coryllus coryllus
11052
BLOG

Banaczek na tropie Kodżaka

coryllus coryllus Kultura Obserwuj notkę 64

 Ktoś podrzucił dziś z rana na stronie coryllus.pl ciekawy link do tekstu w gazowni o tym, jak to teraz przyjdzie moda na polskiej kryminały, a załatwi nam to w Ameryce nie kto inny jak Beata Stasińska, o której tu niedawno pisałem. Ja sobie ten tekst przeczytałem i jak zwykle pomyślałem, że ludzie, szczególnie z branży handlowej imają się ciągle tych samych narzędzi sprzedaży i ciągle te same targety próbują zagospodarować. Stąd właśnie moda na polskiej kryminały, to już kiedyś było, ale w trochę innej odsłonie, chodziło bowiem o filmy, nie o książki.

Jako dziecko, Wy pewnie mieliście to samo, czekałem na czwartkowe wieczory, bo puszczali wtedy kryminały amerykańskie, które według ówczesnych standardów miały niezwykłą wprost dynamikę. To znaczy były to rozlazłe i słabe filmy, ale w tamtych czasach nikogo nie denerwował widok zapchanej autostrady ujęty z góry i dialog dwóch policjantów siedzących w jednym z aut puszczany z offu przez 1,5 minuty. Dziś są to rzeczy nie do pomyślenia, ale 30 lat temu było to normalne i nikt się z tego powodu nie denerwował.

Najpopularniejszym serialem był Kodżak, a zaraz po nim Columbo. Ja wolałem Kodżaka. Nie prał nikogo po gębie, jak późniejsi policjanci z filmów, ale miał ujmujący sposób bycia i jakąś osobowość. Kodżak, grany przez aktora nazwiskiem Aristoteles Savallas, był Grekiem, co czasem dyskretnie zaznaczano. Unikano nachalności, bo jednak amerykański sen nie przewidywał jakichś separatyzmów w policji nowojorskiej. To się zmieniło potem i w latach 90-tych mieliśmy już całe posterunki wypełnione gliniarzami z różnych stron świata, którzy gonili za czarnymi dilerami narkotykowymi.

Tego Kodżaka i Columbo dało się jakoś oglądać, ale potem przyszła epoka filmów profilowanych pod konkretne grupy mniejszościowe. I tak właśnie wszyscy spotkaliśmy się pewnego dnia oko w oko z facetem nazwiskiem Banaczek. Był to detektyw polskiego pochodzenia, który pieprzył tak straszne bzdury, że po kilku odcinkach zdjęli serial, bo nikt tego nie mógł wytrzymać. Banaczek lubował się w polskich przysłowiach. Ja zapamiętałem jedno, a resztę wyparłem z pamięci, tak były okropne. - Nie szukaj skarpetek, jeśli nie masz ich na nogach – powiedział pewnego dnia Banaczek i zrobił minę taką, jak redaktor Ziemkiewicz, kiedy zamierza nam oznajmić coś wyjątkowo ważnego. I powiem Wam, że to było jedno z najlepszych przysłów Banaczka. Czym on się zajmował poza przysłowiami nie wiem, ale na koniec zawsze pokazywali go jak płynie kajakiem po rzece Potomac, bo takie właśnie miał hobby – kajakarstwo – jak wszyscy Polacy.

Po Banaczku przyszła kolej na detektywa węgierskiego, który był jeszcze gorszy niż jego polski kolega, no i dużo starszy. Był także detektyw holenderski i jeszcze kilku innych, ale ich nie zapamiętałem. Nie wiem, czy ktoś wpadł na pomysł, by nakręcić serial o detektywie rosyjskim czy ukraińskim, ale chętnie bym to obejrzał.

Filmy te miały sztywny target i widownia była zapewniona, zyski z reklam dawało się łatwo zaplanować. Nie wiem czy myśli wydawców porządkujących rynek książki szły tym samym torem co moje teraz, ale mam wrażenie, że podobnym. Mieliśmy wielką epokę kryminału szwedzkiego. Dlaczego szwedzkiego, tego nikt nie wie, bo tak i już. Znaleźli się autorzy, ktoś ich wypromował, a potem nakręcił według ich prozy filmy. Dziś ci autorzy, jeśli oczywiście żyją, mają się świetnie, a ich książki i ich ekranizacje podbijają rynki lokalne, na przykład rynek polski.

