coryllus coryllus
3415
BLOG

Komiks recenzowany naukowo

coryllus coryllus Kultura Obserwuj notkę 70

 Z niejakim zdziwieniem dowiedziałem się, że w branży humanistycznej istnieje taka specjalizacja jak recenzent prac habilitacyjnych. Pewnie nie tylko takich, ale ja akurat słyszałem o habilitacyjnych. Recenzje muszą być napisane, a ich autorzy opłaceni i to jest najważniejsze. Mamy instytucje naukowe, które przeznaczają duże budżety na te właśnie cele i całe rzesze wyspecjalizowanych recenzentów, którzy oceniają prace naukowe. Co się z tymi pracami potem dzieje? Nic, to oczywiste, stanowią wkład w rozwój nauki, ale nikt nie wie do końca co to znaczy, w sytuacji kiedy media zdewastowały i unieważniły akademię. Ktoś może powiedzieć, że to nieprawda. Jaka tam nieprawda, jeśli profesorowie idą do studia, po to, by tam opowiadać jakieś truizmy to znaczy, że to jest najszczersza prawda. Gdyby akademia wygrała z mediami, każda inauguracja roku akademickiego, każda ważniejsza, budząca poruszenie praca naukowa, byłaby omawiana w telewizji. A tak przecież się nie dzieje. Oczywiście, wiele osób pewnie się zdziwi, że ja zgłaszam taki postulat, ale zastanówcie się dlaczego niby mam go nie zgłaszać? Przecież politolodzy, socjolodzy i inni naukowcopodoni lecą do mediów jak ćma do światła. Dlaczego nie dzieje się odwrotnie? Otóż dlatego, że uniwersytet państwowy to fikcja, która musi się bez przerwy uwiarygadniać. Do tego zaś służy telewizja, jak wiadomo każdy kto był w telewizji, musi być mądry, inaczej przecież by go tam nie pokazali. Kłopot jest w tym, że pracowników naukowych przybywa, a do telewizji zaprasza się tylko wybranych. Co robi reszta? Próbuje dosztukowywać misję do swoich działań. Część się deprawuje od razu, część oszukuje się i liczy na to, że w przyszłości coś się zmieni, ale przecież wiadomo, że nic się nie zmieni, więc życie uniwersyteckich humanistów zamienia się po prostu prozaiczne węszenie za forsą. No, ale skoro tak, po cóż dźwigać na karku garb misji, który w poszukiwaniu zarobku przeszkadza? To ważne, ponieważ bez owego garbu, wszyscy ci ludzie staną się nieważni. Dlatego też pielęgnowanie złudzenia misyjności jest tak istotne.

Zauważcie teraz jak straszliwe emocje muszą grać w tych ludziach, którzy konkurują ze sobą, nienawidzą swoich szefów, którzy blokują im drogi kariery, a do tego jeszcze mają na karku tych durniów studentów. To jest prawdziwy horror. Nie można z tego matriksu tak po prostu wyjść, nie można powiedzieć sprawdzam, bo człowiek zostanie bez roboty na ulicy i czeka go klęska życiowa. Nie ma bowiem mowy, by samemu z siebie znaleźć pracę na innej uczelni. Każda bowiem akademia jest oblepiona krewnymi i znajomymi królika, którzy wysysają z niej budżety jak kleszcze krew z kota. I za nic na świecie nie ustąpią ani kawałka miejsca obcemu. No więc ryzyko jest potworne, moim zdaniem większe niż w przypadku księży porzucających kapłaństwo. Oni bowiem zawsze mogą się przydać w policji. Z pracownikami naukowymi jest dokładnie na odwrót. Coraz więcej młodych, wcześnie emerytowanych funkcjonariuszy zaczyna karierę na uczelniach. W drugą stronę ten mechanizm nie działa, żaden młody asystent nie znajdzie zatrudnienia w policji, chyba, że na stanowisku stójkowego, na takie ryzyko mało kto się zaś waży. Ja przynajmniej nie znam nikogo takiego. Pozostaje więc udawanie i nadzieja, że po latach wyrzeczeń i upokorzeń, po latach jałowego dreptania w miejscu uda się w końcu jednemu z drugim dochrapać do stanowiska autora recenzji habilitacyjnych. I wtedy dopiero zacznie się prawdziwe życie. Wtedy dopiero człowiek pokaże na co go stać. Będzie można pisać recenzje prac o średnicy luf muszkietowych w XVI wieku i inne, równie fajne. Dopiero się wtedy człowiekowi podniesie samoocena.

