coryllus coryllus
4358
BLOG

Życie seksualne Białorusinów

coryllus coryllus Kultura Obserwuj notkę 18

 Wczoraj po raz kolejny przekonałem się, że talent to sprawa dziedziczna. A wszystko dzięki naszemu koledze, który podpisuje się dr.Wall. Umieścił on w komentarzu link do wywiadu z pisarzem nazwiskiem Karpowicz. Ja się wcześniej długo zastanawiałem skąd mogła się wziąć taka kreatura jak ten cały Karpowicz, ale pomysłu na to nie miałem żadnego. Niemożliwe jest oczywiście, żeby ktoś w tak wyrazisty sposób pozbawiony talentu, nagle z dnia na dzień zaczął wydawać książki, które leżą w księgarniach, książki o których się pisze w gazetach. Coś za tym musiało się kryć, ale ja sądziłem, że to może jakiś kolega Wajraka, albo Orlińskiego. Sprawa jest, jak się okazuje poważniejsza. Ignacy Karpowicz bowiem to siostrzeniec Leona Tarasewicza, najwybitniejszego malarza polskiego, pochodzenia białoruskiego. W sensie praktycznym, trudno dziś znaleźć w Polsce kogoś, go lepiej definiowałby swoją postawą artystyczną hochsztaplerkę niż profesor Leon Tarasewicz. Fałszywe jest tam wszystko, od warsztatu, przez misję, po cały ten wsiowo-białoruski sztafaż. No i z tego właśnie wziął się pisarz Karpowicz. On jest co jakiś czas mocno lansowany, ale przez przyrodzoną beznadziejność rynek go nie zasysa. Jest więc tak jak inni kartą propagandową, plasującą się gdzieś poniżej waleta trefl, między szóstką, a dziewiątką. Pokazują go co jakiś czas, żeby opowiedział o tym jak nie wierzy w Boga i jaki zły jest Kościół. I Karpowicz właśnie to robi i z tego żyje.

Lans Karpowicza rozpoczął się od podkreślania demaskatorskiego charakteru jego książek. Są to rzeczy w istocie trywialne nie demaskatorskie, tu Piłsudski schodzi z pomnika i coś gada, tam jakieś inne cuda się dzieją, a wszystko po to, by Polacy wreszcie zobaczyli kim są naprawdę. Ponieważ wuj pisarza Ignacego przyznaje się do białoruskości, a on też tak trochę, ale jakby mniej, warto by może zbadać – zwracam się do regionalistów podlaskich – z jakich środowisk oni się wywodzą rzeczywiście. Nie nalegam, ale sam fakt, że Karpowicz angażuje się w jakąś pedagogikę narodową skłania mnie do zastanawiania się nad tym skąd mu nogi wyrastają. No, ale pomińmy to na razie i skupmy się na tym do czego służy Karpowicz i jemu podobni pisarze. To są w istocie pudła rezonansowe do nagłaśniania ważnych dla promotora treści i do powtarzania w kółko tych samych nazwisk i nazw własnych. W tym wywiadzie co go dr.Wall dołączył, Karpowicz kilka razy wymienia słowa „Hoser” i „Rwanda”, choć wywiad jest o czymś zupełnie innym. I to myślę, jest istotą tego tekstu, a nie dyrdymały na temat jego najnowszej książki, o jakiejś pani, co się za okupacji z Niemcem puściła. To są rzeczy trywialne i w każdej miejscowości, białoruskiej, polskiej, ukraińskiej można znaleźć takich historii przynajmniej kilka. Słabi autorzy usiłują się w tym wyżywać i układają różne konfiguracje - Polka-Żyd, Żydówka-Niemiec, Białorusinka-Niemiec, Ukrainiec-Rwandyjka. Możliwości jest sporo i jak ktoś lubi powtarzalność sytuacji może się w tym realizować. I Karpowicz także to czyni, psychologizując, zmyślając i nawijając makaron na uszy czytelnikom.

Nie to jest istotne, ważne jest jak są tam, w tym wywiadzie, spozycjonowane dobro i zło. Dobro to ateiści i zwierzęta, a zło to Kościół Katolicki i jego wierni. Cerkiew jest gdzieś pośrodku, ale Karpowicz nie ma do niej serca, bo pop przeszkadzał mu i jego rodzinie w tak zwanym „zwyczajnym życiu”. Niepotrzebne napięcia wprowadzał. To może być jakiś ślad dla tych regionalistów co ich tu przywołałem, może po prostu rodzina Karpowicza to komuniści, którzy zaprowadzali na Podlasiu nowe porządki, a potem trochę złagodnieli.

