Jeżeli uważnie przeczytać tzw. „Przypowieść o synu marnotrawnym” (Łk 15,11-24), i jeżeli do tego ma się odwagę przyznać się do swojej własnej marnotrawności, której się doświadczyło, ciekawą rzecz można odkryć i nazwać. Dla mnie było to odkrycie wyzwoleniem, więc podejrzewam że musi być ono prawdziwe (por. J 8,32). Dziękuję ks. T. Dajczerowi za „Rozważanie o wierze”, które były dla mnie inspiracją do tego odkrycia.
Otóż syn wcale nie dlatego wrócił do ojca, że przypomniał sobie o swojej do niego miłości. Powodem powrotu syna była miłość własna, czyli po prostu egoizm. Marnotrawny nie poradził sobie w życiu i wolał na powrót stać się dzieckiem niż udawać dorosłego. I jeżeli uznać w tym ojcu z przypowieści obraz Ojca niebieskiego, okazuje się, że On wcale nie pogniewał się na ten egoizm; wręcz przeciwnie, pomimo czy może właśnie ze względu na ten egoizm Ojciec wybiega na spotkanie egoisty i przytula go (a właściwie rzuca mu się na szyję).
Ten egoista jest przecież Jego synem. A syna Ojciec bardzo kocha. I w przeciwieństwie do egoistycznej miłości syna Boża miłość jest bezinteresowna. Ojciec szuka szczęścia dziecka, a ponieważ wie- wiedział to przecież również wtedy, kiedy syn odchodził- że szczęściem dziecka jest być przy Ojcu, dlatego nie ma w Nim nawet cienia wahania czy przyjąć go z powrotem. Jest otwartość nie tylko ramion, ale przede wszystkim serca na to, żeby synowi było dobrze.
Czuję się zachęcony do tego, żeby nie udawać. Nie udawać żalu, nie doszukiwać się w sobie nagłego przypływu pobożności, nie nakręcać emocji tak aby zdążyć przed powrotem poczuć że kocham Boga, od którego się odwróciłem, nie kłamać, że wracam dlatego bo zrozumiałem czym jest prawdziwa miłość.
Więcej: wydaje mi się, że tylko taki egoistyczny powrót- wracam, bo okazało się, że bez Boga jest gorzej niż z Nim- jest prawdziwy. Byłoby szukaniem siebie, gdybym teraz, wracając, płakał z żalu i bił się w piersi wyznając miłość do Boga i przekonując Ojca, jak strasznie przykro mi, że Go zraniłem; bo przecież tak naprawdę wracam dlatego, że zraniłem sam siebie. Znów, jak przy odejściu, byłbym najważniejszy, gdybym tak właśnie się zachował.
Dlatego z całym moim egoizmem przychodzę do Ciebie, Ojcze. Jest mi źle z moim grzechem i nie umiem sobie z Nim poradzić. Planuję, ale nic z moich planów nie wychodzi. Jest we mnie smutek, którego nie umiem rozśmieszyć, jest we mnie bezsilność, której nie mam siły zmienić. Wychodzi na to, że miałeś rację. Robiąc bilans zysków i strat przekonałem się, że lepiej mi będzie wrócić do Ciebie.
Wierzę, że tylko Twoja miłość, która przyjmie mnie z tym egoizmem i na cześć mojego egoistycznego powrotu wyrazi się uroczystą ucztą, ma moc skruszyć moje serce. Dopiero wtedy, Ojcze, usłyszysz: „Kocham Cię, Tatusiu”. Na razie wracam, bo bez Ciebie jest jeszcze gorzej.
Kocham się, Ojcze.





Komentarze
Pokaż komentarze