Pisemnie zaprasza. To znaczy zapraszać ma Państwowa Komisja Wyborcza za pośrednictwem wójta burmistrza albo prezydenta miasta a list informujący obywatela, że właśnie odbywają się wybory ma być każdemu doręczany do domu.
Jak każdy kij - i ten ma dwa końce. Jeden jest, rzekłbym, „keynesowski”: ktoś musi to wydrukować, ktoś musi to rozwieźć, ktoś musi to doręczyć, wreszcie ktoś musi to już po wszystkim zutylizować. Jakby nie patrzeć - parę tysięcy osób (łącznie z rodzinami) z tego skorzysta. Ale kij ma i drugi koniec: rzekłbym: merytoryczny. Otóż pomysł ten to odgrzewanie starych kotletów z uporem godnym lepszej sprawy lansowanych od lat przez Instytut Spraw Publicznych. Zawsze przy tej okazji pojawiają się argumenty o tym, jakie to dobre dla naszej demokracji, że głosować pójdzie dużo wyborców. Jednak wątpliwości moje są tu co najmniej dwie, a może nawet trzy:
-gdzie Platforma Obywatelska wyczytała, że wyższa frekwencja = wyższa jakość demokracji? Jakie badania na to wskazują? Czy np. frekwencja we Włoszech – prawie dwa razy wyższa od naszej – powoduje, że tamtejsza demokracja jest dwa razy lepsza od polskiej?
-cała kampania ISP dotycząca rozsyłania zaproszeń swego czasu opierała się na badaniach wykonanych przy okazji wyborów do Parlamentu Europejskiego w 2004 roku (może od tamtej pory zrobili jakieś nowe badania) – okazało się wtedy, że spory procent wyborców w ogóle nie wiedział, że są takie wybory. Nie wiem, czy przekładanie tego badania (w końcu chodziło o pierwsze polskie wybory do cokolwiek dziwacznego i abstrakcyjnego tworu) na wszystkie inne wybory ma jakikolwiek sens, ale widać każdy pretekst jest dobry
-i niech no mi ktoś ze zwoleników tego pomysłu powie: czy pozyskanie głosów obywatela, który w ogóle nie wiedziałby, że są wybory, gdyby nie dostał do skrzynki listu, a więc obywatela a) niezainteresowanego polityką, b) nieorientującego się w ofercie wyborczej, c) niezdolnego być może do wykonania skomplikowanego cokolwiek procesu selekcji spośród tejże oferty, warte jest wydania setek tysięcy publicznych złotówek? A może właśnie taki wyborca jest najcenniejszy, bo nie trzeba na jego pozyskanie wydawać złotówek partyjnych a resztę zrobi „Szymon”?
Taką mam obawę obywatelską związaną z tym pomysłem, i wcale nie pieniądze są tu najważniejsze (chociaż niemałe – jeśli przyjąć, że mamy 30 milionów wyborców i każdy mieszka w gospodarstwie domowym czteroosobowym, a list przyjmie postać druku bezadresowego skierowanego do całej rodziny – czyli wariant najoszczędniejszy z możliwych – to koszt samego wysłania tej przesyłki wyniesie 600 tys. złotych przy zleceniu wszystkiego centralnie na całą Polskę). Najważniejsze jest zaś to, że chodzi o realizację idei, która w najlepszym wypadku nie ma potwierdzenia w życiu realnym, przyjmując zaś najgorsze założenie, ma służyć zwiększeniu szarej, najłatwiej manipulowalnej masy wyborców (chęć dania zarobku drukarni i operatorom pocztowym jako zbyt prymitywną hipotezę odrzucam) w sposób droższy niż można to osiągnąć w inny sposób i metodą nie dającą gwarancji osiągnięcia celu (bo obywatel może się wezwaniem nie przejąć i napalić nim w piecu).
Bo jeśli Platforma Obywatelska chce koniecznie czcić bożka wysokiej frekwencji, to niech ma odwagę wprowadzić obowiązek głosowania. I niech wtedy się gimnastykuje i przekonuje obywateli, że ta wysoka frekwencja to dla ich dobra i dobra demokracji, oczywiście.


Komentarze
Pokaż komentarze (32)