Karpowicz neguje także najważniejszy dla Podlasia atut – tutejszość. Ona jest tam szalenie ważna, tak mówią miejscowi, ze względu na różne zagrożenia jakich mieszkańcy Podlasia doświadczali. No więc oni są dla bezpieczeństwa po prostu „tutejsi”. Karpowiczowi się to nie podoba, bo widzi w tym jakiś inny niż kościelny rodzaj zakłamania. Nie podoba mu się, że ludzie siedzą na ławeczkach i plotkują wieczorem, że nie prowadzą żadnego głębszego życia, tylko ta ławeczka, albo telewizor. I jeszcze do tego zwierzęta chcą mordować, a Karpowicz je kocha i nieba by im przychylił. Jak był mały to głaskał kury po szyjach i miał świnkę, a żaby przynosił do domu w kieszeniach. Potem usychały te żaby, bo zapominał o nich, ale nie o to przecież chodzi tylko o okazywanie szczerych i głębokich emocji.

No więc jeszcze raz – mamy dobro i zło według Ignacego Karpowicza. Zło to: Kościół i katolicy, dobro to Karpowicz, świnka i żaby, środek to cerkiew i rodzina Karpowicza, która nie wierzyła w życie pozagrobowe, ale zachowywała rytuały prawosławne. Jemu się to podobało i zakłamania w tym nie widział. Pewnie dlatego, że to rodzina. Co innego kiedy tak samo czynią katolicy. Wtedy Karpowicz gotów jest o nich pisać demaskatorskie książki. No, ale jest coś, a raczej ktoś jeszcze. Pani, co prowadzi ten wywiad zdradza nam o kogo chodzi. Oto nagle mówi Karpowicz, co będzie się z nim działo po śmierci. Jest bowiem pisarzem poważnym i takie kwestie jak przemijanie interesują go mocno. No więc Karpowicza po śmierci zjedzą robaki i powędruje on do „nigdzie” gdzie będzie na niego czekał „nikt”, albo jakoś podobnie to szło, nie chce mi się sprawdzać. No i po tych słowach prowadząca wywiad mówi: i wtedy odmówimy za ciebie kadisz. Na co Kaprowicz – ale koniecznie Hosera doproście do tego kadiszu. No i od razu robi się wesoło, śmiechom i zabawom nie ma końca.

Zwróćcie uwagę na naszą bezradność wobec tej nachalności i tego chamstwa. Tak naprawdę nic nie możemy zrobić. Możemy jedynie milczeć, ale człowiek nie został stworzony do milczenia. Trzeba się opowiedzieć. No więc się opowiadam. Myślę, że Karpowicz to skamielina z czasów kiedy pisarze przywożeni byli do Polski na ruskich czołgach. Pisarze z brudnymi pazurami i żółtymi od tytoniu zębami, którzy cywilizowali się powoli, a na koniec w starszym już wieku, kiedy udało im się coś z tymi rękami zrobić, przystrajali się w białe giezłeczka z lnu i zostawali wychowawcami młodzieży w jakimś ośrodku akademickim. Karpowicz powtarza ten schemat, mam nadzieję, że tylko tyle. Mam nadzieję, że nie wracamy do epoki ruskich czołgów i nie będzie przymusu odwiedzania w każdą niedzielę galerii, gdzie wiszą prace Leona Tarasewicza, w której jego siostrzeniec odczytuje w dodatku głośno fragmenty swojej prozy i uśmiecha się miło. No i jeszcze opowiada jak kocha zwierzęta. I kiedy tak wam to opisuje, przypomina mi się ten film, co go tu widzieliśmy niedawno, ten o krainie grzybów. Teraz mam prawie całkowitą pewność, że była to promocja nowej książki Ignacego Karpowicza. Nie może być inaczej.
 

Dziś ostatni dzień targów książki. Będę tam siedział od 10.00 do 17.00 zapraszam wszystkich serdecznie. No i na stronę www.coryllus.pl także zapraszam.  

coryllus
O mnie coryllus

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (18)

Inne tematy w dziale Kultura