Najgorsze co można zrobić prozie Henryka Sienkiewicza to promować ją w ten sposób jak to czynią w ostatnim nagraniu z Ronina panowie Wegner i Łysiak. Najgorsze – powtarzam. Ja rozumiem trochę pana Wegnera, bo on ma już swoje lata i trudno mu przyswoić coś poza samą prozą Henryka, ma też ten charakterystyczny głos, powodujący, że wszystkie zebrane na sali panie, uważać go będą za znakomitego gawędziarza, choćby pierniczył niestworzone rzeczy. Gorzej jest z Łysiakiem, który nabrał skądś tej nieznośnej maniery, podrasowanej wadą wymowy, (jak można skończyć aktorstwo i nie wybrać się ani razu do logopedy?). Kiedy Tomasz Łysiak zaczyna czytać fragmenty Sienkiewicza czujemy się jak w szwedzkim talk show, gdzie prowadzący nabija się z ludzi po operacji strun głosowych i parodiuje ich sposób mówienia. Jakby tego wszystkiego było mało rzecz cała odbywa się w atmosferze entuzjazmu i takiej charakterystycznej, nostalgii absorbowanej bez krzty zrozumienia obecnych realiów.
Zacznijmy jednak od konkretu. Oto pan Wegner powołuje się w pewnym momencie na Stanisława Mackiewicza, naszego – póki nie wydorośleliśmy – ulubionego politycznego statystę. Mackiewicz potrafi chrzanić nie gorzej niż ci dwaj. I taki właśnie „ochrzaniony” cytat z niego, cytat na temat Sienkiewicza podaje pan Wegner. Jest tam i o renesansie i o baroku w prozie Sienkiewicza, jest i o rzymskim atrium i o dostojeństwie łaciny. No, ale najważniejsze jest, że ten Henryk z powagą i dostojeństwem kładzie w zdaniu orzeczenie za podmiotem. Po czym następuje cytat potwierdzający ową prawidłowość. Podaje ów cytat pan Wegner z namaszczeniem i powagą, równą tej jaką wywołuje w obserwatorze, koniecznie uważnym, wspomniane już rzymskie atrium. Przywołuje Wegner zdanie:Był na Żmudzi Billewiczów ród możny od Mendoga się wywodzący....itd
Ja może nie jestem za dobry z gramatyki, ale w Potopie można znaleźć, myślę, ze sześćset zdań, które potwierdzają tezę Mackiewicza o orzeczeniu kładzionym po podmiocie i niekoniecznie trzeba wyciągać akurat to pierwsze, które każdy zna i które nie przekonuje nikogo, a mnie już najmniej, że pan Wegner jest znawcą Sienkiewicza i gramatyki języka ojczystego.
Po wysłuchaniu powyższego wyłączyłem nagranie, bo uznałem, że dalsze jego słuchanie spowoduje wystąpienie u mnie jakichś sadystycznych syndromów, że zamiast odnieść się do meritum zacznę po prostu flekować starszego człowieka i towarzyszącego mu młodzieńca, który ma kłopot z realizacją głosek szeregu ciszącego.
Do czego dziś służy w praktyce Henryk Sienkiewicz i jego proza? Odpowiedzmy sobie na to pytanie serio, mając pełną świadomość, że nie ma literatury wiecznie żywej, tak jak nie ma wiecznie popularnych piosenek. Można się oczywiście łudzić, ale nie ma to sensu. Henryk żyje dziś tylko dzięki temu, że lewica używa go jako pałki przeciwko ludziom nie podzielającym jej poglądów. I nie chodzi tu o żaden konserwatyzm, dostojeństwo czy powagę, czy atrium czy coś tam innego. Chodzi o to, że jak ktoś toczka w toczkę nie powtarza tego co piszą w gazowni to się go wali po łbie wywróconym na nice Sienkiewiczem. To jest figura prymitywna i podła do tego, to jest obrzydliwe wykorzystywanie pisarza wielkiego, którego proza nie brzmi już w duszy naszej młodzieży tak pięknie jak brzmiała jeszcze w naszych duszach. Nie brzmi, bo ani my, ani sam Henryk w zaświatach nie mamy żadnych możliwości, by przeciwstawić się zalewowi propagandy obcej wartościom lansowanym w Trylogii. Mam na myśli przeciwstawienie się skuteczne. Innych przeciwstawień nie uznaję. Inne przeciwstawienia uważam za wbijanie gwoździ do trumny, w której złożono polityczną polską tradycję.
Henryk Sienkiewicz podobnie jak wielu innych autorów sprowadzony został do roli makiety argumentu w makiecie dyskusji. Takie zaś aranżacje prowokowane są nagminnie przez gazownię i okolice. Ja to wiem na pewno, bo w czasach kiedy w salonie24 królowała tak zwana lewica, czyli te wszystkie matołki, tak dobrze przez nas pamiętane, a dziś już tu nie piszące, zrobiłem to samo co oni, ale odwróciłem wektor argumentu. Napisałem tekst pod tytułem: Henryk Sienkiewicz był geniuszem. Od tego zacząłem blogowanie i oni dostali szału. Przez całe tygodnie pisali wyłącznie o mnie nakręcając mi koniunkturę. I mowy nie było żeby przestali, bo przecież święcie wierzyli w swoje racje. No i dobrze. My jesteśmy dziś tu gdzie jesteśmy a ich nie ma tu dziś wcale. Uważam ów fakt za oznakę bezwzględnego swojego sukcesu. Potem powtórzyłem ów numer zdobywając kolejną porcję darmowego paliwa produkowanego na bazie nienawiści i opublikowałem tekst pod tytułem „Czego nas uczy Maria Rodziewiczówna”. To mnie wyniosło na orbitę i już mi dziś żadne polemiki nie straszne. Krążymy wokół Ziemi Kochani i patrzymy na to wszystko z góry. No, ale wracajmy do meritum.