Ja próbowałem kiedy obejrzeć jeden taki szwedzki kryminał, ale nie dałem rady. To są przygody głupiego Jasia na polu kapusty. Biedna z nędzą, kręcona pod problemy współczesnego świata – arabskie dzieci, geje i lesbijki, parady równości i przestępcy, którzy temu wszystkiemu zagrażają, oraz dylematy policjantów co to nie mogą się odnaleźć w tej kulturowej dynamice. Jak człowiek to ogląda zaczyna tęsknić do Sławka Borewicza i jego pościgów dużym fiatem po polnych drogach.

No i teraz, skoro rynek szwedzki się już wypsztykał, pani Stasińska wpadła na pomysł, że może by tak sprzedać coś polskiego w Ameryce. I ja już drżę na myśl o tym, bo u nas autorem dobrych kryminałów jest Marek Krajewski, który sięga do atrybutów tak straszliwych, jak ponure miasto, burdele, piwiarnie, no i w ogóle rysuje tak zwany półświatek. Z sympatią rzecz jasna rysuje, bo nie ma gorszej rzeczy w kryminale niż napiętnowanie zła wprost. To się może zdarzyć w jednym tylko wypadku, a na prawidłowość tę zwrócił mi uwagę kolega, po tekście o Laurze Palmer. Zło zostaje napiętnowane wyraźnie i jasno tylko wtedy kiedy winny jest ojciec, a ojciec w tych wszystkich kryminałach, winny jest prawie zawsze. No chyba, że umarł przed czasem, wtedy winny jest dziadek.

Jak zaczynacie czytać albo oglądać kryminał i nie znacie zakończenia, można w ciemno obstawiać, że winnym zbrodni jest ojciec. To się zawsze sprawdza. Cała reszta, nawet jak coś przeskrobie od razu jest usprawiedliwiana, tłumaczona na różne sposoby i wybielana. Syn miał trudne dzieciństwo, bo ojciec go katował, matka miała męża pijaka co nie kochał dzieci i przez to właśnie musieli zabijać. I tak to leci.

Teraz będziemy mieli to samo, zwłaszcza gdy okazało się, że rynek krajowy nie łyka już autorów takich jak Witkowski i Tokarczuk. Ludzie ich po prostu nie chcą i uważają te napisane przez nich książki za śmieci. I na to wychodzi Beata Stasińska i mówi – to może napiszecie kryminały? One się dobrze sprzedają, załatwimy promocję w Ameryce i będzie sukces. No i Tokarczuk z Witkowskim, dwójka grafomanów pozbawionych talentu zacznie pisać kryminały. Tokarczuk już jakiś napisała. Tak więc mamy już, gotowy garnitur autorów tych polskich kryminałów, autorów, którzy nie sprawdzili się w studiach psychologiczno-obyczajowych, odrzuconych przez czytelnika i zostali przesunięcie na inny odcinek. Czy ja się tym martwię? Nie, bo ludzi ci podzielą los policjanta Banaczka. Będą się musieli przekwalifikować na kajakarstwo, a wcześniej poszukać skarpetek co to ich nie mają na nogach. Moda minie, Stasińska zainkasuje za ten eksperyment jakieś pieniądze, a potem przyjdzie nowe i na rynek amerykański wejdą autorzy kryminałów z Nigerii, albo z Laosu. Bo w zasadzie czemu nie.

Na polskim rynku zaś nastąpi chwilowe ożywienie koniunktury, które nazwane zostanie pasmem sukcesów, choć ani z pasmem, ani z sukcesami nie będzie ono mieć nic wspólnego.

Mnie te prymitywne chwyty w rodzaju – no, jak już nic nie umiesz to napisz kryminał, nieco krępują, ale cóż może mnie to obchodzić, jestem tylko małym, niszowym wydawcą i nie muszę się przejmować podbojem wielkich obszarów rynku, takich jak rynek powieści kryminalnych, rynek poradników czy romansów. To są zmartwienia Stasińskiej. Myślę, że pani Beata będzie nimi – mam na myśli zmartwienia – żyła już do końca. Nie smuci nas to wcale i nie życzymy jej powodzenia.

 

Byłem dziś rano w radio u Skowrońskiego. Maci tu nagranie http://www.radiownet.pl/#/publikacje/poranek-24-marca-2014

 

No i zapraszam na www.coryllus.pl

coryllus
O mnie coryllus

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (64)

Inne tematy w dziale Kultura