Tygodni temu parę postkomunistyczny „Przegląd” opublikował kobylasty materiał zjazdowy, bite 10 stron (albo coś koło tego) referatu tow. Reykowskiego – prognoza, diagnoza, symbioza, osmoza i co tam jeszcze – dla formacji postkomunistycznej. Oczywiście moje wrodzone jak i nabyte pokłady skłonności masochistycznych były zbyt niskie, żeby brać do ręki owo dzieło, postarałem się więc o własną kobylastą diagnozę i prognozę dla formacji postkomunistycznej.
3 błędy postkomunistów
Otóż po pierwsze – dla formacji postkomunistycznej, która triumfy święciła będąc kolejnym wcieleniem PZPR-u o ciągłości majątkowo-personalno-(bez)ideowej a przede wszystkim dla jej elektoratu wszelkie odstępstwa od ortodoksji, wszelkie „rewizjonizmy”, wszelkie odszczepieństwa powodowały, że taki delikwent po wieczne czasy skazany był na smażenie się w piekle (oczywiście w zgodzie ze światopoglądem naukowym). W zasadzie jedynym wyjątkiem był Władysław Gomułka, ale od jego powrotu mamy już do czynienia wyłącznie z „członkami wyklętymi”: Światło, Kołakowski, Kuroń, Geremek, Balcerowicz, Fiszbach, Borowski – żadnego z nich „twarde jądro” już nie pokochało i żadne z nich w partii i z partią kariery nie zrobił. Dokooptowanie do neo-PZPR-u Borowskiego i jego „kliki” wśród starych towarzyszy traktowane było z bardzo dużą rezerwą, obecnie, po wywaleniu PD przez Olejniczaka, dają się słyszeć z czerwonej jamy głosy, że następny w kolejce do wywalenia powinien być Borowski ze swoimi „zdrajcami”. Tak więc błędem numer jeden było stworzenie formacji, która przygarnęła rewizjonistów, jednocześnie pozbywając się towarzyszy starych, sprawdzonych i zawsze dobrych – jak Millera, Janika, Oleksego.
Po drugie – dla formacji postkomunistycznej wszelakie umizgi do „geja z orędzia” i tego typu dziwactw są rzeczą ryzykowną. Reżim komunistyczny, w swej zewnętrznej warstwie, był w gruncie rzeczy purytański. „W Rassiji seksa niet” – takie było hasło. Oczywiście, kiedy w sklepach brakowało wołowego z kością, dobrze było narodowi rzucić co nieco „pieprznego” (stąd chociażby rozwój gatunku literackiego przez prof. M.Głowińskiego nazwanego „socporno”), żeby miał się czymś zająć. Oczywiście, nowe elity w wymiarze indywidualnym też powściągliwe w tym względzie były lub nie były. Nie zmienia to jednak faktu, że cała owa siermiężna „pieprzność” miała raczej wymiar damsko-męski, a dla zdecydowanej większości miłośników „lewicy społecznej” właściwym miejscem dla „mniejszości seksualnych” nie jest przestrzeń publiczna a pisuar na placu Trzech Krzyży w Warszawie. Błąd więc numer dwa – to nadmierne eksploatowanie w przestrzeni politycznej takiej tematyki. Może poseł Misio-Rysio się fotografować z panem gejem i jego mężem, ale naszą „lewicę” wśród tradycyjnego i wiernego elektoratu będzie to tak samo uwiarygodniać, jak jego jaguar.
Po trzecie – dla typowego zwolennika PZPR-u we wszelkich jego formach (PPR, SdRP, SLD), politych tacy jak Lityński, Geremek, Onyszkiewicz zawsze były, są i będą „liberałami”, „prawicą” i różną inną swołoczą. W 2005 roku formacja znana dawniej jako Unia Demokratyczna była bliska wyzionięcia ducha i gdyby nie została reanimowana, z duzym prawdopodobieństwem wyzionęłaby go, z pewnością z korzyścią dla wielu zasłużonych dla walki o demokrację postaci, na które osobiśce żal było mi patrzeć, jak umieszczane są na dalekich miejscach list wyborczych opanowanych przez różnego rodzaju średniego i niższego szczebla czynowników (ot, przykład choćby Jana Narożniaka, który ubiegał się o mandat radnego w Warszawie i przy okazji uwiarygadniał formację, do dziś programowo broniącą tych, którzy kiedyś odstrzelili mu palec). Postacie te staciły twarz – a doczekały się tylko tego, że nawet zdychające złogi postpezetpeerowskie dowodzone przez tow. Olejniczaka pogoniły ich w cztery wiatry, bo już nie są im potrzebni, stali się balastem.
Nie zmienia to jednak faktu, że twarz, w ocenie swoich wiernych, straciło także przywództwo SLD, w ogóle oferując miejsca na listach „różnym Lityńskim”. Trochę tu podobieństwa do strony antykomunistycznej: tak jak „nieprzejednani” nie mogą wybaczyć Kuroniowi, Michnikowi, Wałęsie paktowania z Kiszczakami, uznając to za ewidentną zdradę, tak samo twarde jądro z osiedli wojskowych nie wybaczy Olejniczakowi „historycznych kompromisów” z „prawicowcami”. Błąd więc trzeci – brak bilansu zysków i strat przed aliansem z PD i chyba chęć zapisania się przez tow. Olejniczaka jako twórca „historycznego kompromisu”, chociaż już wtedy widać było, że ani to kompromis (raczej ratowanie „tyłków” przed wyborami), ani on historyczny (co najwyżej żałosny).
