę telewizyjną potęgę unaocznić wszystkim dotychczas powątpiewającym.
Przez tydzień z okładem pokazywano 22-letnią zapłakaną kobietę, która prosiła za pośrednictwem telewizora zmyślonego porywacza, żeby oddał uprowadzone rzekomo dziecko. Widownia tak bardzo pokochała tę zanoszącą się od szlochu postać, skądinąd przekonującą w swoim krętactwie, że dzisiaj nie potrafi jej potępić wprost. Gdyby nie historyjka o porwaniu, którą matka zainicjowała bojąc się poniesienia odpowiedzialności za to, co zrobiła (cokolwiek to było), nikt by chyba dzisiaj nie pasjonował się psychologicznymi niuansami jej postępku. Fakt, nie byłoby całej afery z Rutkowskim i poczucia, że mniej lub bardziej winna matka zrobiła mnóstwo ludzi w konia, angażując ich w poszukiwania, rozlepianie plakatów i nagłaśnianie poszukiwań dziecka, które od początku spoczywało pod gruzem w parku. A może ludzie zrobieni w konia tak bardzo nie chcą się do tego przyznać, że teraz próbują usprawiedliwić i siebie, i matkę?
Nie sposób tego rozstrzygnąć, ale uważam, że gdyby telewizyjna kariera płaczącej Katarzyny W., której porwano córeczkę, potrwała jeszcze z tydzień, każdy niekorzystny dla aresztowanej matki wynik sekcji, i każdy wyrok sądu, który by ją uznał winną, zostałby przyjęty przez lud jako sfałszowany, niesprawiedliwy, sąd zostałby wygwizdany, a Katarzyna W. po wyjściu na wolność z woli ludu dostałaby propozycję prowadzenia własnego programu w telewizji.
Najlepiej w miejsce Kolendy-Zaleskiej.
5.02.2012
1467
BLOG



Komentarze
Pokaż komentarze (4)