Już to kiedyś pisałem, ale jeszcze powtórzę, moja szkolna przygoda z chemią zaczęła się i skończyła na pierwszej lekcji. A wcale nie zapowiadało się tak źle. Zanim poszedłem na tę lekcję przeglądałem nowiutki podręcznik, wąchałem go jak wszyscy, bo ładnie pachniał farbą drukarską i do tego były w nim obrazki przedstawiające różne substancje w szkle, niesłychanie barwne. Podobało mi się to szalenie, ale jak wiecie nic z tego nie wyszło. Na pierwszej lekcji chemii bowiem pani nauczająca tego przedmiotu podyktowała nam temat. Brzmiał on: wzbudzenie zainteresowania chemią. I to był koniec. Wiedziałem, że nigdy już nie będę się chemią zajmował, bo po czymś takim można było co najwyżej zwomitować. I kiedy dziś patrzę na różne próby literackie, na różne sposoby podchodzenia do czytelnika od razu przypomina mi się ten temat: wzbudzenie zainteresowania chemią. I koniec. Wszyscy ci ludzie, bezskutecznie próbujący zwrócić swoimi tekstami uwagę czytelników nie potrafią wyjść poza ten obszar, który dawno temu jednym krótkim zdaniem zakreśliła nasza pani od chemii. Nie potrafią i nigdy się nie nauczą, bo drogę swoją zaczynają od szukania dobrych wzorów, a następnie od wiernego tych wzorów naśladowania. A nawet gorzej, nie naśladowania, ale przerysowywania, żeby było lepiej, ładniej i jeszcze bardziej dynamicznie. I to jest właśnie dramat.
Żeby cokolwiek napisać trzeba niestrudzenie poszukiwać niepowtarzalnych indywidualnych doświadczeń, następnie zaś nie wstydzić się o nich opowiadać i o nich pisać. Ludzie zaś zabierający się do pisania i wzbudzania zainteresowania czytelników szukają sytuacji typowych, w których, według nich, każdy powinien się odnaleźć. I jeszcze do tego, a zdarza się to nagminnie, wzbogacają swój przekaz cytatami z prozy i poezji, które mają ich prace uwznioślić, a samym autorom podnieść samoocenę. No i oczywiście skokietować czytelnika, który przeczytawszy w tekście jakiś anons odnoszący się do jego własnych doświadczeń czytelniczych, natychmiast się rozklei. To są mniemania błędne.
Zanim wyjaśnię szczegółowo dlaczego, opowiem skąd się bierze warsztat autorski i posłużę się tu, na złość oczywiście, przykładem, który bez litości eksploatowali Hłasko i Łysiak. Łysiak zrzynając od Hłaski pisał jak to Humphrey Bogart robił przed kamerą te swoje dziwne miny, które się tak podobały, wkładając prawy but na lewą nogę i odwrotnie. I to tak rzeczywiście jest. Trzeba zamienić buty i dużo, dużo biegać, a jak poczujemy, że wszystko z naszymi nogami jest w porządku i buty pasują, będzie to oznaczać, że jesteśmy solidnie przygotowani do pisania. Myślę, że to dotyczy nie tylko pisania, ale każdej absolutnie sprawności warsztatowej. I ja tu szczególnie przestrzegam ludzi młodych przez ich własnymi projekcjami, które dają złudzenie, że nie, lepiej nic nie robić, lepiej czekać na okazję, bo do tego czy tamtego, nie jesteśmy stworzeni, albo nie mamy naturalnych predyspozycji. Ja też nie miałem naturalnych predyspozycji do okrzesywania dłużyc na zrębie w Nadrzeczu, a jednak robiłem to przez kilka sezonów. Nie polecam oczywiście nikomu wykonywania tych czynności, bo nic się tam ciekawego nie dzieje, a i przygód żadnych szczególnych człowiek nie doświadczy. Tak, tylko mówię dla przykładu.
Jestem głęboko przekonany, że każde doświadczenie i każda aktywność da się przerobić na sympatyczny tekst. Być może nie od razu, być może po latach, ale na pewno się da. Dlatego nie należy unikać tego co zwykle nazywane jest życiową dynamiką. Nie należy tego jednak również kojarzyć z bywaniem w podejrzanych lokalach, w których snują się jakieś na pół gołe lafiryndy. Z takich doświadczeń najrzadziej powstają dobre teksty. Można oczywiście popaść w manierę rosyjską i łazić po burdelach opowiadając, że ciągnie nas tam potrzeba głoszenia dobrej nowiny wśród dziwek, które chcemy ocalić przed piekłem. Można, ale przymusu nie ma. Nie sądzę, by ktoś był szczerze zainteresowany takimi tekstami. Jeśli już rzucą na nie okiem, to bardziej z uprzejmości. Poza tym jest to eksploatacja figur i sytuacji już ogranych i co tu dużo mówić, niemodnych.