Były też wielkie chwile
Oczywiście nie same błędy popełniał tow. Olejniczak, majstrując neo-PZPR w postaci LiD-u (warto na marginesie zauważyć, że formuła ta, paradoksalnie była najszerszą w formacji komunistycznej jeśli chodzi o różnorodność środowisk od lat 60-tych. Od tamtej bowiem pory nie był tak, że w jednej formacji mieliśmy i Geremka, i Werblana). Błędem, przynajmniej w założeniach, nie było zaprzęgnięcie do działalności tow. Kwaśniewskiego. Postkomuniści doskonale wiedzieli, że społeczeństwo temu panu jest w stanie wybaczyć wszystko: od kłamstwa wyborczego po publiczne pijaństwo. Nie docenili jednak, że po wygraniu wyborów przez PiS i PO, przynajmniej w pierwszym okresie, ludzie dostrzegli, że prawdziwa polityka i prawdziwi politycy to nie ci z listy fundatorów Kossaka, że cała dworskość, brylowanie w Vivach, Galach i innych pisemkach – że w tym wszystkim jest jakiś fałsz – że można do ludzi mówić językiem może brutalnym – ale prawdziwym. No i nie docenili, że tow. Kwaśniewski jednak się zużył – miewał wprawdzie przebłyski (jak w debacie z Tuskiem) – ale te plusy nie przysłoniły minusów, które stały się, dzięki przekazom medialnym (a główne media już czuły, że nic z tego nie będzie i wszystko postawiły na innego konia), powszechnie znane.
Błędem nie jest też, jak się wydaje, przywrócenie retoryki antykościelnej i praoaborcyjnej. Elektorat formacji komunistycznej znany jest przede wszystkim z tego, że mówiac o księżach używa wyłącznie słowa „kler”, że Kościół katolicki to wyłącznie wylęgarnia homoseksualizmu i pedofilii a nad wszystkim góruje „pazerność kleru”, natomiast każdy polityk, który nie przynależy do formacji komunistycznej „czapkuje przed biskupami”. Prawo do radosna i nieskrępowanej aborcji również cieszy ten elektorat – może nie z jakiegoś odruchu serca, czy potrzeby osobistej – ale skoro „kler, mohery i ciemnogród” są stanowczo przeciw, to jakże tu nie być za.
Co robić?
Cóż więc powinien robić tow. Olejniczak, żeby wyprowadzić swoją formację z kryzysu? Ano to, co napisałem. Zaczął dobrze – wywalił pedeków, powinien jeszcze „zdjąć” „borówki” – ale nie za szybko, żeby się nie dogadali z tamtymi i nie zrobili jakiejś rewolty na „lewicy”. Powinien, oczywiście, nieco poszczuć posłanką Senyszynową – to zawsze mobilizuje, żadne strajki lekarzy, żadne podwyżki cen wszystkiego nie powodują takiej piany na ustach zaprzysięgłego elektoratu komunistycznego, jak religia, zwłaszcza katolicka. Może jeszcze dobrze by było, żeby się z tow. Millerem przeprosił – no bo przecież sądom i prokuraturze zajęło kupę lat to, co twarde jądro wiedziało od samego początku: nie było żadnej grupy trzymającej władzę, nie było żadnych przekrętów, a służba zdrowia dzisiaj by kwitła, gdyby pozwolono Łapińskiemu skończyć to, co zaczął.
Ludzie, czy ja zwariowałem?
Po co ja to wszystko piszę? Oczywiście, że nie po to, aby podsuwać komunistom pomysły na wygrane przyszłych wyborów. Chodzi mi tylko o to, żeby formacja ta nie znikła ze sceny politycznej. Co więcej, żeby otrzymywała stałe poparcie w granicach 8-13%. Ktoś spyta po co. A ja odpowiadam: niby fajnie by było, gdyby partia postkomunistyczna ze swymi politykami odeszła w polityczny niebyt. Ale co w jej miejsce? Natura nie znosi próżni. Nie da się wypełnić całego Sejmu politykami od Palikota z PO do Sobeckiej z PiS. Zawsze w społeczeństwie są grupy bardziej na lewo od Platformy. Zawsze więc będzie w Sejmie jakaś formacja przyznająca się do swej lewicowości. I teraz pytanie za 100 punktów. Czy groźniejsza dla ładu społecznego, dla tradycyjnych wartości, dla pewnej higieny moralnej narodu jest obecność w Sejmie, w charakterze lewicy tow. Szajdzińskiego, czy tow. Sierakowskiego. Czy więcej namieszać i wywrócić, niekoniecznie w stronę która byłaby dla Polski dobra, może formacja, której organem jest „Trybuna”, czy też fromacja produkująca się w „Krytyce Poliutycznej” i marząca o zapateryzacji Polski? Dla mnie odpowiedź jest oczywista – niech o aborcji na żądanie w Polsce ględzi tow. Olejniczak, niż wprowadzać by ją miały bojowniczki w rodzaju Szczuki czy Graff. Lepiej niech z „klerem” walczy kabaretowa Senyszyn, niż uzbrojony w idee Lenina Sierakowski.
Dlatego życzę obu towarzyszom – Olejniczakowi i Szmajdzińskiemu – żeby ich formacja na stałe stała się elementem blokującym wstęp na scenę polityczną oszalałym formacjom lewackim, które uważam za największe w tej chwili zagrożenie dla Polski.


Komentarze
Pokaż komentarze (4)