coryllus coryllus
6631
BLOG

Czy kultura musi być lewicowa?

coryllus coryllus Kultura Obserwuj notkę 55

 Tomek Bereźnicki, który rysuje właśnie komiks o bitwie pod Mohaczem, przypomniał mi o pewnym programie, takiej dyskusji telewizyjnej, z udziałem Sierakowskiego i Mazurka. Tytuł brzmiał: Czy kultura musi być lewicowa. Oczywiście Mazurek chciał udowodnić, że nie musi, ale że jest głupi jak paczka gwoździ i przychodzi na spotkania notorycznie nie przygotowany nadrabiając bezczelnością, przegrał. Sierakowski, człowiek stokroć odeń poważniejszy i traktujący swoją misję serio, a przez to także o wiele bardziej niebezpieczny, rozjechał Mazurka walcem. Wyszło więc na to, że kultura musi być lewicowa. My oczywiście będziemy się starali razem z Tomaszem udowodnić, że nie musi, ale na oszałamiający sukces nie liczymy. Lewicowa kultura bowiem wywiera swoje przymusy nie tylko poprzez agresję, z którą jakoś bym sobie poradził, ale przede wszystkim poprzez milczenie. Tak więc sukces na pewno będzie, ale zanegować dominacji lewicowej kultury raczej nam się nie uda.

     Dlaczego kultura musi być lewicowa? Otóż dlatego, że jest ona – cała kultura, nie tylko lewicowa – napędzana publicznymi pieniędzmi, co od razu determinuje przekaz. Od razu narzuca ramy i stawia cenzorskie bariery twórcom i dystrybutorom, a także promotorom, którymi w większości są urzędnicy pokroju Sierakowskiego. Niewiele rozumiejący, ale za to doskonale widzący cel. Tym celem są kolejne budżety oraz zanegowanie misji Kościoła. Na tym bowiem polega działanie lewicy. Lewica = juma+bezbożność. W wyścigu do budżetów publicznych lewica zawsze wygrywa, bo odwołuje się do instynktu masy, Kościół zaś odwołuje się do indywidualnych relacji człowieka z innym człowiekiem lub z Bogiem. No i to załatwia sprawę. Jak tu wziąć pieniądze na wyprodukowanie filmu o św. Janie na Patmos, skoro trzeba robić filmy o niedolach biedaków z robotniczych dzielnic Lille, czy innego miasta.

    Lewica zapewnia publiczność masową, a poza tym opanowała pewien mechanizm, niewidoczny dla obserwatora postronnego, chodzi mi o mechanizm dziedziczenia stanowisk w hierarchii urzędniczej. Co oznacza wprost dziedziczenie dostępu do budżetów publicznych. Przy tym wszystkim lewica odmawia nam prawa do dziedziczenia naszej własności, argumentując, że to jest nieludzkie, bo przecież każdy musi mieć równe szanse. Takie kwestie wygłaszał swego czasu w telewizji wspomniany Sierakowski i wyobraźcie sobie, że nikt mu nie dał w mordę. Mimo że działo się to w przytomności prawicowych dziennikarzy. No, ale cóż my mamy o nich myśleć, o tych prawicowych dziennikarzach, skoro oni nie potrafią sobie poradzić z Sierakowskim? Możemy o nich myśleć wyłącznie jak najgorzej. Możemy o nich myśleć, że wraz z tym Sierakowskim tworzą po prostu jeden team, którego działania są wymierzone wprost w nas.

   Jako dziecko bardzo często oglądałem telewizję. Wszystkie durne, niepoważne, kretyńskie, kasowe, uwielbiane, mistrzowskie i głębokie filmy, jakie pokazywała telewizja polska wciągnąłem gładko do mózgu i serca. Szczególnie lubiłem filmy francuskie. Jako mały chłopiec oglądałem takie filmy jak „Borsalino i spółka”, a jako chłopiec trochę straszy takie jak „Okruchy życia”. Te pierwszy film opowiadał o bandytach z nieistniejącego świata elegancji i szyku. Miał ów film dużo z operetki, tylko że nie śpiewali w nim wcale. Kostiumy były za to perfekcyjne i aktorzy dobrze dobrani.

