Ano trzeba zapytać panią Hall, która jest ministrem od edukacji. Co minister od edukacji i jej urzędnicy planują w tym kierunku? Ano reformę. Reforma oświaty jest rzeczą tak samo pewną jak dziadoskie płace nauczycieli. W każdym ustroju.
"Dziennik" przedstawia przepis na wykształciucha, jaki chce ponoć wprowadzić w życie nasze ministerstwo, zwane jeszcze ministerstwem edukacji narodowej.
A wiec ja to się robi?
1. Wyższe wykształcenie polega na tym, że wie się mniej.
"Ministerstwo Edukacji tłumaczy, że reforma jest konieczna, bo wykształcenie wyższe chce zdobyć aż 80 proc. młodzieży, a obecne treści programowe są zbyt obszerne dla wszystkich. "Nie każdy będzie bardzo dobry z polskiego czy historii, więc nie ma sensu wszystkich uczyć wszystkiego" - tłumaczy DZIENNIKOWI wiceminister edukacji prof. Zbigniew Marciniak"
2. Osoba z wyższym wykształceniem ma być prawdopodobnie wąsko wyspecjalizowanym profesjonalistą o wąskich horyzontach, ograniczonych wyraźnie do wiedzy specjalistycznej.
"By dobrze przygotować tak wielu młodych ludzi do studiów, potrzebne jest wzmocnienie wiedzy tylko z tych przedmiotów, które interesują ucznia i odciążenie go w ostatnich dwóch latach liceum nauki od tych, które na studiach będą mu zbędne – mówi.
3. Inżynier czy lekarz, profesje, na które jest popyt - nie tylko w Polsce, mieliby być uczeni prez większość szkoły średniej tylko przedmiotów fachowych. Dobrze, że jeszcze polskiego nie skasowali, chociaż propozycja byłego ministra Legutki, żeby uczniowie ab zdać maturę musieli czytać lektury szczególnego entuzjazmu nie wzbudziła, więc już rozumiem czamu ten polski.
"Od 2009 r. uczeń liceum po pierwszej klasie, który chce np. zdać na medycynę, przez dwa ostatnie lata szkoły uczyłby się obowiązkowo: polskiego, matematyki i języków obcych oraz trzech dodatkowych przedmiotów, jak biologia, fizyka i chemia, na poziomie poszerzonym. Na pierwszym roku zakończyłby jednak całkowicie naukę historii czy geografii."
Dodajmy do tego, że po ostatnich i przedostatnich "reformach" w oświacie sytuacja ma się tak:
W szkole podstawowej kurs historii nie jest już kursem stricte historii. To jest historia i społeczeństwo i zaczyna się nie jak kiedyś w IV "obrazami z dziejów" - czyli rocznym kursem historii. Teraz na ten przedmiot składają się różnego rodzaju "michałki" w rodzaju "jak mam na nazwisko - Ania się przedstawia". W efekcie kurs historii prawdziwej przypada obecnie na gimnazjum - które akurat jest chyba najsłabszym ogniwem w zreformowanej szkole - i jest merytorycznie bardziej przedłużeniem podstawówki niż wstępem do szkoły średniej. Zrealizowanie raz jeszcze cyklu dziejów z historii w szkole średniej byłoby dobrym tego uzupełnieniem. Ale tego ma nie być. Bo przeszkadza w zdobywaniu "wykształcenia".
Dodajmy do tego ogólny spadek poziomu nauczania i poziomu egzekwanej od maturzystów wiedzy, koszmarną "nową maturę", która zamiast myślenia i premiowania osób łamiących schematy stawia na dopasowywanie się do wzorca, często zresztą wątpliwej jakości, kult testów, które odzierają ucznia z potrzeby wykazywania się umiejętnościami przekraczającymi zakreślenie właściwej odpowiedzi - i mamy dosyć nieciekawy obraz przyszłych pokoleń.
Zawsze daleki byłem od takich teorii, ale czy to wszystko nie ma na celu wyhodowanie masy półinteligentów? Półinteligentów - profesjonalistów, wyszkolonych w swoim fachu, odpornym na posiadanie własnego obrazu rzeczywistości budowanego na podstawie krytycznej obserwacji? Czy taki oto półinteligent będzie się choć przez chwilę zastanawiał dlaczego np. Lech Kaczyński wysyłający jako prezydent Warszawy doniesienia do prokuratury odnoszące się do często potwierdzonych nieprawidłowości był zły a minister Ćwiąkalski, opowiadający co chiwla dziennikarzom wątpliwe kawałki o laptopach Ziobry jest tym dobrym?
Czy tak wykształocny półinteligent będzie się zastanawiał czemu przedłużenie obowiązywania mechanizmu z Nicei jest rzeczą złą i porażką a załatwienie z kanclerz Niemiec wymiany młodzieży oraz wymiana z nią uśmiechó jest wielkim sukcesem polskiej dyplomacji?
Czy tak wykształcony półinteligent wreszcie zada pytanie dlaczego mamy patrzeć z szacunkiem i zrozumieniem na Niemców, którzy przy pełnym poparciu koalicji rządowej budują muzeum swojej historii, widziane ze swojej perspektywy, a jednocześnie polski rząd budujący muzeum polskiej historii musimy krytykować i odkręcać jego plany po zmianie koalicji u władzy?
Jest mi ciężko uwierzyć, że pani Hall i w ogóle Platforma Obywatelska pragną aby inteligencję polską stanowiły rzesze wykształciuchów a rolą państwa było staranie się, aby ta "inteligencja" nie miała zbyt szerokich horyzontów umysłowych? Nie jetem publicystą Naszego Dziennika, więc nie napiszę, że chdzi tu o likwidację polskich elit i rozlanie się w europejskiej papce umysłowej - gdzie pokolenie 30-latków poziomem infantylizmu zbliżone jest do końcowych roczników podstawówki - a dzięki temu prawdziwe (no, w pewnym sensie prawdziwe) elity - czyli elity władzy i pieniądza najpierw wbrew jakimkolwiek regułom demokracji, wbrew oczywistym wynikom referendów będą w stanie przeforsować wszelkie pomysły i uczynić je "ogólnoeuropejskimi". Najpierw była "eurokonstytucjia", której nie dało się wepchnąć drzwiami, to ją teraz kolanem przepychają przez okno. Ale po tym dokumencie mogą przyjść kolejne. I czy wtedy będzie komu protestować, gdyby było trzeba? Nie napiszę, że o to chodzi Platformie Obywatelskiej, bo być może nie o to jej chodzi, ale może warto, żeby wiedziała ona że takimi pomysłami może się przyczynić do likwidacji polskości?
Może warto zastanowić się nad odwołaniem p. Hall, zanim będzie za późno?


Komentarze
Pokaż komentarze (5)