Obrona Sienkiewicza, w ogóle dyskusja o nim w aranżacji jaką zaprezentowali panowie Wegner i Łysiak to jest bieda z nędzą, to jest wprost wyjście naprzeciw oczekiwaniom gamoni z trzeciego szeregu gazownianych sław dziennikarskich, które nie potrafią pisać o niczym więcej jak tylko o postępie albo ciemnogrodzie, którego przedstawicielem jest Sienkiewicz. I na to przychodzi Łysiak i się oburza, z tym nieznośnym do tego zaśpiewem w głosie. To jest kolejna stylizacja, kolejna fikcja i kolejny fałsz. Po co oni to robią? Mogę powiedzieć wprost, choć wiele osób się oburzy, oni chcą troszkę pokokietować starsze panie zebrane w tym całym klubie. Oni sprowadzają Sienkiewicza do roli pisarza dla emerytów. W dodatku takich jakich sobie sami wymyślili, bo ja wiem na pewno, że emerytów, którym podobałoby się to wystąpienie nie ma prawie wcale. A jak już Łysiak zaczyna mówić coś o młodzieży, to się okazuje, że przez całe życie zmuszał własne dzieci do czytania Trylogii, ale bez skutku. Wykładając te wszystkie, poznaczone jak nie wiem co, karty na stół obaj panowie dziwią się i martwią, że tradycja umiera, a wszak jest taka piękna. No i ten humor sienkiewiczowski i ten język....Powiedzmy sobie jasno: estetyzowanie nie jest właściwym kierunkiem jeśli idzie o obronę Sienkiewicza. A co jest? Ja bym proponował coś, co się czasem nazywa odczytywaniem starych książek na nowo. Ja mam taką propozycję i w szczegółach omówiłem ją ostatnio w Radio Wnet. Mówiłem oczywiście o Czechach, bo książce czeskiej poświęcone było moje tam spotkanie. Przeczytajmy Trylogię na nowo i znajdźmy tam rzeczy, których ludzkie oko nie widziało. Oto przykład: Sienkiewicz wymienia w Potopie dwóch Czechów, obaj są postaciami ważnymi w historii i znaczącymi, ale Henryk całkowicie ich lekceważy i opisuje, ze swadą, jak to on, ale troszkę nieprzytomnie. Otóż Jan Weyhard Wrzesowicz, człowiek który był osobistym znajomym Augustyna Kordeckiego i wymieniał z nim listy, nie był jakimś tam najemnikiem-podłotą. To był syn zarządcy cesarskiej mennicy w Pradze, bratanek burgrabiego z Karlszatjnu, człowiek poważny, ustosunkowany i bardzo zły. Jego kolega, również Czech, Wacław Sadowski, nie był sympatycznym, lubiącym Polaków oficerem w służbie szwedzkiej, który się przypadkiem wkręcił w wir dziejów. To był facet korespondujący z Cromwellem. Człowiek, który już w roku 1654 szykował się do wojny i słał do Londynu listy prosząc lorda protektora o przysłanie kontyngentu do Polski. Nie do Czech Kochani, ale do Polski. Takich tropów, które nam wskazuje Henryk, tropów, dających się odczytać na nowo i na nowo zinterpretować jest mnóstwo. I to jest właśnie moja propozycja dla Was i dla wszystkich – żebyśmy na nowo odczytali Sienkiewicza. Tam zaś, gdzie Henrykowi się trochę pomieszało, albo gdzie czegoś nie doczytał, żebyśmy to zrobili dziś za niego. Tylko taki sposób postępowania gwarantuje nam, że te gamonie z gazowni wreszcie się zamkną i przestaną pisać o ciemnogrodzie i innych bzdetach. Powtarzanie ogranych dyrdymałów o honorze i powadze oraz o naśladowaniu bohaterów sienkiewiczowskich jest kompromitujące i prowadzi do nikąd. I nawet jeśli komuś bardzo podoba się chrypka pana Wegnera to seplenienie Łysiaka z miejsce jej efekt niweluje. I znów jesteśmy tam gdzie byliśmy przedtem – sam na sam z wylewającymi na nas pomyje autorami z Czerskiej.
Zapraszam na stronę www.coryllus.pl, oraz na targi w Katowicach, które rozpoczynają się jutro. Będziemy tam jutro we trzech, bo przyjedzie także Tomek Bereźnicki. Siedzimy do niedzieli. Chciałbym także przypomnieć, że w przyszłym tygodniu ukaże się nowy, piąty już numer „Szkoły nawigatorów”. Wraz z jego ukazaniem się wielu osobom kończy się prenumerata. Przypominam nieśmiało, że wykupienie prenumeraty na rok następny oznacza, że nie ponosicie Państwo kosztów wysyłki kwartalnika przez cały rok.


Komentarze
Pokaż komentarze (60)