Dwie rzeczy na ostatnich targach książki wstrząsnęły mną w sposób głęboki. Pierwszą było stoisko Gildii Komiksu, zastawione produkcją patriotyczną, a drugą wizyta Jana Bodakowskiego. Zacznę od tej drugiej kwestii. Z Panem Janem rozpoznajemy się od jakiegoś czasu i machamy sobie z daleka, a czasem nawet podajemy sobie rękę. W miarę jak się starzeję, staram się nie narzucać ludziom, nie biegam więc i nie witam się nachalnie ze wszystkimi, bo znam swój trudny charakter i wiem, że wielu osobom on po prostu przeszkadza. No, ale z Janem Bodakowskim zawsze się witamy i coś tam każdy z nas mówi. Coś standardowego, ale nie zdawkowego, coś sympatycznego, ale nie entuzjastycznego. I to jest w porządku. Mogłoby być oczywiście lepiej, ale póki co jest tak jak jest.
Na ostatnich targach zaś stało się coś co poruszyło mnie, jak powiadam, do głębi. Oto podszedł do mnie Jan Bodakowski i zaproponował mi wywiad. Zgodziłem się rzecz jasna od razu, bo niby dlaczego nie. - Niech pan przyjdzie z dyktafonem – rzekłem – i nagrywamy.
-
E, tak to nie – powiedział Pan Jan
-
Dlaczego?
-
Bo będę to musiał spisywać
Zamarłem. Nigdy w życiu nie robiłem wywiadów inaczej jak z dyktafonem. Nie miałem do tego ani serca, ani ręki, ale jak trzeba było jechałem na wywiad i nigdy nie szedłem na łatwiznę, nigdy nie wymyśliłem pytań i nie podesłałem ich rozmówcy, nigdy też nie robiłem wywiadu przez telefon. Kiedyś nawet zdarzyło się, że miałem porozmawiać z Bralczykiem. On się nie zgodził na spotkanie, chciał gadać przez telefon właśnie. Zrezygnowałem. To jest bez sensu w chwili kiedy się swojego rozmówcy nie zna i nie wie kim on tak naprawdę jest. No, ale dziś są widać inne metody.
No więc mówię do Pana Jana, żeby wymyślił pytania do tego wywiadu, ja na nie odpowiem i będzie dobrze. Okazało się, że tak też nie da rady. No to jak – pytam. I tu Pan Jan powiedział coś, czego ja w pierwszej chwili nie zrozumiałem, ale potem Toyah wytłumaczył mi o co chodziło. Otóż Jan Bodakowski zaproponował mi deal następujący: ja wezmę jakiś swój tekst, który uważam za ważny, pokawałkuję go i między te kawałki wstawię pytania. Kiedy już to zrobię Pan Jan umieści ten wywiad na swojej stronie i wyśle go do ludzi, których adresy ma w skrzynce pocztowej, a jest tych adresów ponoć aż 140. Aha, jeszcze jedno, zapytałem Jana Bodakowskiego, dlaczego po prostu nie wymyśli tych pytań, a on powiedział, że jedyne pytania jakie potrafi wymyślać dotyczą ustroju państwa. To jest odpowiedź bardzo kokieteryjna, ale w prawdziwym, redakcyjnym świecie skazywałaby ona Jana Bodakowskiego na natychmiastową zagładę. Wyleciał by z roboty po prostu, a po ulicach goniłyby go szyderstwa i śmiech. Takie numery nikogo z dobrze i realnie opłacanych pracowników mediów nie bawią. Oni są odporni na tego rodzaju kokieterię i nie śmieją się z takich żartów. Ja też się nie roześmiałem, bo jestem już stary i wiem do czego zdolni są młodzi, leniwi i rozwydrzeni ludzie. Wiem także, że nie można ich wychować w żaden sposób, trzeba się od nich trzymać z daleka, żeby zminimalizować straty własne. Bo życie jest tylko jedno, a nasza w nim aktywność, musi być traktowana serio.
