Media młotkują w ostatnim czasie (no dobra, większość mediów wspomina, a jedno młotkuje) temat "parytetów", o których "wszyscy ludzie rozumni" wiedzą, że są niezbędne, żeby ulżyć ciężkiemu losowi kobiet, nawet jeżeli te jeszcze nie są tego świadome (starsi młotkowicze doskonale pamiętają, że kiedyś to się nazywało "klasa w sobie" i "klasa dla siebie", ale mądrość etapu teraz jest taka, że nazywa się to "parytetami"). Nie chcę tu wchodzić w meritum tej akurat koncepcji (zrobił to doskonale dr Kochanowski, cytuję za www.radiozet.pl, te upały naprawdę źle służą wielu osobom), zauważam jednak pewien poważny problem.
Otóż wśród klas kroczących w awangardzie walki o wyzwolenie społeczne wiadomym jest, że podzał na płeć męską i żeńską jest reakcyjny i pachnący ciemnogrodem. Co więcej, ofiary tego podziału cierpią nie tylko w toaletach, ale i w lokalach wyborczych Wydawałoby się więc, ze bojowniczki o postęp i wyzwolenie społeczne w osobach tow. Środy i jej siostrzyc powinny odrzucić zacofane przekonania i występować nie o jakieś rewizjonistyczne fanaberie socjaldemokratyczne w rodzaju "parytetów" 50/50. Na chłopski rozum, nieco tylko poszkodowany lekturą "Wyborczej", parytet obejmować powinien nie tylko kobiety i mężczyzn, ale także osoby transpłciowe. Po równo, po 1/3. Skoro nikt nie może być dyskryminowany z jakiejkolwiek przyczyny, to i z takiej, że nie jest chłopem ani kobitą (albo jest i tym i tym) też nie może być dyskryminowany.
Ale z tą 1/3 jednak bym się nie wychylał, bo oto okazuje się, że z płciami nie jest tak, jak by się wydawało, tzn że są dwie czy trzy, ale w zasadzie jest ich tyle, ile się komu podoba - tako rzeczą "nowoczesne, interdyscyplinarne badania naukowe" (swoją drogą okazuje się, że prowadzona kiedyś przeze mnie z pomocą Salonowiczów dokumentacja kretynizmów produkowanych w czasach IV RP komuś się do czegoś przydała,szkoda ze bez podania źródła). Wydaje mi się, że przy pomocy podejścia "gender" można "reinterpretować" nie tylko "kanoniczne dzieła sztuki", ale i ordynację wyborczą. Trzeba więc odejść od pomysłu wpisywania sztywnego podziału list wyborczych w proporcji 50/50 (czy, o zgrozo min. 30%) na rzecz ustaleń jakiejś komisji porozumiewawczej (historia partii i państwa zna takie przypadki). Zasiadaliby w niej np. kierownicy katedr "gender studies", przedstawiciele Human Rights Watch, Kampani Przeciw Homofobii, "Wysokich Obasów" i głównego grzbietu "Gazety Wyborczej". Komisja ustalałaby w jakich proporcjach w Sejmie zasiadliby np. mężczyźni malujący paznokcie, kobiety jeżdżące na lokomotywach czy fedrujące na przodku, wyrośnięte chłopięta w różowych puchatych klapeczkach itp. W ten sposób polska demokracja wzniosłaby się na wyżyny postępu i wreszcie moglibyśmy świecić światu przykładem.
Jedna tylko jest niewiadoma: co na temat "parytetów" sądzi Rafalala?


Komentarze
Pokaż komentarze (5)