Pieniądze służą popychaniu spraw do przodu. Mówi nam o tym przypowieść o trzech sługach obdarowanych przez pana gotówką. Ci, którzy ją pomnożyli dostali nagrodę, a ten co zakopał swój talent pod krzakiem został uwięziony. Innych funkcji, prócz popychania spraw do przodu pieniądz nie ma. No i właśnie ogłoszono w Izbie Książki, akcję która ma długą i nieadekwatną nazwę a dotyczy czytelnictwa, jego wspierania, a także wspierania i rozbudowywania wiejskich bibliotek. Nie tak dawno te same biblioteki miałby być zamykane, jak pamiętacie, a ja się w tej sprawie nawet nie zająknąłem. Nie pisałem nic, bo w bibliotekach leżą dziś Harlequiny i Grochole i ciężko doprawdy znaleźć tam coś więcej.
Nowy program ogłoszony przez Grzegorza Gaudena, dyrektora Instytutu Książki opiewa na grube miliony złotych i służył będzie do popychania spraw do przodu. Czyli mówiąc wprost do zastępowania książek Kalicińskiej no i Harlequinów tak zwaną literaturą wartościową. O tym co jest wartościowe, a co nie decydować będą rzecz oczywista urzędnicy. Kim oni są wiemy i mamy absolutną pewność, że na temat książek i ich jakości większość z nich nie ma pojęcia. Wybory będą więc dokonywane arbitralnie, jak sądzę bez udziału umysłu i zmysłów wybierającego, ale po prostu według rozdzielnika, który przyjdzie gdzieś z góry.
Z polskich pisarzy najbardziej zaprzyjaźniony z Instytutem Książki jest Mariusz Szczygieł. On nam to dawno temu napisał tu na blogu. No więc mamy 100 procent pewności, że książki Szczygła znajdą się wśród pozycji wartościowych. Najmniej szanowany przez ten instytut jest chyba nasz kolega Sowiniec, który oznajmił wczoraj na blogu Lexblue, że napisał już dwie książki, a wkrótce napisze trzecią, no, a do tego dwa poważne wydawnictwa namawiają go na napisanie czwartej. No, ale on nie ma szans na to, by ludzie Gaudena umieścili go na liście wartościowych autorów, którzy znajdą się w bibliotekach i będą promowani w mediach.
Jasne jest, że cała ta akcja to drenaż publicznych pieniędzy i wpychanie ich w propagandę. Innej funkcji to nie ma i mieć nie będzie. Czy akcja ta przyniesie efekt oczekiwany? To zależy kto czego oczekuje. Ci, którzy łaszą się na budżety przeznaczone na zajęcia w podgrupach, na które opiewa ten program z pewnością się obłowią, ale co do efektu finalnego, to pewien jestem, że będzie znikomy. Tak się bowiem zawsze dzieje, że wszelkie ingerencje urzędników w przepływ pieniędzy wywołują efekt odwrotny. To znaczy pieniądze nie płyną, ale zastygają jak wilgotny gips we wnętrznościach szczura. Nie wiem czy pamiętacie, ale w epoce poprzedzającej różową trutkę na gryzonie, wystawiało się w zaszczurzonych miejscach miseczki z gipsem lekko rozmoczonym, a do tego jakieś poszatkowane mięso na przynętę. Co głupsze szczury to żarły, a potem gips zastygał im w kiszkach i umierały w męczarniach. Tak samo jest z tymi pieniędzmi przeznaczonymi przez urzędników na promocję książki. To będzie klęska i złodziejstwo na skalę niespotykaną. Dla przypudrowania tego interesu pokaże się parę razy Szczygła w wiejskiej bibliotece i na tym się skończy.
