Weterani Sierpnia, jak donoszą publikatory, zażądali od Janusza Śniadka, aby oddał nazwę "Solidarność". Miło, że tak troszczą się o ten symbol. Ale ja się tak głupio spytam: którzy z tych weteranów protestowali, kiedy inni weterani przepraszali za "Solidarność" i sprzedawali jej legitymacje na aukcji pani Kiszczakowej? Jeżeli wtedy krzyczeli, że takich rzeczy robić nie wolno, to oczywiście mieli rację i teraz mają pewne prawo apelować o to, o co apelują.
Z całą pewnością uczynił to w swoim czasie śp. Lech Kaczyński.
Nie mam też złudzeń, że gdyby żył i był na wczorajszym zjeździe, i wygłosił takie przemówienie, jakie wygłosił jego brat, to "weterani "S" oraz media prorządowe urządziliby taki sam festiwal histerii antypisowskiej i antykaczyńskiej. Zapewne okazałoby się, że i on, wiceprzewodniczący związku z najtrudniejszych chyba latach początku transformacji, nie ma prawa do "Solidarności". Że większe prawo mają ci, którzy z dnia na dzień uznali takiego właśnie Kisczaka za element demokratycznego państwa prawnego, prawowity organ państwowy III RP.
Ja mam więc prośbę do weteranów "S" - nie umniejszając oczywiście ani trochę ich zasług: niech zostawią "Solidarność" "Solidarności". Niech ci, którzy nie sprzeciwiają się i nie sprzeciwaili filozofii, zgodnie z którą związki zawodowe w gospodarce rynkowej były i są kulą u nogi, reprezentują postawę roszczeniową i w ogóle lepiej, żeby nie przeszkadzały, nie oceniali, kto ma, a kto nie ma w "Solidarności" do czego prawa. I niech najpierw zrobią porządny rachunek sumienia, a potem dopiero się skarżą na to, że działacze o słabszych nerwach co i rusz ich wygwizdują. Może nie są też wobec "Solidarności" bez winy?


Komentarze
Pokaż komentarze (1)