Jeśli ktoś nie pamięta co to takiego „Brulion” to przypomnę. Było to pismo dla dzieci i młodzieży niepokornej, w którym autorzy znani dziś z gazet i telewizora opiewali swoje hormonalne frustracje. W „Brulionie” zaczynali pospołu: Manuela Gretkowska, Cezary Michalski i Robert Tekieli. Potem ich drogi, teoretycznie przynajmniej się rozeszły, choć ja mam co do takich sugestii poważne wątpliwości. Najsłynniejszym utworem opublikowanym w tym całym „Brulionie” był wiersz niejakiego Zbyszka Sajnoga pod tytułem „Flupy z pi...y”. Tak to było kochani i ja o dokładnie pamiętam, bo dziewczęta z mojego roku, które „Brulion” ów podczytywały były szczerze tym manifestem pana Zbyszka zbulwersowane. Robert Tekieli był chyba nawet redaktorem naczelnym tego pisma, czyli mówiąc wprost był naczelnym deprawatorem i satanistą wśród polskiej młodzieży. Potem zaś oprzytomniał i dziś, bez przechodzenia żadnych jak mniemam faz pośrednich został czołowym świeckim misjonarzem. Wypada chyba tylko powinszować.
Wczoraj wspomniałem tu o pewnym autorze, który będzie nie kwestionowaną gwiazdą na targach książki we Wrocławiu. Pan ów podpisuje swoje publikacje pseudonimem Adolf Chrystus, co ma w jego mniemaniu zbulwersować czytelnika i zwrócić jego uwagę na książki i autora. Który to już raz proszę Państwa widzimy ten nieskuteczny zabieg? I pewnie jeszcze nie raz będziemy go oglądać. Szkoda, że sam autor nie dostrzega jego marności, bo cóż to jest taki pseudonim w porównaniu z tytułem wiersza pana Zbyszka Sajnoga. Betka po prostu.
Przyjaciel mój po przeczytaniu informacji na temat całego tego Adolfa Chrystusa zapytał mnie po co to wszystko? I ja od razu znalazłem odpowiedź. Otóż po to, by książka przestała mieć moc nobilitującą. Najpierw zlikwidowano krytykę, zamieniając ją na promocję, z początku tytułów w miarę interesujących, a potem już tylko swoich kumpli, a teraz zabrali się za likwidację mocy tkwiącej w książkach. Pisać każdy może. A jeśli uwierzy do tego, że poprzez skandal uda mu się wypromować, to koniec. Ci ludzie są nie do zatrzymania. Nie mamy z nimi szans, bo oni nic nie rozumieją, a widzą jedynie ten swój sukces, który nie jest przecież żadnym sukcesem. Można by oczywiście położyć temu kres poprzez inne nieco traktowanie ich w kanałach dystrybucji, czyli na takich targach jak te Wrocławskie. Można by ich po prostu nie wyróżniać, ale organizatorzy uważają widocznie, że trzeba właśnie ich wspierać i właśnie ich lansować. Na poziomie podstawowym stoi za takim sposobem oceny autorów chęć zysku. No, ale z tego zysku nie będzie żadnego, będzie jedynie kompromitacja. Ja tego nikomu nie wyjaśnię, bo powiedzą, że to ja sam chciałbym mieć promocję na tych targach i dlatego tak piszę. Zazdroszczę po prostu Adolfowi Chrystusowi sławy i talentu. Takie pułapki znaczeniowe zakłada się na czytelnika, widza i niektórych, co głupszych autorów od dawna i oni zawsze w nie wpadają. Skoro dureń jest wyróżniony, to znaczy, że coś tam musi być. Nie można chyba przecież tak na rympał oszukiwać ludzi i czynić z nich pośmiewiska? Szczególnie ludzi inteligentnych i aspirujących. Nie, to niemożliwe. Tam musi coś być w tym Adolfie Chrystusie.
No, a jeśli ktoś protestuje, a jeszcze do tego sam pisze, to na pewno kieruje nim zawiść, na pewno, nie można mieć żadnych wątpliwości. Ja czekam z utęsknieniem na te targi i na występ tego Chrystusa, bo chyba się nań wybiorę i zadam kilka pytań. Nie tylko jemu, ale także organizatorom.
Na rynku znaczeń nic nie dzieje się przypadkowo proszę Państwa, jeśli więc mamy do czynienia z takim lansem, to znaczy, że komuś na tym trzecim już parzeniu „Bruliony” zależy.
Tak wygląda jedna strona medalu jeśli chodzi o promocję treści i autorów. Kolej na stronę drugą. Zachęcam wszystkich szczerze do zakupienia ostatniego numeru tygodnika „W sieci”. Znajduje się w nim tekst Jana Polkowskiego, który został przedstawiony jako poeta, pisarz, dziennikarz. Jest tam nawet jego zdjęcie, wkomponowane w jakiś jesienny krajobraz. Jan Polkowski zaś wygląda jak mieszkaniec samotnej chatki na skraju lasu, który rozmawiam z biedronkami i pająkami. Bardzo łatwo wyobrazić go sobie w zapomnianym już nieco programie telewizyjnym pod tytułem „Skąd ta wrażliwość”, albo innym noszącym tytuł „Kraina łagodności”. O czym pisze Jan Polkowski? On się proszę państwa napawa pięknem mowy polskiej. Ja nie będę tego komentował, ale po prostu pomieszczę fragmenty. Oto kilka z nich.
Posiwiałem, czas mnie wyprzedza i chociaż staram się go dogonić, coraz bardziej zostaję w tyle. Ale mimo starości, a może właśnie dzięki niej, słyszę jak odżywają w rozbrzmiewających wokół zdaniach pierwsze matczyne słowa i coraz wyraźniejsza melodia jej wiekuistej miłości. Dzięki jej słowom – które przez 60 lat nigdy zupełnie we mnie nie ucichły – nie tylko codziennie rodzę się na nowo, lecz jestem także świadkiem ponownego stworzenia ziemi: nazywania zwierząt, roślin i kolorów. Na przekór głuchnącemu światu mamina miłość, nieustająco wypełniając polskie słowa, ocala nie tylko codzienną mowę, ale użycza blasku tajemniczym zaklęciom poetów. Jestem pewien, że to dzięki nieśmiertelnym kołysankom mojej zmarłej matki darzę polszczyznę rosnącą miłością, jakby wypowiedziane przez nią słowa były jedyną pępowiną, która łączy mnie z życiem i wszechświatem.
I jeszcze:
Wróciłem właśnie ze spaceru po Plantach z psem, lśniąco kruczym pinczerem ozdobionym rudo-bursztynową inkrustacją, mam więc gotowy przykład: „liście szeleszczą”. Jestem pewien, że wymawiając te dwa słowa, słyszymy szmer i szurgot butów po gęstym kożuchu klonowych, cytrynowych, cynobrowych, bladozielonych, słyszymy ocieranie się słońca o skórę mgły i chłód dalekiego wiatru. Jest listopad. Widzimy – w skurczonym, osnutym smutkiem słowie „liście” i w towarzyszącym mu rozpostartym skrzydle słowa „szeleszczą” - nagość drzew, które swoją siłę i dziedzictwo oddały blaknącym kolorom liści. W schorowanych kolorach tych słów pokutuje pamięć lata, koczuje pustka gniazd i namiętny pocałunek zimy.
No i kolejny fragment:
Dobrodziejstwa smakowania polszczyzny, jak każdego szczęścia, nie można w pełni odczuć bez przyprawy cierpienia. A przypraw takich miłośnicy języka polskiego mają w Polsce dostatek. Niestety ci, którzy tworzą współczesne wzorce polszczyzny, znęcają się nad nią bezdusznie jak wyrodne dzieci. Dziennikarze, politycy, nauczyciele, aktorzy. Wadliwa intonacja, akcent położony byle gdzie, składnia pozbawiona logicznego porządku – narażająca podmiot na spór z orzeczeniem, skłócone ze sobą ubogie słownictwo, brzmiące jak zgrzyt styropianu po szkle.
Myślę, że wystarczy. Zwróćmy teraz uwagę na kilka szczegółów. Otóż Janowi Polkowskiemu poecie, przeszkadzają najbardziej politycy dziennikarze, aktorzy i nauczyciele, bo kaleczą język polski. Dziwne, że nie przeszkadzają mu urzędnicy, zawodowi oficerowie służb mundurowych oraz górnicy i rolnicy. Zapewne wrył on sobie w pamięć słowa poety Miłosza – Ty, który skrzywdziłeś człowieka prostego...Interpretując je wcześniej opacznie i źle. Ujmując zaś rzecz wprost poeta Polkowski włącza się w ogólnokrajową nagonkę na ludzi żyjących z języka, bo uważa, że trzeba na ich miejscu postawić koniecznie kogoś innego.
Idźmy dalej. Oto zarówno Brulion jak i Jan Polkowski to są rośliny z krakowskiego ogródka, co powinno nam dać nieco do myślenia.
Wróćmy jednak do naszego medalu i jego dwóch stron. Na jednej z nich mamy Zbyszka Sajnoga i jego wiersz pod tytułem „Flupy z pi...y”, a na drugiej uśmiechniętego, krakowskiego poetę, który spaceruje po dywanie z liści szurając nogami i ciągnąć za sobą biednego kundelka, który bardzo chciałby się wysikać.
I nie ma na to siły Kochani. A jeśli ktoś chciałby szukać jakiegoś środka, to niniejszym informuję go, że środek jest, a i owszem, ale dawno zajęty. Stoi w nim uzbrojony w pistolet maszynowy Kałasznikowa, Witold Gadowski, „awanturnik z Krakowa”.
Całe szczęście, że są jeszcze inne miasta w Polsce, gdzie także coś się czasem dzieje na rynku znaczeń. I ja teraz chciałem zacytować tekst anonimowego mieszkańca warszawskiego Żoliborza, który dawno temu, dokonał syntezy tych dwóch wymienionych tu, sposobów traktowania języka polskiego. Otóż na jednej ze ścian kamienicy przy ulicy Broniewskiego pojawiły się kiedyś słowa, w których połączyła się młodzieńcza dynamika autorów „Brulionu” i dojrzały namysł Jana Polkowskiego. Napis ten brzmiał: Będzie zaje...ście jak opadną liście.
I z tym Was zostawiam, a także zapraszam na Targi Książki Historycznej w Warszawie, które odbywać się będą w dniach 28 listopada – 1 grudnia, w Arkadach Kubickiego pod zamkiem królewskim w Warszawie. Moje stoisko oznaczone jest numerem 12.
Tydzień później zaś – w dniach 5- 8 grudnia - spotkać mnie będzie można na Targach we Wrocławiu, który odbywać się będą w budynku dworca głównego. Moje stoisko oznaczone tam będzie numerem 45D.
We Wrocławiu także będziemy mieli spotkanie z Grzegorzem Braunem, które odbędzie się 5 grudnia, ale jeszcze nie wiadomo gdzie i o której godzinie.
11 grudnia mamy kolejne spotkanie w Błoniu, a 14 grudnia u franciszkanów w Katowicach odbędzie się wieczór autorski toyaha i mój. Zapraszam. I i oczywiście wpadajcie na stronę www.coryllus.pl , żeby podziwiać fantastyczną okładkę naszego kwartalnika „Szkoła nawigatorów”, którą wykonał artysta absolutnie wybitny, czyli Tomasz Bereźnicki. Ona także jest z Krakowa, co daje nam pewną nadzieję na przyszłość i nie pozwala zaprzestać wysiłków.




Komentarze
Pokaż komentarze (76)