Dlaczego tak się dzieje? Dlaczego jest tak, że jeśli czegokolwiek dotykają urzędnicy to rzecz ta natychmiast zamienia się w g...no? Bo oni są zdeprawowani i poszukują jedynie pretekstów do przewalania budżetów. Pamiętamy słynną akcję „Cała Polska czyta dzieciom”? Pamiętamy. No to teraz będzie podobnie, tylko z jeszcze większym rozmachem. Co przeszkadza urzędnikom przewalać budżety? Rynek. Jeśli istnieje rynek urzędnicy się nudzą. W sytuacji, jaką dziś mamy w Polsce rynek jest fikcją, no więc oni – gdzieś w zakamarkach ministerstwa się to stało – wpadli na pomysł, by rynkowi pomóc. Nie mogą tego zrobić. To jest wbrew naturze. Żeby urzędnik mógł pomóc rynkowi musi być spełniona jedna ważna zależność. Musi być ów urzędnik zależny od cesarza. Nie od prezydenta, nie od sejmu, ale od cesarza właśnie. Jeśli ktoś przypomina sobie czasy schyłkowego II cesarstwa we Francji i przygody malarzy w tym czasie, dobrze wie o czym mówię. Cesarz zarządził, że akademia nie będzie miała monopolu rynek sztuki. No i otworzył nowe możliwości. Uczynił to za pomocą konkursów na obrazy. To ważne szalenie, żeby zrozumieć cały mechanizm. Konkurs wyłania najlepszych, ale daje szanse wszystkim, robi się ruch w interesie i nikt nie pozostaje wobec tego konkursu obojętnym. Być może cesarz liczył na to, że uda mu się już zawsze kontrolować to, co będzie we Francji malowane i sprzedawane, ale jak wiemy nie udało się. Nie przez Bismarcka wcale i nie przez jego armię. Konkursy i salony uruchomiły prawdziwą lawinę akcji inwestycyjnych, a po odejściu cesarza, masoni rządzący III Republiką zwietrzyli swoją szansę. Mały nakładem kosztów, poprzez prasę i poprzez wystawy organizowane przez swoich ludzi nakręcili koniunkturę w sposób tak niesamowity, że w końcu we Francji pojawili się amerykańscy milionerzy z pieniędzmi o jakich się Sowińcowi nie śniło. I tak narodziła się sztuka nowoczesna. Sztuka wielkich oszustw, wielkich koniunktur i wielkich szamanów. Z książką jest podobnie, ale trochę inaczej. No, ale u nas w ogóle nie ma o czym mówić. U nas o ogłoszeniu konkursu na książkę, prawdziwego konkursu, mowy nie ma. I ja teraz chciałem zwrócić uwagę na jedną ważną rzecz. Cokolwiek by się nie mówiło o Napoleonie III i jego następcach, to ludzie sztuki przez nich promowani mieli jednak jakiś warsztat. I mieli pojęcie o tym co robią. Można to oceniać różnie, ale talentu tym ludziom trudno było odmówić. Jakość była bowiem tą wartością, którą każdy Francuz oceniał bez pudła, nie tylko ją oceniał, ale się nią interesował. Oczywiście można było szydzić i drwić z różnych nowomodnych pacykarzy, ale każdy, nawet najgłupszy urzędnik wiedział, że w tym jest moc i domyślał się jaką to może pełnić funkcję.
Nasi nie mają takich planów wobec książki, nasi nie mają żadnych planów poza tym co zawsze, planem, który zawiera się w zdaniu: bierz forsę i w nogi. I choćby Grzegorz Gauden przebrał się za świętego Mikołaja nic tu nie zmieni.
Ten moment ogłoszenia konkursu i przypilnowania by spełnił on swoja funkcję jest szalenie ważny, bo to jest dopiero otwarcie. Oni – nasi urzędnicy tego nie rozumieją – im się zdaje, że zadekretują co jest a co nie jest wartościową literaturą. Nie mogą tego zrobić, bo się na tym nie znają, nie mogą tego zrobić, bo tego nie chcą. A nie chcą, bo nie ma cesarza. Nie ma nawet ministra spraw wewnętrznych Clemenceau. Jest Sienkiewicz i Belka, no i Gauden, to wszystko.
Z naszymi konkursami sprawa ma się tak, że one są planowane jako akcje mające umocnić władzę obecnej sitwy i umocnić hierarchie na tej atrapie rynku wykreowanej przez urzędników. Oceniam to dobrze i nie ma w tym paradoksu, świadczy to bowiem o ich słabości. Silna władza nie ma kłopotu z tym, by dawać szanse nowym ludziom, bo ci nowi ludzie nawet nie zauważą o co tej władzy chodzi. Przyjaźniący się z ministrem Clemenceau malarz Monet nie wnikał w jego intencje, po prostu go malował. No, ale tamci mieli władzę. I jawną i tajną i jeszcze czwartą władzę też mieli. Nasi mają tylko budżety składające się z zabranych nam pieniędzy. Rządzi kto inny. Oni zaś by potwierdzić swoje fałszywe charyzmaty muszą organizować ustawki. Tak to jeździ. Kiszki szczura wypełnione gipsem i my w środku. Musimy coś zrobić.
Póki co ogłaszam nowy konkurs. Plakat i regulamin pojawią się niebawem na stronie www.coryllus.pl Nowy konkurs jest prostszy od poprzedniego, chodzi o napisanie eseju na temat „Kto zabił Bartolomeo Berecci”. Termin jest długi, bo pisać można do końca grudnia. Zachęcam wszystkich. Nagroda jest tylko jedna – 3000 zł za wskazanie mordercy. No, ale najlepsze prace zostaną rzecz jasna opublikowane w kwartalniku „Szkoła nawigatorów”. Zapraszam www.coryllus.pl


Komentarze
Pokaż komentarze (52)