Tak właśnie paradoksalnie, moim zdaniem, jest. W jaki sposób? Zacznijmy od dygresji. Otóż – jak wiadomo – w wyborach, zwłaszcza tak silnie spersonalizowanych jak prezydenckie, kluczowe znaczenie dla wyniku mogą mieć trzy czynniki (dla uproszczenia pomińmy niewczesne żarty kandydatów innych niż Jarosław Kaczyński i Bronisław Komorowski, że liczą oni na drugą turę).:
- który z kandydatów zmobilizuje więcej własnych potencjalnych wyborców
- który z kandydatów przyciągnie więcej wyborców niezdecydowanych
- który z kandydatów w drugiej turze przyciągnie większą część elektoratu (faktycznego – nie potencjalnego) swoich konkurentów z pierwszej tury.
Dwa pierwsze czynniki wydają się w miarę oczywiste: większej mobilizacji można spodziewać się w elektoracie J. Kaczyńskiego, choćby na podstawie poszlak takich jak nędzna frekwencja w „prawyborach” w PO, imponująca liczba podpisów zebranych pod kandydaturą J. Kaczyńskiego (oczywiście zupełnie bez znaczenia są tu pohukiwania sierot po IV Departamencie, które na portal gazeta.pl z oburzeniem słały donosy o „zbieraniu podpisów pod kościołami”), termin wyborów (druga tura odbywać się będzie już w wakacje). Tak samo oczywistym może być fakt, że niezdecydowanych wyborców raczej nie będzie przyciągać J. Kaczyński – i pewnie teraz cała młócka propagandowa PO i sojuszników będzie szła w kierunku przypominania ludziom, jak bardzo nie lubią Kaczyńskiego (chociaż i tak nie będzie to to samo, co w 2007 r.).
I tu dochodzimy do czynnika trzeciego: przepływy elektoratów między pierwszą i drugą turą. A ściślej mówiąc: jak zachowają się ci wyborcy, którzy w pierwszej turze poszli do wyborów (a więc są aktywni i dlatego cenni) i zagłosowali na innych kandydatów. Najpoważniejszym z „trzecich kandydatów” wydaje się Grzegorz Napieralski (chociaż Pawlak skóry tanio też pewnie nie sprzeda), przy nim więc się zatrzymajmy. Jak daje się zauważyć, „obóz postępu” podzielił się u nas na tych, co kibicują Grzegorzowi Napieralskiemu i tych, którzy kibicować mu nie zamierzają. Wśród tych drugich jest np. największy chyba ostatnio „lewicowy autorytet”, czyli Włodzimierz Cimoszewicz (to jest takie „sumienie lewicy”, które nie brzydziło się być w PZPR-ze, w czasach, kiedy życie tracili chociażby Pyjas, Przemyk czy ks. Popiełuszko, a teraz jest ogromnie oburzone pomysłami koalicji z PiS-em z powodu „sprawy Blidy”) a wraz z nim jego ideowi przyjaciele: Tomasz Nałęcz, Gazeta Wyborcza, pozostałości po Unii Wolności primo voto Demokratycznej (a de domo i tak PZPR, ale zostawmy). I teraz wejdźmy w skórę takiego przeciętnego wyborcy Napieralskiego. To jest oczywiście lewicowiec, ale raczej natolińczyk niż puławianin, raczej gomułkowiec niż rewizjonista czy komandos, raczej zwolennik Albina Siwaka niż negocjowania z Kuroniem, raczej zwolennik akcji „Hiacynt” niż parad gejowskich. I raczej przeciwnik eksperymentów typu LiD, SdPl itp.
Ten elektorat w żaden sposób sam z siebie nie byłby w stanie nawet pomyśleć o głosowaniu na Bronisława Komorowskiego – dla nich już głosowanie na LiD z Lityńskim (jakoś akurat jego sobie szczególnie upodobali) było bardzo gorzką pigułką. I żeby ten naród poparł Bronisława Komorowskiego w drugiej turze – trzeba do niego odpowiednio przemówić. Jak? Nie mój cyrk, nie moje małpy, niech kombinują sami. Ale zauważę tylko, że wcale ten elektorat nie był bardzo oburzony, kiedy Napieralskiemu nie spieszyło się do oddawania Platformie na tacy mediów publicznych. I teraz też nie będą oburzeni, kiedy Napieralskiemu nie będzie się spieszyło do oddawania Platformie na tacy prezydentury. Bo co wtedy „ugra” SLD w Sejmie? Przy prezydencie Kaczyńskim, z pewnością wetującym Platformie to i owo, Napieralski może się czuć do pewnego stopnia panem sytuacji (jak to już było za czasów śp. poprzedniego Prezydenta). Przy prezydencie Komorowskim rola takiej opozycji jak SLD ograniczy się wyłącznie do roli kwiatka do kożucha, który może sobie najwyżej interpelację napisać. Napieralski pewnie to rozumie, w jego interesie będzie też przekonać do tego swój elektorat i zwyczajnie wysłać go po 20 czerwca na wakacje.
I im więcej ten elektorat, elektorat Napieralskiego, będzie słyszał od „autorytetów” z Gazety Wyborczej jak bardzo „be” jest Napieralski” a jaki „fajny” jest Komorowski – z tym większym chłodem będzie na tego Komorowskiego patrzył. Zresztą już teraz wystarczy poczytać różne fora internetowe, gdzie marszałek sejmu jest tytułowany „hrabią” i nie jest to bynajmniej komplement. Powiedziałbym więc tak: jeśli Michnik, Nałęcz, Cimoszewicz i inni chca pomóc Kaczyńskiemu – niech zwalczają Napieralskiego, niech dalej dzielą PZPR-owską „lewicę”. Niech namawiają elektorat osiedli milicyjnych do głosowania na „hrabiego” (chociaż ten się ostatnio trochę zreflektował i ponoć zdjął sygnet do sesji zdjęciowej). Niech obrzydzają tego polityka, którzy „odzyskał” czerwonym część mediów publicznych właśnie dzięki temu, że nie posłuchał Olejniczaka i innych podpowiadaczy. Efekt może być taki jak w 2007 roku: dodanie do SLD LiD-u i postudecji nie stanowio żadnej wartości dodanej – ludzie z samego „jądra” SLD byli wręcz wkurzeni na Olejniczaka, że w tak głupi sposób potracił mandaty poselskie, które były do wzięcia przez SLD. I elektorat Napieralskiego zagłosuje w drugiej turze zamiast na Bronka - na Egipt, Tunezję, Ustkę i Krynicę Morską i tych kilkuste tysięcy głosów może mu 4 lipca zabraknąć. Czego sobie, Państwu i Polsce z całego serca życzę.


Komentarze
Pokaż komentarze