Wczoraj profesor Antoni Dudek demonstrując całkowitą bezradność wobec jedynego rzeczowego argumentu, który pojawił się na jego blogu, czyli wobec mojego komentarza, zablokował mi możliwość komentowania jego wpisów. To jest coś, co z wolna staje się najbardziej charakterystyczną i wyróżniającą cechą środowisk akademickich – nie przyjmowanie do wiadomości, że rzeczywistość jest inna niż akademikom się zdaje.
Wypowiedział się pan profesor o rynku książki w Polsce i szansach na sprzedaż tytułów w jego ocenie wartościowych i ambitnych, a tłem swych rozważań uczynił 6 edycję konkursu na najlepszą, historyczną książkę roku. Wnioski zaś szef IPN zawarł we frazie:
w Polsce wydaje się bardzo dużo książek historycznych na dobrym i bardzo dobrym poziomie. Niestety w ślad za tą coraz bogatszą ofertą (co roku na rynek księgarski trafia coraz większa liczba tytułów), spada czytelnictwo, a w ślad za tym sprzedaż większości książek. To powoduje, że wydawcy w kolejnym roku obcinają nakłady i podnoszą ceny. Skutek tego jest oczywisty: coraz droższa książka, znajduje coraz mniejszą liczbę nabywców. W tej sposób powstaje swoiste błędne koło.
W mojej ocenie jest to jedno z wielu horrendów, którymi karmi się świat uczelniany. Oto oni mają standardy, robią coś dobrze, a nawet bardzo dobrze, co do tego wątpliwości nie ma, wszak jurorzy są najlepsi z najlepszych, a tu nic. Podły czytelnik nie chce wydawać na te drukowane pyszności swoich pieniędzy. Czy to nie jest okropne? Oczywiście, że jest, ale okropność polega na tym, że profesor Dudek i inni jurorzy tego biednego konkursu, w którym do podziału jest 60 kawałków na kilkanaście osób, nie zdają sobie sprawy kto jest czytelnikiem nagradzanych książek i czego oczekuje. Jeśli mamy z jednej strony książki, a z drugiej czytelników i książki owe są przez tych czytelników omijane, to znaczy tylko tyle, że nie nadają się one do niczego. Książki, nie czytelnicy, co z całą mocą podkreślam. Profesor Dudek zaś nie przyjmuje tego do wiadomości, bo gdyby przyjął, gałąź na której siedzi wraz z innymi profesorami od razu runęła by w dół i nie trzeba by nawet jej podpiłowywać. Któż jest więc winny tej przykrej sytuacji? Oto odpowiedź, której udzielił sam sobie Antoni Dudek:
Książka jest towarem, ale towarem szczególnego rodzaju. Korzyści, jakie jako naród odnieśliśmy w XX wieku z masowego czytelnictwa są oczywiste. W istocie był to jeden z najważniejszych czynników, który umożliwił uformowanie nowoczesnego narodu polskiego. Dlatego dziś naszą powinnością powinno być promowanie czytelnictwa książek nie tylko wśród młodzieży, ale i wśród dorosłych. To zadanie dla państwa, które niestety robi w tym zakresie skandalicznie mało, ale i dla nas wszystkich. Bo problem tkwi nie tylko w pieniądzach, których na promocję czytelnictwa skąpią władze państwowe i samorządowe, ale w mentalności nas wszystkich.
Państwo jest winne, bo musi wspierać czytelnictwo, a nie wspiera. Tak myśli profesor. Rozłóżmy myśl jego na jakieś prostsze elementy. Mamy oto fatalną, nie nadającą się do czytania książkę, która dostała nagrodę, bo bardzo podobała się jurorom. Nikt jej nie chce, nakład leży, książka została wydana za dotacje z Unii, nie ma więc kłopotu, nikt teoretycznie nie stracił pieniędzy, ale ta powierzchnia magazynowa zawalona paczkami i ta przykra świadomość, że autor się napracował, a wcześniej miał same piątki na studiach i nic z tego, nie kupują. No to cóż robić? Promować czytelnictwo rzecz jasna, napisać projekt kampanii, wyciągnąć budżet z ministerstwa i okleić plakatami wszystkie przystanki w kraju. Na plakatach umieścić znanych aktorów i polityków z pierwszych stron gazet i Rusinka, tego od Szymborskiej. Pieniądze poszły. Czy książka się sprzedała? Diabła tam, leży nadal. Cóż na to odpowie profesor Dudek? Otóż powie on, że to ubożenie społeczeństwa winne jest tego stanu. Bieda po prostu, ludzie nie mają pieniędzy i nie kupują mądrych książek. Bardzo przepraszam, ale to jest tłumaczenie człowieka zapędzonego do narożnika.
Najlepsze zostawia dla nas Antoni Dudek na koniec:
Dlatego na koniec dwa apele. Pierwszy do polskich dziennikarzy: gdy przeprowadzacie wywiad z osobą publiczną (politykiem, urzędnikiem, twórcą czy celebrytą) zadajcie mu pytanie o to jaką książkę ostatnio przeczytał lub też właśnie czyta. Nawet jak skłamie, to i tak z wszystkich kłamstw, jakie wam właśnie powiedział to będzie najbardziej niewinne. A może być – chyba jako jedyne – wręcz pożyteczne.
Drugi apel kieruję już do wszystkich. Za chwilę rozpocznie się coroczny szał zakupów bożonarodzeniowych prezentów. Niechaj znajdą się wśród książki. Zapewniam, że dziś można znaleźć coś odpowiedniego dla każdego – bez względu na wiek, wykształcenie czy poglądy.
Jak widzicie profesor ma niezachwianą wiarę w media. Nie rozumie on, że jeśli coś jest dziś lansowane i promowane w mediach od razu uznawane jest za trefne i nie nadające się do niczego. Przeoczył Antoni Dudek ten moment, kiedy nachalne promowanie przez dziennikarzy samych siebie, swoich kochanek, wujków i ciotek osiągnęło punkt krytyczny. Teraz zaś nie wie biedaczek jak się do tego wszystkiego odnieść, jak się ustawić.
Ja mam do pana profesora w związku z tym jego emocjonalnym niesłychanie tekstem jedno pytanie: czy to prawda, że lokalne oddziały IPN nie mogą dystrybuować swoich publikacji przez Warszawę i inne niż własny oddziały? Czy jeśli rzeszowski oddział IPN wydaje coś, to Warszawa nie może tego sprzedawać? A jeśli to prawda, byłbym wdzięczny za wyjaśnienie dlaczego tak jest. Ja rozumiem, że o wiele łatwiej jest odpowiadać na miauczenie pochlebców, takich jak Sowiniec, niż na takie pytania, ale uważam, że dla kondycji polskiej książki historycznej, która tak bardzo leży profesorowi na sercu i wątrobie, jest to jedno z pytań kluczowych.
Wszyscy wiemy, że kłopoty książki zaczynają się z chwilą kiedy trafia ona do dystrybucji. Książka w założeniu przynajmniej ambitna nie ma właściwie żadnych szans w tym systemie dystrybucji, który mamy dziś w Polsce, po prostu przepada. Jeśli więc istnieje w kraju sieć poważnych instytucji, o nazwie zbiorczej IPN, powinny one współpracować ze sobą i stworzyć alternatywną sieć dystrybucji swoich wydawnictw, nie poprzestając na tych koszmarnych, rachitycznych jarmarkach w siedzibie instytutu, powinno to być poprzedzone promocją z prawdziwego zdarzenia, do której zaangażowani zostaną przede wszystkim autorzy. Czy takie działania są podejmowane? „Przypuszczam, że wątpię”.
Żeby już za bardzo nie dręczyć profesora Dudka powiem, że złudzenia, którym się on z taką pasją oddaje mamią także inne umysły. Umysły ludzi, zdawać by się mogło przytomnych, czyli hurtowników. Rozmawiałem ostatnio w dość intensywny sposób z pewną panią, która dostała ode mnie przedsądowe wezwanie do uregulowania bezspornego roszczenia na dużą sumę. Gadaliśmy sobie o ofercie rynkowej i terminach płatności. I ja tej pani, działającej w branży od wielu już lat próbowałem wyjaśnić, że kiedy mamy do czynienia ze 120 lub 150 dniowymi terminami realizacji rachunków, to znaczy, że oferta książek dostępnych na rynku jest, przepraszam za kolokwializm do du...y. Pomiędzy pieniądzem na książką bowiem, na obszarze zwanym rynkiem, istnieje ścisły związek i ktoś kto handluje, albo tylko udaje że handluje, związek ten musi dostrzec. I wyobraźcie sobie, że moje argumenty odbiły się od tej pani jak groch od ściany. Powiedziała mi, że to wszystko wina stopniowej monopolizacji rynku książki przez wielkich wydawców i dystrybutorów. Dobrze, że profesor Dudek tego nie słyszał, bo pewnie by zemdlał. Odpowiedziałem na to, że nie mam tu mowy o żadnej monopolizacji, a chodzi wręcz o wywłaszczenie pośredników, bo tym w istocie będzie owa monopolizacja – wpędzeniem hurtowników w pułapkę kredytową, bez kredytu bowiem nie uda się już niedługo, przy tej ofercie która jest, prowadzić biznesu książkowego w Polsce. No chyba, że ktoś będzie miał duże rabaty na reklamę swoich publikacji w TVN24. Nie uwierzyła.
Czegóż więc wymagać od człowieka pozostającego w stanie mentalnego dziecięctwa jakim bez wątpienia jest pan profesor Dudek? Trzeba go traktować łagodne i ciepło. On tego oczekuje i na takie traktowanie reaguje z wdziękiem. Co można było zauważyć pod jego wczorajszym wpisem.
Dojdźmy teraz wreszcie do punktu, w którym bije owo zatrute źródło złudzeń regularnie odwiedzane przez pana profesora i wszystkich jurorów konkursów książkowych jak Polska długa i szeroka. Otóż im się wydaje, że uniwersytet kształtuje odbiorcę książek. Że studia czynią człowieka przygotowanym do konsumowania treści podawanych później przez pracowników naukowych, że uczelnia ma jakąś ofertę dla amatorów książek i w dodatku jest to oferta konkurencyjna. To jest właśnie w nich najgorsze i tego zaakceptować nie mogę. Czas spojrzeć w lustro panowie i panie. To nie prawda, że macie jakąkolwiek ofertę, nie macie dla nas nic. Po prostu nie. Jesteście coraz wyraźniej zbędnym i ciążącym dodatkiem do budżetów propagandowych, które duszą wyższe uczelnie sprawiając przy tym wrażenie, że niosą im pomoc. I nic na to poradzić nie można, bo pieniędzy, wciskanych w dodatku na siłę, nikt wyrzec się nie jest w stanie. O tym, by konkurować z kimkolwiek nie może być nawet mowy. Najgłupsze, najgorsze i najbardziej deprawujące książki historyczne pisane przez autorów anglosaskich zalewają rynek i niszczą was, a wy ustawiacie się wobec tych książek ich wydawców oraz autorów w pozycji petentów, pokornych słuchaczy, którzy liczą na to, że też im coś skapnie i prócz tych dotacji na książkę jeszcze może coś uda się sprzedać. A jeśli nie to może wyrwać nowe dotacje. Żeby zaś spełniło się marzenie profesora Dudka należałoby zacząć od zniszczenia, zmiażdżenia wręcz książki, która weszła na rynek pod tytułem „Jak Wielka Brytania zbudowała świat nowoczesny”. W tej książce kryje się wróg główny i najgorszy, wróg, który czyni profesora Dudka aspirującym kacykiem z Zululandu, łasym na paciorki. Profesor jednak tego nie rozumie i nadal promuje książki swoich doktorantów dziwiąc się, że Polacy nie chcą ich czytać.
W tekście Antoniego Dudka jest jeszcze jeden komiczny passus, dotyczy on czytelnictwa na emigracji i e-booków. Otóż szanowny panie profesorze, sprzedawanie książek emigrantom to najtrudniejszy kawałek chleba pod słońcem. Książki sprzedaje się przeważnie w kraju, na masową skalę zaś w kilku jedynie miastach. I nich pan sobie wyobrazi, że Warszawy nie ma w pierwszej trójce. Powiem tylko, że na pierwszym miejscu jest Kraków, a na drugim Wrocław, resztę przemilczę bo to tajemnica handlowa. Jeśli zaś chodzi o e-booki sprawa wygląda tak: kiedy na pański blog przychodzi ktoś, kto przedstawia się jako starszy, około 60 letni czytelnik książek, który właśnie odkrył czytnik kindle'a, należy go od razu wywalić za drzwi, bo to jest tak zwana reklama kontekstowa. Albo jakaś inna, nie ważne. W każdym razie nie jest to żaden czytelnik i na pewno nie ma 60 lat. Pozdrawiam pana serdecznie na koniec i życzę mimo wszystko sukcesów.
W niedzielę czyli dzisiaj, 17 listopada Fundacja Aktywności Obywatelskiej zorganizowała mi prelekcję w Lublinie przy ul. Willowej 15. Moje wystąpienie zaplanowano niestety tylko na 45 minut plus pytania z sali. Ci, którzy bywają na tych spotkaniach widzą, że to jest trochę krótko. No, ale będą jeszcze inni prelegenci, więc impreza ma swoje ograniczenia. Książki będę miał ze sobą rzecz jasna. Zapraszam. 21 listopada zaś mamy kolejny wieczorek z Grzegorzem Braunem, tym razem w Poznaniu, w Akademii Lubrańskiego, o godzinie 19.00
Od niedawna sprzedajemy książkę Toyaha o zespołach, póki co jest ona dostępna jedynie na stroniewww.coryllus.pl, w księgarni Tarabuk przy Browarnej 6 i w Sklepie FOTO MAG przy metrze Stokłosy oraz w księgarni Latarnik przy Łódzkiej 8/12 w Częstochowie, nie mam jej jeszcze, ale niedługo mam nadzieję będzie. Są tam za to wszystkie inne nasze książki. Zapraszam.




Komentarze
Pokaż komentarze (78)