Nie wiem, czy to tylko moje złudzenie optyczne, czy coś jest na rzeczy. A mianowicie: przez minione dwa lata Donald Tusk przy okazji niemal każdego występu publicznego prezentował publiczności wielce srogiego marsa na twarzy - twarzy od zawsze kojarzonej przecież z politykiem młodym, pełnym radości życia, chłopięcej pogody ducha i lekkości.
Od 2005 roku, tak jakoś od października-listopada oblicze to zmieniło się nie do poznania. Nie, nie, to nie wiek spowodował. To coś innego. Już nie był to "polityk w krótkich spodenkach" - nieprzyjazne Tuskowi środowiska inaczej zaczęły go określać: "wilcze oczy", "wilcze zęby" - zmiana była zauważalna. Tym bardziej, że za wilczymi zębami nie trzymał języka, który też się stawał wilczy - stąd wiele wypowiedzi, przez które pracownicy premiera Kaczyńskiego musieli aż sztambuch założyć.
Od paru tygodni twarz Donalda Tuska jest twarzą polityka... młodego, pełnego radości życia, chłopięcej pogody ducha i lekkości. Język wilcze swe oblicze również zarzucił - i Donald Tusk używa wyłącznie słów miłości.
Jakież to, jakie wydarzenia sprawiły, tę przemianę? A może mi się tylko tak zdaje?


Komentarze
Pokaż komentarze (11)