399 obserwujących
2903 notki
12306k odsłon
  2604   0

O wspólnotach bazowych i ich niszczeniu

 O tym w jaki sposób ojcowie Jezuici przekształcili się z żołnierzy Kościoła w żołnierzy kogoś innego, o kim przyjedzie jeszcze pora powiedzieć, rozmawialiśmy już kilkakrotnie. Wszystkie tajemnice owego przekształcenia nie są znane nikomu, a ja nie aspiruję tu do ich wyjaśniania. Chciałbym tylko abyśmy przyjrzeli się raz jeszcze w jaki sposób organizacja oparta na bezwzględnym posłuszeństwie może zostać w bardzo krótkim czasie przerobiona na coś co zaprzecza jej istocie. Chciałbym także byśmy przyjrzeli się w jaki sposób organizacja ta przeszła od walki ideologicznej, propagandowej wprost do akcji bezpośredniej i odbijania z bronią w ręku terenów uznanych za wrogie. Chodzi mi rzecz jasna o Nikaraguę początku lat osiemdziesiątych, które to lata były jednocześnie początkiem pontyfikatu Jana Pawła II. Oto w latach osiemdziesiątych wybuchła w Nikaragui rewolucja, skierowana przeciwko reżimowi niejakiego Somozy, bydlaka i okrutnika. Somozę popierały Stany Zjednoczone, a przeciwko niemu walczyli partyzanci popierani przez Moskwę. Nikaragua była krajem rolniczym, wcale nie ubogim, pokrytym gęstą siecią parafii i misji jezuickich pamiętających jeszcze papieża Pawła III. Żeby zwyciężyć partyzanci komunistyczni potrzebowali jakiegoś oparcia w terenie, jakiejś sieci ośrodków, które dawałyby ich możliwość odpoczynku, regeneracji sił i dostarczałyby rekruta, a także podtrzymywały ducha walki w narodzie. Sieć tę, ku zaskoczeniu, może niezbyt wielkiemu, ale jednak zapewnili czerwonym ojcowie Jezuici, którzy w Nikaragui wzruszali się bardzo losem biednych i uciśnionych. Jezuicka sieć była na tyle silna, a ich zapał w walce tak wielki, że rewolucja zwyciężyła, a czterech ojców Jezuitów zostało ministrami w rządzie Ortegi.


 

Jan Paweł II miał poważny kłopot. Oto najsilniejsza, najwierniejsza z wiernych struktura Kościoła podporządkowana papieżowi robi rzeczy, które nawet nie powinny jej członków interesować. Wszystko to zaś w imię utrzymania wiernych w kościele. Bo takich argumentów używał kilkanaście lat wcześniej generał zakonu ojciec Pedro Arrupe w czasie obrad Soboru Watykańskiego II – trzeba nowej idei by przyciągnąć ludzi do kościoła. I taka idea się znalazła. Był to komunizm w wydaniu moskiewskim.


 

Rewolucja nikaraguańska była próbą wyrwania – że się tak poetycznie wyrażę – wzorzystego dywanu katolickiej Ameryki Południowej spod stóp papieża Polaka. Była eksperymentem w skali mikro, który miał być powtórzony w skali makro. Nie udało się, bo w międzyczasie do władzy w USA doszedł człowiek nazwiskiem Reagan, również aktor, jak papież i od razu właściwie zaczął eksperymentować w skali makro. Z dość dobrym skutkiem, choć nie takim jakiego byśmy my tutaj w Polsce oczekiwali.


 

Można by długo rozprawiać o tym, kiedy wszystko się posypało i na ile my sami jesteśmy temu winni. Warto tylko przypomnieć w tym miejscu pielgrzymkę Jana Pawła II z początku lat dziewięćdziesiątych i to co wtedy zostało powiedziane, a następnie skomentowane przez tak zwane wiodące media. Warto tym bardziej, że do złudzenia przypomina to stosowany od lat pięćdziesiątych schemat rozgrywki pomiędzy dobrem a złem. Tyle, że w skali mikro. Świat lat pięćdziesiątych, świat powojenny zachłysnął się wolnością i to zachłyśnięcie sprowadziło ten świat na drogę – nie nadużywajmy wielkich słów, takich jak grzech – taniej rozrywki. Potem okazało się, że nie wszyscy mogą się tanio rozrywać, bo niektórzy, jak na przykład chłopi w Nikaragui nie mają na to środków, a może i ochoty. Pojawiło się więc pytanie; co zrobić, by im pomóc? By oni także mogli korzystać z kolorowej oferty świata tego, która pojawiła się w nowych czasach. Odpowiedź na to pytanie przyszła sama i podałem ją kilka akapitów wyżej. Wdrażać ją w życie zaczęli Jezuici wraz tymi drugimi, którzy mieli w rękach karabiny.


 

W Polsce po 1990 roku było podobnie, tyle, że nam nikt nie bronił udziału w taniej rozrywce, przeciwnie byliśmy do tej rozrywki pędzeni i namawiani i trwa to do dziś. Wtedy w latach dziewięćdziesiątych było to na tyle niepokojące, że zdenerwowało papieża. Dziś już nawet nie ma nikogo, kto mógłby się oburzyć. Triumf tego drugiego jest pełny.


 

Teraz wyjaśnijmy jeszcze dlaczego tam karabiny, a u nas bez karabinów. Oto dlatego, że tam trzeba było wystąpić przeciwko własności, która spoczywała w rękach sprawnie posługujących się bronią. U nas zaś żadnej własności nie było od roku 1945. Spokojnie więc rozkradziono to co nosiło miano „majątku państwowego” pozostawiając nas sam na sam z telewizorem i redaktorem Miecugowem, który wygląda tak, że człowiek zaczyna tęsknić za Somozą.


 

Uprzedzam, że za argument polemiczny w rodzaju: nic nie rozumiesz, bo tam zwyciężyli komuniści a u nas demokracja, wywalę z bloga. To czy zwyciężają komuniści czy tak zwana demokracja nie ma znaczenia, bo podział przebiega inaczej i o co innego – jak mawia stryj mój Czesław – się rozchodzi.

Lubię to! Skomentuj27 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale