coryllus coryllus
4851
BLOG

Szkoła loserów

coryllus coryllus Kultura Obserwuj notkę 85

 Ostatnie spotkanie z czytelnikami w Lublinie zacząłem od tego, że wielu współczesnych autorów nie rozumie kim jest ich czytelnik. Bez tego zaś można oczywiście pisać, bo pisać można zawsze, ale nie sposób sprzedawać książek, no chyba, że pisze się przeciwko czytelnikom i ma za sobą olbrzymią machinę promocyjną wspartą mediami elektronicznymi. I schemat ten ogrywany jest na naszych oczach. Ludzie promujący swoje książki w mediach napisali je przeciwko czytelnikowi. Łatwo to stwierdzić naocznie, bo czytelnik treści pisanych po polsku da się zdefiniować kilkoma zdaniami. Charakteryzują go następujące cechy: czyta po polsku, chodził do polskiej szkoły i najprawdopodobniej chodził do kościoła. I to właściwie wszystko. Autorowi nie pozostaje nic innego, jak odkryć treści ciekawe dla takiego człowieka. To jest czynność prosta jedynie z pozoru, a pozór ten markują na naszych oczach autorzy piszący przeciwko czytelnikowi, czyli tacy, którzy owemu czytającemu katolikowi, co skończył polską szkołę chcą powiedzieć, że jest zerem i do niczego się nie nadaje, a także „nasi”, którzy uważają go za durnia i promują treści nie trafiające do jego serca.

Jestem wielce przywiązany do pewnego tytułu, który dawno temu wymyśliłem i który na pewno większość czytelników tego bloga pamięta. Tytuł ten brzmi: „Czego nas uczy Maria Rodziewiczówna”. Uważam, że to jest najlepszy tytuł jaki udało mi się skonstruować. Jak pamiętacie tekst opatrzony tym tytułem wygrał konkurs w kategorii „literatura” ogłoszony niegdyś w salonie24. Zanim do tego doszło były różne przygody, jak to pominięcie mnie w tym konkursie, uporczywe molestowanie administracji przez czytelników, żeby jednak mnie do konkursu włączyć. I w końcu decyzja tejże administracji, że spośród 1000 tekstów, które miałem na koncie ten akurat najbardziej do konkursu się nadaje. Ja to dokładnie pamiętam, bo postawa ówczesnej administracji da się określić w tym przypadku zwrotem „perfidia wieśniacza”. To znaczy oni coś tam rozumieją, coś im świta, ale jak wszystko do końca jeździ nie kumają i próbują rzeczy brać na tak zwany zdrowy chłopski rozumu. Tak się składa, że ja znam osobiście wielu chłopów, a niektórzy z nich są nawet członkami PSL i wśród słów, którymi dałoby się opisać ich rozumy wyraz „zdrowy” akurat nie występuje. No, ale ludzie łatwo podchwytują slogany i nic na to poradzić nie można.

Ja oczywiście ten konkurs wygrałem, na drugim miejscu zaś znalazł się tekst Wolframa o Marlenie Dietrich. I myślę sobie Kochani, że nie jest źle, skoro Maria Rodziewicz wygrywa lekko, bo przewaga głosów była raczej miażdżąca, z Marleną. Przy okazji tego konkursu powstała na naszych oczach pewna konstrukcja, śmiało rzec można nawet narzędzie, którym, jeśli ktoś ma wdzięk i talent oczywiście, może się posłużyć jeszcze nie raz, z równie dużą skutecznością jak ja wtedy. Czego nas uczy Maria Rodziewiczówna? To jest zdanie o ładunku potwornym i niszczącym wszystko co stanie mu na drodze. W dodatku nikt się nie spodziewa co tam jest w środku i jak działa, a więc kiedy wkłada łapy do pudełka, a nie zna tajemnic mechanizmu, może się zdarzyć, że całość wybuchnie. Maria Rodziewiczówna proszę Państwa uczy nas obchodzenia się w własnością nieruchomą, jeśli ktoś jeszcze się tego nie domyślił. I przez to właśnie jej książki są ważne. I przez to właśnie trafiają do serc i umysłów polskiego czytelnika, definiowanego tak jak to zrobiłem kilka linijek wyżej.

Dlaczego inni autorzy nie mogą pisać dla tego czytelnika? Już mówiłem, ale jeszcze powtórzę: bo są wynajęci przez kogoś, kto jest wrogiem tego czytelnika, albo nie orientują się zupełnie kim jest odbiorca produkowanych przez nich treści.

Ta druga grupa autorów przez długi czas łudziła się, że osiągnie sukces, bo ich metoda polegała na kopiowaniu tak zwanych najlepszych wzorów. Z najlepszymi wzorami mili moi jest zaś zupełnie tak samo jak z chłopskich rozumem wśród członków PSL. One na pozór istnieją, ale w rzeczywistości ich nie ma. To jest hologram, albo piramida podtrzymywana przez gigantów, których nie widzimy. Szpiegowska powieść pisana przez autorów brytyjskich i amerykańskich nie istniałaby bez stojących za tymi autorami służb tajnych, jawnych i dwupłciowych, bez doktryny imperialnej, której powieści te służą, bez wroga, którego mają za zadanie zohydzić, bez mediów, bez domów wydawniczych, bez tego całego aparatu, który owe gnioty uwiarygadnia.

