Wiemy nie od dziś i nie od wczoraj, że jednym z koników "Gazety Wyborczej" i jej przydatków jest swoiście pojmowana polityka historyczna. Szczególnie widoczne jest to w warszawskiej wkładce do organu, zawiadywanej przez Seweryna Blumsztajna (zwie się to "Gazeta Wyborcza Stołeczna", w skrócie "Gazeta Stołeczna"). To jest chyba sztandarowy wytwór lewackiej ortodoksji, działającej szerokim frontem, ale zawsze w jednym kierunku (a propos - niedawno ze zdziwieniem zauważyłem w innym lokalnym dodatku do GW, że tam posługują się staroświecką terminologią - o kobiecie, która jest krytykiem i historykiem sztuki nie napisali, że to "krytyczyka i historyczka", tylko normalnie, po polsku - rzecz w "Stołecznej" nie do pomyślenia!).
Jednym z odcinków frontu jest tzw. polityka nazewnicza - ulubionym celem redaktorów GS są zwłaszcza kombatanci, którzy apelują do radnych o uczczenie ich zgrupowań, poległych dowódców. Do historii hańby polskiego dziennikarstwa ja osobiście zaliczam dwa teksty red. Jarosława Osowskiego - jeden sprzed lat, kiedy to GS sekundowała "młodzieży" walczącej z kombatantami o ulicę Lennona w miejscu, gdzie w czasie wojny działał Szpital Ujazdowski i jego dyrektor - Leon Strehl. Redaktor posunął się do nazwania tego bohatera "jakimś lekarzem, ktory uzdrawiał". Drugi przykład to, opisany tu swego czasu przeze mnie, popis równie ostentacyjnej co udawanej ignorancji dotyczącej nazwy "Żołnierzy Wyklętych".
Ale, jak się okazuje, lewacka ortodoksja poługuje się logiką dialektyczną, w związku z czym ogłoszona nie tak dawno w Gazecie Stołecznej teza "patronów warszawskich ulic jest za dużo" połączona z antytezą "plac Jacka Kuronia" (taki wniosek głosowała ostatnio Rada Warszawy) daje w syntezie całkiem ciekawy efekt. Jaki? Ano "PiS czuje benzynę". Doprawdy, nie trzeba czekać na zapowiadane w Gazecie Stołecznej "Dni Cipki" (linkuję, gdyby ktoś nie uwierzył, że takie rzeczy u Blumsztajna są na porządku dziennym), żeby mieć dużo radości podczas lektury!


Komentarze
Pokaż komentarze