    Chodzi mi o Delona i Belmondo, kiedy jeszcze byli młodzi. Drugi film, „Okruchy życia” to była tak zwana prawda psychologiczna. Michel Piccoli, który ma żonę i kochankę i właśnie jest znudzony i zmęczony tą sytuacją, chce ją jakoś rozwiązać. Wysyła do jednej z kobiet list. Potem jedzie do drugiej, ale w trasie wpada pod tira i ląduje w szpitalu bez szans na przeżycie. Akcja rozgrywa się w wyobraźni wymienionych kobiet i w pamięci unieruchomionego na łóżku szpitalnym mężczyzny. Kiedy miałem 18 lat projekcje takie uwodziły mnie mocno, ale dziś już mi przeszło. Zanim przejdę dalej, chcę jeszcze powiedzieć, że te wszystkie ograne we francuskim kinie schematy, rodem z lat dwudziestych jeszcze, zostały potem, w latach 90-tych ukradzione lub kupione przez Amerykanów i przerobione raz jeszcze. Nie wiem czy lepiej, czy gorzej, trudno mi ocenić, w każdym razie ja wolę film „Borsalino i spółka” niż film „Chłopcy z ferajny”. Jako dziecko oglądałem też i słuchałem francuskich piosenkarzy, którzy występowali w polskiej telewizji.

     Najlepiej pamiętam Yves Montanda, którego nie lubiłem i uważałem za dupka, byłem bowiem zwolennikiem Gilberta Becaud, którego nazywali „pan 100 tysięcy voltów”. Ja wiem, że nie jest to opis standardowych dziecięcych fascynacji, ale taka jest prawda, podoba Wam się to czy nie. Kiedy gapiłem się na tych wszystkich pięknych i dynamicznych ludzi nie miałem pojęcia, że są oni wszyscy jak jeden szczerymi komunistami, poza może Delonem i Belmondo, którzy byli po prostu zdolnymi aktorami, a w życiu prywatnym normalnymi przeciętnymi konsumentami kobiet i samochodów, bez pretensji do ilorazu. Reszta to byli ludzie wprost z bojówek komunistycznej lub z biednych dzielnic robotniczych, którzy tajemnymi sposobami trafili na szczyt i grali w filmach bądź śpiewali piosenki. Początki kariery niektórych z nich, takiego Becaud na przykład, wiążą się ze znajomościami zawartymi jeszcze w ruchu oporu. Inni, jak Piccoli czy Montand byli po prostu emigrantami z Włoch, przedstawiano ich jako biedaków z robotniczych dzielnic, którzy zrobili kariery w filmie. Ludzie ci nie mieli żadnych oporów przed graniem w komunistycznych agitkach i braniem udziału w eventach propagandowych. Montand występował w filmach Costy Gavrasa, a Becaud śpiewał swoją najsłynniejszą piosenkę pod tytułem „Nathalie”, która jest wprost peanem na cześć czerwonych. Nakręcono do tego nawet coś w rodzaju teledysku i jest to rzecz po prostu wstrząsająca.

     Każdy z tych ludzi miał dorobioną jakąś legendę, którą my z konieczności musimy brać za prawdę. Nawet Delon, o którym pisano, że pochodził z rodziny katolickiej, chodził do katolickiej szkoły, ale zwiał stamtąd i rozpoczął karierę aktorską.

     Jeśli przypomnimy sobie w jakim stopniu Francja i Włochy były nasycone komunistyczną agenturą w latach powojennych, pozbędziemy się wątpliwości co do źródeł kultury francuskiej i włoskiej tamtego czasu. Jeśli ktoś zechce tu teraz bronić włoskich filmów i francuskich piosenek, niech się lepiej zastanowi i ochłonie. Jeśli prześledzimy życiorysy wymienionych tu osób w większości z nich znajdziemy kilka powtarzających się nazwisk, jedno zaś powtarza się szczególnie często.