I kiedy tak stał przede mną Jan Bodakowski, przypomniały mi się słowa patriotycznej pieśni: „Niechaj Polska zna, jakich synów ma”. Miły Panie Janie, uznawany jest Pan powszechnie za polskiego patriotę, który ma absolutne fiksum dyrdum, na różnych tłach dotyczących ojczyzny naszej udręczonej. Ludzie tacy są zwykle zawzięci i bardzo pracowici. A tu się okazuje, że pańskie fiksum dyrdum jest ulepione z rozmiękniętego papieru toaletowego. Jak Pan chce zbawiać ojczyznę, ale gdzie tam zbawiać, jak Pan chce robić cokolwiek, jak nie ma Pan nawet chęci spisywać pytań z dyktafonu?! Jak Pan wobec takiej postawy śmie napisać na swoim blogu, że jest Pan brzydki, biedny, niedoceniony i nielubiany?! Jak można Pana cenić, jak się Panu nie chce pytań spisywać, ani nawet wymyślać? Ja nie wiem czy jest Pan brzydki, ale nad sylwetką mógłby Pan popracować. Jak mają Pana doceniać, jak pan składa ludziom takie propozycje?! Czy Pan w ogóle zastanawia się nad tym co robi? Będzie Pan biedny do końca życia, jeśli będzie Pan postępował w taki sposób. To jest skandal! I jeszcze pisze Pan, że jest katolikiem i patriotą? Niechaj Polska zna jakich synów ma?! Synów kretynów – chciałoby się dopisać.
Ponieważ ja traktuję wszystkie propozycje serio zanim je odrzucę i każdą z nich analizuję, poddałem analizie również propozycję Jana Bodakowskiego. Bardzo dziękuję Panie Janie za zainteresowanie moją osobą i twórczością, ale sądzę, że to już raczej ja mogę zapewnić Panu jakiś reklamowy handicap, a nie odwrotnie. I przy tym pozostańmy. Piszę to wszystko, nie dlatego, żeby z Pana szydzić, ale dlatego, żeby Pana przywieść do przytomności, bo Pan przepadnie. Niech Pan wreszcie dorośnie.
Ja oczywiście rozumiem, że Pan Jan złożył mi tę propozycję ponieważ on doskonale wie, że ja nie reprezentuję żadnej realnej siły, ani medialnej, ani politycznej, doskonale rozumiem, że prócz kokieterii była w tej propozycji również spora doza pogardy. Jasne jest, że Jan Bodakowski, żadnemu dziennikarskiemu celebrycie nie zaproponowałby czegoś takiego, bo nie ma ludzi tak pogubionych, którzy nie odzyskiwaliby przytomności natychmiast, kiedy zaczynają błyskać flesze. Tym bardziej należy się się Panu Janowi taka pogadanka. No, ale już kończymy, teraz pora na komiksy.
No więc z zakresu tak zwanej propagandy patriotycznej, która powinna trafić wprost do serca polskiej młodzieży i serce to odmienić, mamy już właściwie wszystko. Jest komiks o kopalni Wujek, jest o księdzu Jerzym Popiełuszce, jest o Wałęsie i o piątce dzieciaków z Poznania zamordowanych przez niemiecki aparat represji. Jest wszystko, a wody nie ustępują, młodzież miast chodzić na wieczorki patriotyczne i śpiewać pieśni, miast głosować przytomnie, nadal robi to co dawniej, bawi się, wrzeszczy, pije, pali i śpiewa za głośno. No i, co najważniejsze, interesuje się wyłącznie sobą. Komiksy leżą, mają w większości przyzwoitą formę, są na jakimś tam poziomie i niczego to nie zmienia. Nie jest nawet zauważone. Czy ktoś myśli o tym, by z tych komiksów zbudować jakąś międzygalaktyczną flotę, która podbije rynki frankofońskie i przyniesie chwałę ojczyźnie naszej? Oczywiście, że nie. Dlaczego? Bo to wymagałoby zbudowania jakiegoś aparatu promocyjnego, wyjazdu na kilka imprez targowych, inwestycji w stoisko i przetłumaczenia scenariusza na języki obce. Bez gwarancji sukcesu rzecz jasna. No, a dla młodzieży, ale nie tylko dla niej, dla dorosłych też, gwarancje to rzecz najważniejsza. ZUS daje im gwarancje, umowy o prace są gwarancją, ubezpieczyciele gwarantują wypłatę świadczeń i to są właśnie nici, z których utkana jest poduszeczka, gdzie młódź i troszkę starsi Polacy składają udręczoną myślami głowę. Gwarancję – dla nich żyjemy. Po co w takim razie wydaje się te komiksy skoro są niepotrzebne? Bo ktoś chce mieć gwarancję, że dobrze wypełnia swoje obowiązki. Te zaś dotyczą administrowania kulturą narodową. I na to administrowanie są przeznaczone budżety, one są wydawane na różne sposoby, ale pozostać musi po nich jakiś ślad. No i to są właśnie owe komiksy, bo komiksy dają urzędnikom gwarancje, że treści patriotyczne dotrą do młodzieży.