Nie jest dobrze również nadużywać w tekście brzydkich wyrazów, nawet jeśli są one przyrodzonym elementem wizerunku kreowanych bohaterów. Nie z tego się bierze autentyzm naszej pracy. On się bierze z opisywania, a wręcz odkrywania, prawdziwych relacji pomiędzy postaciami. Te zaś, o czym musimy zawsze pamiętać, przeważnie są inne niż się wydaje na pierwszy rzut oka. I jak Wam tę wielką tajemnicę, a jest to tajemnica naprawdę poważna, jeśli weźmiemy pod uwagę kwestie warsztatowe, zdradzam ot tak sobie. Bez żalu i bez obaw, wiem bowiem, że nie zamienicie swoich butów, nie przełożycie lewego na prawą nogę i odwrotnie, bo Wam się nie będzie chciało. Można więc pisać o tym spokojnie bez obaw przed konkurencją.
Kolejnym błędem, który nagminnie popełniają autorzy, jest próba zaprzyjaźnienia się z czytelnikiem. Tak nie wolno. Autor jest z istoty swojego fachu skazany na samotność. Jeśli przychodzą do niego czytelnicy to jest to ich decyzja. Ich decyzją także będzie zmiana ulubionego autora na innego. I doprawdy nie ma potrzeby by zaprzątać sobie tym głowę. Trzeba robić swoje, czyli pisać to co uważamy za ważne i co przyciąga do nas ciągle nowych ludzi. Autor nie może biegać za czytelnikami, a ich rezygnację musi znieść ze spokojem. Tak to już bowiem jest w życiu. Daje to poza wszystkim autorowi pewien komfort, jeśli ktoś go próbuje szantażować mówiąc: bo nie kupię twoich książek, można takiego człowieka spokojnie wyprosić za drzwi i nic się nie stanie. Nie ma czego żałować.
Na ostatnich targach we Wrocławiu podszedł do mnie mało już dziś piszący w salonie ksiądz Andrzej Godyń i zapytał dlaczego ja się tak strasznie awanturuję, dlaczego nie jestem łagodny, tylko zarządzam blogiem przez konflikt. Otóż czynię tak, ponieważ ludzie potrzebują pewnej dynamiki, a łagodność cechuje zwykle przedstawicieli korporacji próbujących wciskać nam niepotrzebne produkty lub wręcz kredyty bankowe.
Misje katolickie w odległych krajach były permanentnym konfliktem i próbą godzenia sprzeczności nie dających się pozornie pogodzić. Tam już nawet nie chodziło o zamianę butów, ale o założenie kamasza na głowę i wykorzystanie czapki uszanki w charakterze kabacika. Taki jest świat i nie zmienimy tego, a jeśli będziemy próbowali nic nie uzyskamy. Napiszemy słaby tekst po prostu, słaby i oszukany, bez pointy i suspensu.
Po co ja to wszystko piszę? Otóż po to, by zasygnalizować autorom naszego kwartalnika pewne oczekiwania jakie mam wobec nich, bo niebawem wydawać będziemy drugi numer „Szkoły nawigatorów”. Oczekiwania których nie będę egzekwował z jakąś szczególną surowością, ale też nie będę rezygnował ze swojej wizji pisma. Piszę to także po to, bo przekonany jestem mocno, że posiadłem całą wiedzę na temat wzbudzania zainteresowania czytelnika. I dlatego rozpocząłem negocjację z pewnym wydawnictwem, dzięki którym uda się może,(na pewno jeszcze tego nie wiem), wstawić do naszej księgarni książkę pod niesamowitym wprost tytułem „Krótki kurs analizy matematycznej dla politechnik i nauk stosowanych”. Wcale nie żartuję. Zamieniam tylko buty na nogach i zaczynam biec. Mam nadzieję, że wydawca zgodzi się nam to sprzedać i wkrótce będziemy mieli ten tytuł w sklepie. Jeszcze przed świętami umieszczę w księgarni nowy numer dwumiesięcznika „Polonia Christiana”, a w styczniu mam nadzieję, że uda mi się pozyskać jeszcze trzy kwartalniki. No i szykuję dwie nowe książki o charakterze rozrywkowym. Na Baśń czeską będziecie musieli poczekać do lata, nie dam rady napisać tego na szybko. Niebawem, mam nadzieję w naszej galerii znajdą się dwa kolejne obrazy Agnieszki Słodkowskiej. No i lecimy...aha, w lutym ogłoszę na pewno ten konkurs na komiksy.
Na razie zapraszam na stronęwww.coryllus.pl. Oraz do sklepu FOTO MAG przy stacji metra Stokłosy, do księgarni Tarabuk przy Browarnej 6 oraz do księgarni „Latarnik” przy Łódzkiej 8 w Częstochowie.




Komentarze
Pokaż komentarze (40)