Dlaczego ja tak strasznie szydzę spytacie? Otóż dlatego, że dowiedziałem się wczoraj czegoś niesamowitego. Otóż okazało się, że komiks „Wrzesień pułkownika Maczka”, który miałem sprzedawać już w tym miesiącu, komiks narysowany w styczniu i poprawiany przez pół roku będzie miał recenzenta naukowego. Kapujecie? Ja z trudem. Recenzent naukowy komiksu – to tak, jakby królowa Elżbieta przed przyznaniem szlachectwa Jagger'owi poprosiła gromadę ekspertów z Oxfordu, żeby oni wydali opinię na temat poprawności angielszczyzny w jego piosenkach. Bo przecież jeśli okazałoby się, że ona – ta angielszczyzna - jest niepoprawna byłby wstyd na cały świat.

  • Wasza wysokość – wtrąca się John Dee – ale Mick sprzedaje miliony płyt na całym świecie, na chwałę imperium, pal diabli jego angielskich, niech sobie gada i śpiewa jak chce.

  • Gówno prawda John – odpowiada na to jej majestat – musimy stworzyć komisję i profesorowie z Oksfordu muszą się wypowiedzieć, czy Mick gada jak trzeba czy nie. Nie możemy hańbić szlachectwa

  • Wasza wysokość – John na to – ono jest od dawna zhańbione, wie dobrze wasza wysokość, że 90 procent domów arystokratycznych w Anglii to wzbogacone na jumie kmioty, albo po prostu Żydzi, w najlepszym wypadku.

  • Nie chrzań – rzecze królowa – jest jeszcze akademia, ona zasłoni to wszystko

  • Ale pani – John łapie się za głowę – ja sam tę akademię reformowałem, dobrze wiem kto tam pracuje, pamiętam z jakich nędznych dziur wyciągałem tych oszustów.

  • Tak jest moja wola John, skończ już lepiej....

John kłania się, zamiata czarnym płaszczem podłogę i wychodzi. Na jego twarzy maluje się cierpienie.

 

Tak by to wyglądało w Anglii, gdyby ktoś zawracał sobie głowę tymi sprawami, ale na szczęście dla Anglii nikt sobie nie zawraca. Mick Jagger może spokojnie wpisywać słowo „sir” przed swoim nazwiskiem, a królowa, która nienawidzi ani jego ani jego szatańskiej muzyki, będzie podrygiwać uśmiechnięta w jej rytm.

W Polsce jednak, celem podniesienia standardów, jak rozumiem i wdrapania się na najwyższe piętra rozważań intelektualnych, recenzować się będzie komiksy pod kątem ich naukowości i zgodności z prawdą historyczną. A jaki budżet przeznaczono na te recenzje, że spytam, bo ja słyszałem, że rzecz honorowana jest w widełkach od 3 do 5 tysięcy. Ładny kawałek grosza. Już wcześniej myślałem o tym, co by tu zrobić, żeby wystawić jakąś konkurencyjną dla akademii ofertę. I wymyśliłem. W najnowszym numerze „Szkoły nawigatorów” oraz na stronie www.coryllus.pl, zaraz po ogłoszeniu wyników konkursu komiksowego ogłosimy nowy konkurs. Nie będzie to konkurs na recenzję, ale na esej historyczny pod tytułem „Kto zabił Bartolomeo Berecci”. Za wskazanie mordercy 3 tysiące złotych nagrody. Rozwiązanie konkursu w zimie. Nagród drugich i trzecich nie przewidujemy. Jeśli maja ci biedni ludzie marnować czas na pisanie recenzji komiksu, którego i tak nikt poza mną sprzedawał nie będzie, to skróćmy dystans, pomińmy pośrednika i niech coś napiszą dla mnie. Taki mam pomysł. Nie wiem czy dobry? Jak myślicie? Zaczynamy w końcu czerwca – kto zabił Bartolomeo Berecci.

 

Mam jeszcze smutną wiadomość, od jutra kończy działalność częstochowska księgarnia „Latarnik”. Szkoda, wydawało się, że w dużym mieście takie miejsce ma rację bytu. Rzeczywistość okazała się inna. Zapraszam na stronę www.coryllus.pl

coryllus
O mnie coryllus

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (70)

Inne tematy w dziale Kultura