Powracam dziś po raz kolejny do tematu, który nazwać chciałem jeszcze dziś o świcie herezja a rebours, ale pretensjonalność tego tytułu trochę mnie zniesmaczyła, a poza tym przeczytałem z rana tekst niejakiego Jurasza, który wisi na samej górze pudła i stwierdziłem, że trzeba inaczej. Jeśli sobie opiszemy wielkie ruchy heretyckie jako drogę do Pana Boga na skróty, z pominięciem hierarchii Kościoła, która ewidentnie przeszkadza, a to w poznaniu pisma, a to w swobodnym życiu, a to w czymś innym, przyjdzie nam stwierdzić, że to co mamy dziś, jest marszem w drugą stronę. Dziś nie dość, że pomiędzy nami a Bogiem jest proboszcz i ci co ponad nim, to dystans jest dodatkowo wydłużany przez osobistości, które piszą i mówią o religii nie mając na to stosownych papierów. Chodzi mi o tylekroć opisywanych na tym blogu dziennikarzy katolickich. To są ludzie świeccy, którzy jakby w zastępstwie kapłanów, tłumaczą nam, biednym profanom, jak to jest z tym Panem Bogiem, pismem i hierarchią. Kto ich do tej misji powołał pojęcia nie mam, ale przypuszczam, że nie Pan Bóg, a raczej ten drugi. Po czym ja to poznaję? To proste jak karambol na indyjskiej autostradzie, większość z tych ludzi uwierzyła w swoje powołanie, a ono okazało się skuchą. Mówiąc wprost, prócz autentycznych kapłanów ze święceniami, religię tłumaczą nam, niejako dodatkowo – na zasadzie dopychania śledzi w beczce – jeszcze jacyś faceci, których od kapłaństwa odsunięto. Na przykład Hołownia, Terlikowski i kilku innych, którzy swoją nieudaną przygodę z Kościołem ukrywają głęboko. Tego rodzaju zachowanie uważam, za niestosowne. Sądzę bowiem, że trzeba dać szansę kapłanom. Nie tym z telewizji, ale tym z parafii. Jeśli ktoś idzie do Kościoła i słucha proboszcza, ale coś mu ten proboszcz nie leży i musi się dodatkowo zaprawić Terlikowskim, żeby był efekt, to znaczy, że coś jest nie w porządku. Ja wczoraj byłem na mszy i patrzyłem na tego naszego proboszcza, na ten jego biedny, całkiem pusty jeśli chodzi o wyposażenie kościół i na tę jego samotność. On nie zrezygnował z kapłaństwa, nie odwaliło mu, jak niektórym i wytrwał. No i teraz ma to czego chciał – parafię na jakimś zadupiu, gdzie przez długi czas sporo osób odnosiło się do niego wrogo. I będzie tam siedział, aż nie wykończy tej świątyni, a jak już to zrobi to przesuną go gdzie indziej, do innych ludzi i znów będzie coś budował, znów będzie miał przechlapane, bo ludzie mało płacą, a jak mu się trafi słaby kościelny to już w ogóle klęska. No, ale on nie robi wrażenia człowieka, który by się tym wszystkim przejmował. Pracuje, uczy, odprawia nabożeństwa, wygłasza kazania, ani specjalnie mądre, ani specjalnie błyskotliwe, takie w sam raz. Stara się jednak, żeby ludzie je zapamiętali. No i jakoś je konstruuje, ja to wiem na pewno, bo na tym się akurat trochę znam, na tworzeniu zwartych i przykuwających uwagę wypowiedzi. I myślę, że nasz proboszcz jest mocno niedoceniany. Nie jest dobrym mówcą ale się stara i co najważniejsze unika kokieterii. Na koniec kazania zawsze jest coś luźniejszego, ale granic nie przekracza nigdy, nie gra na emocjach. Jest taki jaki powinien być wiejski proboszcz. Dzieci go bardzo lubią. Oczywiste jest, że nasz proboszcz, jak większość proboszczów nie nadaje się do telewizji. Tam przeprowadzana jest selekcja i ci którzy występują w programach religijnych to jest po prostu pierwszy sort. Muszą być przenikliwi jak Hołownia, albo gorliwi jak Terlikowski, muszą być tak charakterystyczni, że gdyby komuś przyszło do głowy narysować o nich komiks, powinien to zrobić od razu, kilkoma prostymi kreskami. No i teraz pora zadać pytanie: po co? I następne: dlaczego? Jakim prawem niedoszli księża mówią o Bogu w telewizorze? Mnie to szalenie ciekawi, a to z tego względu, że przy każdym kolejnym moim tekście, ktoś zwraca mi uwagę na to, że za mało w nim idei, a jeśli nie idei to metafizyki, albo za mało Pana Boga jak piszę o świętych. No, ale my tutaj jesteśmy ludźmi świeckimi, interesują nas sprawy świeckie, które, chcemy czy nie, kształtują nasze życie i albo się z nimi zmierzymy stając w prawdzie, albo one nas zmielą. Mamy swoich proboszczów, którzy głoszą kazania i martwią się o nasze dusze, ale muszą też kupować blachę na pokrycie dachu kościoła i negocjować warunki. Być może ich funkcja im w tym pomaga pomaga, ale szczerze wątpię. Są więc ci księża tak samo narażeni na różne kłopoty jak każdy z nas. Nie mogą od nich uciec i my także nie możemy. Czy to są kłopoty, będące udziałem medialnych celebrytów od religii? Przypuszczam, że nie. Każdy ma jakieś problemy, ale te akurat telewizyjnych kaznodziei nie dotyczą. No więc po raz kolejny zapytać trzeba kto ich wynajął? Komu służą? Ja się tak dziś tym ekscytuję, bo jak włączam salon, to mam po prawej stronie Terlikowskiego, który coś opowiada, a raczej wygłasza, bo on też chciał być księdzem, ale mu coś nie wyszło. Na targach w Białymstoku doszło do czegoś, z mojego punktu widzenia kuriozalnego. Na białoruskich stoiskach sprzedawano prawosławną literaturę religijną, jednym z zaproszonych gości zagranicznych był Graham Masterton, a w ostatni dzień publiczność białostocką bawił swoim show Szymon Hołownia. Wraz z nim pojawiła się cała czereda jego podlaskich wielbicieli, a także Adam Wajrak z GW. Jest więc człowiek i jest Pan Bóg, a pomiędzy nimi jest Kościół Powszechny. Podczas gdy dawniejsze herezje całą siłą uderzały w Kościół, te nowe mianują się podwykonawcami jego woli, a wszystko po to, by nasze życie było jeszcze bardziej święte. Słowem – nie wystarczy dawać na tacę, trzeba jeszcze kupować książki Hołowni i Terlikowskiego, wtedy dopiero uczestnictwo w Mistycznym Ciele Chrystusa będzie pełne. Szydzę oczywiście, ale jak to inaczej rozumieć? Czy już teraz wszyscy rozumieją dlaczego moje książki są pozbawione pierwiastków innych niż doczesne? Myślę, że tak.