     Chodzi o nazwisko Edith Piaf. Bez tej pani niemożliwa byłaby kariera Montanda i Becaud. I innych mniej znanych osób również. Ktoś może powiedzieć, że to taki rynek. Komuniści i kurwy z dobrym głosem decydowali o wszystkim. Ok, w porządku, akceptujemy to. Mamy więc rynek kultury francuskiej po wojnie, na którym decydują wspomniane kurwy i komuniści, mamy rynek kultury brytyjskiej, na którym rządzą komuniści i pedały. Mamy rynek amerykański, na którym rządzą komuniści, żydzi z Europy wschodniej i producenci pornosów dla ciężkich zboczeńców. I niech mi nikt nie mówi, że nie ma w tym pluralizmu, albo że ktoś nam tu krępuje wolność wyboru.

     Jeśli ktoś przypomni sobie lata osiemdziesiąte i dziewięćdziesiąte, jeśli ktoś przypomni sobie ten entuzjazm, w którym zwykle wyżywa się młodzież studencka oraz występ Montanda, na dziedzińcu uniwersytetu, ten pomyśli na pewno o następstwie pokoleń. O tym, że Montand, piewca szczerego, najczerwieńszego komunizmu, włoski emigrant przerobiony na francuskiego aktora grającego arystokratów i bon vivantów, przeniósł ten fantastyczny nastrój powojennej Francji, jej filmów i piosenek wprost na dziedziniec uniwersytetu warszawskiego, gdzie poparł słowem i pieśnią ruch „Solidarności”.

      Wielu z nas zapomniało o aktorze nazwiskiem Montand, bo skupiliśmy się wyłącznie na rozważaniach dotyczących okrągłego stołu, prywatyzacji, Wałęsy-Bolka i innych, podobnych kwestii, w istocie swojej mniej ważnych niż piosenki Montanda. Mniej ważnych ponieważ piosenki te nucą pod nosem wszyscy dziedzice publicznych budżetów, którzy głoszą wśród ogłupiałego ludu tak zwane zasady sprawiedliwości społecznej, nuci je Bratkowska nad kołyską swojego nienarodzonego dziecka i Szumowska kiedy spotyka się z Larsem von Trierem. Wałęsa zaś, prywatyzacja, kradzieże na wielką skalę to już przeszłość. Piosenki zaś otwierają drzwi wprost do przyszłości, do nowych pieniędzy, do nowych produkcji, do nowych pięknych i dynamicznych ludzi, którzy przyjadą tu z dalekich stron by wesprzeć nas w naszej walce o lepsze jutro. Popatrzcie na nich, na Juliette Binoche i na Meryl Streep, posłuchajcie co one mówią i przypomnijcie sobie ten straszny niby teledysk nakręcony do piosenki „Nathalie” wyśpiewanej niezwykle dynamicznie przez Gilberta Becaud. Nic się nie zmieniło. Kultura musi być lewicowa, bo budżety są dziedziczne. Mafia dziedziczy nasze pieniądze mówiąc wprost. I nie ma widoków na to, by rzecz ta uległa zmianie.

      Grzegorz Braun ma zwyczaj opowiadać taką oto anegdotę; pewien oficjalista dworski, a może tylko bogaty chłop nazwiskiem Kozioł, wybrał się na targ, żeby tam sprzedać prosiaka. No i na tym targu łaził za nim ciągle pewien żydowski pośrednik. Kozioł zaś za nic nie chciał mu prosiaka sprzedać, ponieważ uważał, że proponowana cena jest zbyt niska. No, ale po obejściu całego rynku okazało się, że nikt z obecnych tam faktorów, nawet tych co przyjechali z najdalszych stron, nie chce tego prosiaka. Po prostu nie chce i już. W końcu ten pośrednik co chodził za naszym bohaterem wyznał mu prawdę. Powiedział mianowicie coś takiego: niech pan się nie trudzi panie Kozioł, oni od pana niczego nie kupią, bo wiedzą, że ja sobie pana w kahale kupiłem. Szczerość tego wyznania powaliła pana Kozła i zachwiała jego wiarą w ludzi, w wolny rynek i zdrowe zasady konkurencji kapitalistycznej. No, ale żyć trzeba, sprzedał więc pomienionego prosiaka żydowskiemu pośrednikowi i wrócił do domu wielce nieukontentowany.