Naśladowcom zaś owych konstrukcji wydaje się, że to nie są rzeczy ważne, że najistotniejsze jest, by autor miał to „coś”, by przeżył kilka ekstremalnych doświadczeń i je opisał ze swadą. Jak już kiedyż pisałem, ja nienawidzę słowa „swada”, chyba jeszcze bardziej niż zwrotu „zdrowy chłopski rozum”.

No i wczoraj właśnie jeden z takich właśnie, oczekujących na sukces i korzystających z najlepszych wzorów pisarzy ogłosił, że jego kolejna książka znajduje się już w księgarniach. Zebrał niewiele ponad 400 odsłon i 8 komentarzy. Chodzi mi oczywiście o Witolda Gadowskiego, z którego kilka razy szydziłem bezlitośnie na tym blogu, ale czynić tego nadal nie ma zamiaru. Myślę, że powinniśmy wszyscy wesprzeć pana Witolda, bo nie dość, że on się najwyraźniej pogubił z tym swoim pisaniem, nie dość, że podlega jakimś ciśnieniom, bo wydawca jak sądzę karmi się jeszcze dziwaczniejszymi złudzeniami niż sam Witold Gadowski, to jeszcze czytelnicy mu źle doradzają. Szanowny Panie Witoldzie, jeśli mogę Panu coś podpowiedzieć, niech Pan przede wszystkim nie słucha ludzi, którzy wpisują u pana komentarze. Oni są albo niezorientowani, albo nauczeni czytać nie to co trzeba, albo złośliwi. Niech Pan przede wszystkim wyrzuci Sowińca z tego bloga, bo branie serio tego co ten facet pisze to jest nadstawianie policzka do pocałunku śmierci. On Pana zaprowadzi na skraj przepaści, tam zaproponuje Panu drinka, a kiedy Pan zacznie pić, kopnie Pana z całej siły w tyłek i tak to się skończy, cała ta Pańska kariera.

Niech Pan zmieni wydawcę, bo ten podsuwa Panu same złe pomysły. Okładka tej książki jest fatalna, przegadana i jak przypuszczam bardzo droga.

Posługiwanie się Markiem Nowakowskim jako trampoliną to także jest pomyłka. Marek Nowakowski to pisarz środowiskowy, a właściwie nie pisarz a stylista środowiskowy, bo świata, który on opisuje nigdy nie było i nie będzie. Ja wiem, że to jest jedyny literacki autorytet w Waszym środowisku, ale fakt ten oznacza tyle jedynie, że absolutnie nie wolno z jego pomocy korzystać, bo demaskuje się wtedy całe to pożałowania godne ubóstwo, które tam panuje.

Jeśli mogę mieć do Pana prośbę, niech Pan się stara nie opisywać kontaktów z bronią, tak jakby to były intymne kontakty z kobietą. To jest fatalny zwyczaj i on prowadzi wprost do katastrofy. To Panu nie pomoże, to Pana ośmieszy jedynie. Janusz Przymanowski, który miał podobne nawyki, a pisał on także poezję, o czym niewiele osób pamięta, porównywał w wierszach kobietę przed stosunkiem do odbezpieczonego granatu. W końcu dał sobie spokój i zaczął pisać pogodne gawędy na młodzieży. I okazało się, że do tego jest właśnie stworzony. Pan na szczęście jeszcze nie doszedł do takich horrendów, ale widać gołym okiem, że pokusy takie są i ktoś je Panu podsuwa. Ktoś kto musi być Pana wrogiem, bo przecież inaczej interpretować tego zachowania nie można.

Ja wiem, że teraz jest już za późno, by zmieniać charakterystykę głównego bohatera, ale ja zupełnie nie rozumiem, dlaczego Pan, a przed Panem inni autorzy, nadajecie tym swoim postaciom niemieckie nazwiska. Przypuszczam, że stoi za tym nadzieja na druk w językach obcych, w których polskie nazwiska brzmieć mogłoby dziwacznie. Jeśli jest tak jak myślę, to owe chętki dyskwalifikują autora, demaskują jego deficyty, a to jest przecież coś najgorszego na świecie. To jest, że posłużę się tu poetycką manierą Przymanowskiego, wejście bez gaci na teren gdzie kwateruje żeński batalion saperski.

Szanowny Panie Witoldzie, niech Pan pisze nadal, ale niech Pan trochę się zastanowi nad konstrukcją, nad charakterystyką głównego bohatera i wzorami, z których Pan korzysta. Życzę Panu jak najlepiej i obiecuję, że już nigdy nie będę drwił z Pańskich książek. Więcej – ja je będę zachwalał gdzie tylko będę mógł.

Tak więc wszystkim dziś szczerze radzę, idźcie do księgarni, bo tam już czeka na Was nowa powieść Witolda Gadowskiego pod tytułem „Smak wojny”. Okładka jest trochę marna, ale da się przeżyć. W środku zaś mamy samego autora który występuje w tej powieści pod nazwiskiem Brenner. Polecam.

 

W czwartek zaś, w Poznaniu, Grzegorz Braun i ja znowu będziemy gadać o tym czy polską historię trzeba pisać od nowa. Początek o 19.00, miejsce akcji Akademia Lubrańskiego.  

coryllus
O mnie coryllus

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (85)

Inne tematy w dziale Kultura