No, a teraz pora wyjaśnić dlaczego ja się czepiłem tego Jurasza z pudła. Nigdy wcześniej go nie czytałem, a dziś coś mnie podkusiło. To jest rzecz naprawdę niesamowita, zalicza się bowiem Jurasz do licznego w naszym kraju grona dyskutantów smakoszy. On to nawet pisze wprost na swoim blogu. O, proszę:
Zwolennik realpolitik, rozumianego nie jako kapitulanctwo, a jako coś pomiędzy romantyzmem nieliczącym się z realiami, a cynizmem ubierającym się w szaty pozytywizmu. W blogu będę pisał głównie, aczkolwiek nie wyłącznie, o polityce zagranicznej. Z przyjemnością powitam ew. komentarze, również te krytyczne, ale będę zobowiązany za merytoryczną dyskusję - choćby i zażartą, byleby w granicach dobrego smaku.
W granicach dobrego smaku musi być ta dyskusja, może być zażarta, mogą być nawet krytyczne komentarze, Jurasz ich nie wyklucza, ale normalnie czeka na te pochlebne, które mu się należą jak Terlikowskiemu czas antenowy. No i co za precyzja w definiowaniu własnej misji: coś pomiędzy romantyzmem a cynizmem...Jeśli nie wiecie jeszcze kim jest Witold Jurasz to Wam tę tajemnicę zdradzę, to jest były dyplomata, który został z dyplomacji wywalony i teraz cierpi, bo miast poświęcać siły ojczyźnie, musi chodzić na osiem godzin do roboty w korporacji. Inaczej rzecz ujmując – zamiast jeździć na nasz koszt na placówki i tam odgrywać Taleyranda, musi sprzedawać żyletki Wilkinson, czy jakieś inne śmieci. Jurasz opowiedział nam dziś o swoich znajomych, którzy rozczarowani Polską i panującymi tu stosunkami wyjeżdżają za granicę, już to do ONZ już to do korporacji w Austrii. Dobry Boże, co za dylematy! A Jurasz zostaje i będzie pchał swój wózek dalej, choć nie to było jego przeznaczeniem. On był przecież dyplomatą, a teraz pisze bloga o polityce zagranicznej, na której się świetnie zna. No i weźcie teraz tego Jurasza i porównajcie go z młodym Ławrowem, albo z jakimś innym młodym urzędnikiem państwowym z Rosji czy Wielkiej Brytanii. Różnicę dostrzeżecie łatwo, ona jest dokładnym przełożeniem różnicy pomiędzy prawdziwym księdzem a Hołownią. Prawdziwy ksiądz jest prawdziwy, a Hołownia to oszust. Prawdziwy dyplomata ma świadomość tego, że można zginąć w niewyjaśnionych okolicznościach a Jurasz chce pisać o polityce zagranicznej i nas tej polityki uczyć. I jeszcze się odgraża, że zacznie pisać teksty o karierowiczach i miernotach w Polsce. To jest niesamowite, jak łatwo ci wszyscy ludzie podnoszą sobie moralną samoocenę, wystarczy, że wyrzucą ich z pracy i już. Oni od razu stają się kimś innym, jakimiś prawie prorokami. To samo jest z tymi wywalonymi z seminariów, oni od razu zyskują tę charakterystyczną szlachetność i miękkość w obejściu. Jakby Lemańskiego obrać z sutanny to stałby się wzorcem takich zachowań. No i ten smak, od razu im się wyostrza, wszystko staje się po prostu kwestią smaku...
W przyszły piątek można mnie będzie spotkać na kiermaszu IPN przy Marszałkowskiej, a o 19.30 tego samego dnia w Cafe Flora w Alejach Ujazdowskich odbędzie się mój wieczór autorski. Zapraszam. No i zapraszam na stronę www.coryllus.pl


Komentarze
Pokaż komentarze (54)