       Skoro można było sobie wykupić dawnymi laty pana Kozła i jego prosiaka, nie ma żadnych podstaw do zanegowania twierdzenia, że nie można sobie dziś wykupić małego czy dużego rynku, wraz z czynnymi na nim aktywami. Trzeba tylko wiedzieć kto dokładnie jest sprzedawcą, żeby nie wydać swoich pieniędzy na darmo, żeby nie wręczyć ich jakimś niepoważnym ludziom. Jakiemuś Wałęsie na przykład, czy Balcerowiczowi, czy wręcz ministrowi Zdrojewskiemu. Ja nie twierdzę, że sprzedażą rynków kultury zajmują się dziś kahały, bo pewnie się nie zajmują, ale ktoś się tym przecież zajmuje. Inaczej to dziedziczenie publicznych budżetów nie przebiegałoby tak gładko i bez zakłóceń.

     Mamy teraz tę rewolucję na Majdanie w Kijowie. No i jednym z jej gwałtownych piewców oraz twarzy jest ukraiński pisarz nazwiskiem Jurij Andruchowycz. Ja pana Andruchowycza pamiętam z dawniejszych lat, kiedy debiutował i kiedy jego książki polecane były przez gazownię. Pan ów pochodzi ze Stanisławowa i nie ma co ukrywać, że pisać potrafi. Ma niestety trochę krótki oddech i kiedy przychodzi mu napisać coś dłuższego, coś co ma na przykład 250 stron formatu B5 rozjeżdżają mu się nogi. No, ale każdy ma jakieś ograniczenia. Nie czepiajmy się. Książki Andruchowycza były śmieszne, nie wiem jakie są dzisiaj, ale kiedyś mnie bawiły, tak jak bawiły mnie filmy typu „Borsalino i spółka”. Kłopot jest jednak w tym, że Andruchowycz, był lansowany u nas przez gazownię, co właściwie skreśla go z listy lektur większości populacji czytającej w Polsce książki. Dziś zaś wzywa nas do poparcia rewolucji na Majdanie. No, ale my pamiętamy, że dnia pewnego firmował Jurij Andruchowycz, swoim nazwiskiem fotoreportaż ze Stanisławowa, którego autorem był znany fotografik Tadeusz Rolke.

     Ja o tym panu już tu kiedyś pisałem, dokonał on bowiem swego czasu na łamach gazowni swoistego auto da fe, wyznał co porabiał w latach siedemdziesiątych, gdzie się włóczył i kogo fotografował. A ja, kiedy dziś na niego spojrzałem, dostrzegłem niejakie podobieństwo rysów twarzy do „pana 100 tysięcy voltów” czyli go Gilberta Becaud. Nie ma już Montanda co prawda, Rolke jest stary i choć życzę mu długiego życia, wiem, że każdy ma swoje ograniczenia, na Majdanie jednak jest kto inny, jest Kukiz, jest telewizja Republika, jest młody Wildstein, który na fejsbuku wymyśla od durniów ludziom wobec wydarzeń ukraińskich sceptycznym. Kukiz to oczywiście nie Montand i na pewno nie Becaud, bo oni przecież potrafili śpiewać, a Becaud to nawet grał na pianinie i innych instrumentach. Kukiz zaś ma tylko play back i nic więcej. No, ale to on rozpoczął swoją wielka karierę od piosenki opisującej wizytę kolędową księdza, który przychodzi do domu z dwoma flaszkami. Od tego się zaczęło, a wszystko przez to, że kultura musi być lewicowa. Po prostu musi, inaczej się udusi....

 

     Na stronie www.coryllus.pl mamy już cztery portrety bohaterów naszego komiksu o bitwie pod Mohaczem. Można tam także kupić poradnik „100 smakołyków dla alergików” autorstwa Patrycji Wnorowskiej, żony naszego kolegi Juliusza. No i oczywiście inne książki i kwartalniki. Jeśli zaś ktoś nie lubi kupować przez internet może wybrać się do sklepu FOTO MAG przy stacji metra Stokłosy, do księgarni Tarabuk przy Browarnej 6 w Warszawie, albo do księgarni wojskowej w Łodzi przy Tuwima 33, lub do księgarni „Latarnik” w Częstochowie przy Łódzkiej 8.

4 lutego zaś, w Gdańsku, w Manhattanie odbędzie się mój wieczór autorski. Początek o godzinie 17.00.

coryllus
O mnie coryllus

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (55)

Inne tematy w dziale Kultura