Niechaj Polska zna, jakich synów ma. Synów kretynów – powtarzam – synów kretynów!
Oczywiste jest, że produkowane w ten sposób albumy do nikogo nie trafią i nie poruszą żadnej czułej struny w sercu. Po pierwsze dlatego, że są skażone propagandowym oszustwem, jak komiks o Wałęsie, po drugie dlatego, że są niedopracowane od stron formalnej, czyli jak to mówią – zrobione na odwal się – jak komiks o Poznańskim Czerwcu. O tym by wysyłać te prace na festiwale i konkursy nikt nie myśli, bo nie po to zostały one narysowane. Ich autorzy, ludzie może i ambitni, ale z miejsca pozbawieni szans, a pewnie też praw autorskich do swojej pracy, nie mają już ani chęci, ani czasu na rysowanie czegoś nowego. Ich horyzont twórczy wyznaczać będą coraz słabsze i gorzej wynagradzane prace artystów krajowych, albo jakieś wykwity lewackiej myśli z zagranicy, jak na przykład album pod tytułem „Uzbrojony ogród”, opowiadający historię Adamitów, czeskich heretyków, którzy rozebrali się do naga i zamieszkali na wyspie rzecznej, którą nazwali rajem. Kupiłem go sobie, jest bardzo profesjonalny, ale w warstwie treści po prostu straszny. Jeśli zaś chodzi o treści polskie nikt nie zajmuje się ich propagowaniem, nikt nie szuka nowych dróg, ani nowych rozwiązań formalnych, tak jakby ci ludzie nie mieli wykształcenia plastycznego, jakby im się nie chciało pytań z dyktafonu spisywać. Ja się im do pewnego stopnia nie dziwię. Pomiędzy nimi a odbiorcą stoją urzędnicy, którzy nie rozumieją absolutnie nic. Nie rozumieją nawet po co ich powołano na te stanowiska. Nie rozumieją dlaczego krajowy rynek nie przyjmuje wymyślonych przez nich produkcji, a w stronę rynków zagranicznych nawet nie patrzą. Czy można to zmienić? Myślę, że tak. Mamy już 12 stron albumu „Święte królestwo”. Myślę, że przed wakacjami pokażemy trailer, a jeśli się nie uda przed wakacjami to na pewno w lipcu. Jestem pewien sukcesu.
Zapraszam wszystkich na stronę www.coryllus.pl gdzie mamy już od wczoraj nowy numer kwartalnika Tatry, a także nowe książki: „Najlepsze kawałki Coryllusa”, oraz „Irlandzki majdan”. No i książkę o polskich lotnikach braciach Adamowiczach. Zostało nam jej już niewiele, bo na rynku było raptem 100 egzemplarzy. 6 czerwca, w piątek odbędzie się w IPN przy Marszałkowskiej kiermasz książki. Zapraszam, będę tam wraz z książkami. Tego samego dnia wieczorem odbędzie się jeszcze spotkanie ze mną w kawiarni „Niespodzianka” przy Marszałkowskiej. Zapraszam serdecznie.


Komentarze
Pokaż komentarze (41)