399 obserwujących
2903 notki
12303k odsłony
  3623   0

Kanonizowanie tandety

Cała idea tego bloga obraca się wokół pewnej szczególnej kwestii. Oto wszyscy dookoła gadają o odkłamywaniu historii, a nikt tak naprawdę nie zabiera się za to w sposób poważny. Odkłamywanie to bowiem rozumiane jest jako produkcja kolejnych mitomańskich filmów i różnych powierzchownych publikacji. Można rzec, że to nie jest nic nowego, bo zawsze tak było, każda władza próbowała się uwiarygodnić poprzez nową redakcję jakichś kawałków historii. No, ale ja twierdzę, że było inaczej, a to z tego względu, że w pewnych krajach i w pewnych organizacjach sprawy te traktowane były poważniej, a w innych mniej poważnie. Ta pierwsza okoliczność zachodziła wtedy kiedy władza rozumiała doktrynę w imię której działała, a ta druga w sytuacji kiedy władza nic nie rozumiała, poza tym, że ludzie na stadionach mają wstawać na gwizdek i robić meksykańską falę bo to ładnie wygląda. Pierwszy przypadek relacji pomiędzy władzą a doktryną lokujemy w dwóch miejscach, w elżbietańskiej Anglii oraz w Kościele potrydenckim. Można mnożyć przykłady dobrej synergii – lecimy klasykiem – pomiędzy władzą a doktryną, ale one prawie nigdy nie dotyczą nas. U nas zawsze królowała meksykańska fala i totalne niezrozumienie funkcji propagandy. Nawet w państwie tak poważnym jak PRL miało to wymiar groteskowy.

Od wczoraj nie mogę się pozbierać po tym, jak dotarły do mnie dwie informacje, jednak dotyczy doktryny Kościoła, a druga doktryny i propagandy naszego państwa. Zacznijmy od pierwszej.

Oto ktoś wrzucił wczoraj pod tekstem link do artykułu z 'Gościa niedzielnego”, w którym stoi jak byk, że jakieś środowiska w Kościele będą się domagać wyniesienia na ołtarze Tolkiena. Ja rozumiem, że to jest wiadomość lekkopółśmieszna, ale pisze o tym „Gość niedzielny”, pismo reklamowane w każdej parafii po każdej mszy. Ktoś tam uważa więc, że nie ma żadnego problemu, że można domagać się, by Tolkien został świętym.

A co to ma za związek z odkłamywaniem historii? Bardzo prosty, jeśli bowiem odważnie, bez lęku o emocje sfrustrowanych młodych mężczyzn, szukających spełnienia w literaturze, zapytamy jaka jest propagandowa funkcja literatury fantasy i SF, odpowiedź będzie jedna. Służy ona temu, by nie trzeba było na nowo redagować różnych niejasnych fragmentów historii, by na przykład ludzie nie dopytywali się jak to było z tą herezją w średniowieczu, albo z czyich dokładnie pieniędzy zbudowano katedry w Ille-de France i na jaką wysokość opiewały rachunki.

Literatura produkowana w sztafażu historyczno-romantycznym służy właściwie tylko do werbunku. Do pozyskiwania młodych, nie radzących sobie z okolicznościami ludzi, którzy oczadziali od tych treści będą je powielać, już to jako autorzy-naśladowcy, już to jako badacze literatury (Tolkien a sprawa ukraińska), już to jako historycy romantycznie usposobieni. Jak wiemy dysfunkcja polegająca na głębokiej fascynacji jakimś rodzajem literatury jest niesłychanie trudna do wyleczenia. Znam dziewczyny, które od wielu lat uważają, że „Mistrz i Małgorzata” to dobra książka, a może nawet najlepsza. Z Tolkienem jest dokładnie tak samo. Tymczasem jest to cała, wyprodukowana w ciągu ostatnich 200 lat imperialna menażeria brytyjska, którą zebrano w jednym miejscu i wysłano na podbój mózgów i serc biednych frajerów na kontynencie. My zaś słyszymy, że Tolkien jest głęboko chrześcijański. Oczywiście, że jest, bo Brytyjczycy uważają się za jedynych prawdziwych chrześcijan, nawet ci pochodzenia żydowskiego tak myślą i Tolkien im w tym myśleniu pomaga. Opowiadania, że w książkach Tolkiena są jakieś głęboko katolickie pierwiastki jest czymś kuriozalnym absolutnie, ponieważ w większości książek napisanych w XIX i XX wieku, wyjąwszy pornografię, ale nie całą, i Aleistera Crowley takie pierwiastki zawiera. Tolkien wykorzystał je i przerobił tak, by służyły one idei imperialnej. Ktoś może powiedzieć, że ja znowu daję tu upust swoim maniom, bo Tolkien to po prostu wspaniała rozrywka. Dla mnie nie, to po pierwsze, a po drugie, doskonale wiem, jak ta literatura działa na mózgi. Nic już potem, poza treściami identycznymi lub podobnymi do tych mózgów nie dociera. Chłoną one jedynie szlachetne deklaracje różnych oszustów i na tychże deklaracjach budują swoją wizję rzeczywistości, literatury czy czego tam chcecie. Efektem tego jest pomysł, by Tolkiena kanonizować. Pogański autor, opisujący pogański świat, będzie teraz lansowany jako prawie-święty. Dla porządku tylko chcę przypomnieć – niech mowa wasza będzie tak-tak, nie-nie – jakoś tak to szło chyba? Przypomnę też, że najtrudniejszą na świecie sztuką jest trzymanie się realiów i ujmowanie sytuacji w ocenach jasnych i konkretnych, nawet jeśli pozostają jakieś wątpliwości. Wszystkie ciemne siły dążą do tego, by od tej misji odwrócić naszą uwagę. Żeby podziwiać moralność katolicką Jerzego Zawieyskiego oraz głębię prozy Tolkiena która jest prawie-chrześcijańska. Jak ktoś chce napisać książkę chrześcijańską, niech się weźmie za opisanie sekty Paulicjan i jej zdemaskowanie, bo póki co czynią to jedynie Brytyjczycy.

Lubię to! Skomentuj82 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale