Byłem na wojnie. Na wojnie, jaką prowadzi Gazeta Wyborcza – wojnie z tradycyjnymi instytucjami społecznymi, z zastanym i od wieków w Polsce obecnym porządkiem moralnym. Oto korespondencja, jaką udało mi się nadesłać z terenu działań wojennych:
Sobota-niedziela
Na stronie 2 artykuł „Geje kochają siatkówkę”. Zaczyna się mocno: „Kiedy okazuje się, że gram w siatkę w gejowskim klubie, widzę uśmieszki. Pewnie ludzie myślą, że spotykamy się, by zabawić się pod prysznicem. A my nie możemy żyć bez siatkówki”. I dalej historia amatorskiej drużyny siatkarskiej, w której zawodnicy nie muszą „wymyślać historyjek o swoich dziewczynach”.
W artykule poznajemy „heteroseksualnego kolegę”, który po przyjściu na trening stwierdził „wchodzę w to!”, trenera Bartka, który „grał w siatkówkę od zawsze, zanim uświadomił sobie, że jest gejem”. A także o pamiętnym meczu w Stuttgarcie. Oddajmy głos „Gazecie Wyborczej”: „W Polsce sytuacja gejów i lesbijek była nieciekawa, u władzy PiS. Wychodzą na boiska, a sala podrywa się i zaczyna klaskać. – Tak wyrazili solidarność z nami – mówi Kamil”.
Drużyna przygotowuje się do EuroGames – „największego sportowego wydarzenia na świecie społeczności gejów i lesbijek”. Tam, w Barceonie, homosiatkarze będą reprezentowali Polskę – będą sobą i nie będą się krępować. Niestety, „w kraju jest inaczej. Siatkarze proszą, żeby nie podawać nazwy ich klubu, ani gdzie trenują” Boją się wielu rzeczy i podkreślają, że „orientacja seksualna nie ma tu nic do rzeczy, liczy się tylko gra”. Chciałoby się zapytać, skoro liczy się tylko gra, to po co im klub gejowski oraz udział w igrzyskach EuroGames oraz wyrazy solidarności w Stuttgarcie. Chyba jednak łatwiej jest grać w siatkówkę w normalnym klubie, niż tworzyć klub gejowski i musieć się z tym przed wszystkimi ukrywać. Ale, jak dowiadujemy się z zakończenia, nie o to tu chodzi. Homosiatkarze chcą bowiem zorganizować w Warszawie w 2009 r. gejowskie zawody w siatkówkę i poszukują sponsorów oraz hal. Ale nie tylko. „Bartek: -Na stronie internetowej EuroGames do przyjazdu na igrzyska zachęca mer Barcelony. Chciałbym doczekać czegoś takiego w Polsce”. Tym razem deklaracja, że wyrazy poparcia ze strony władz Bartek chciałby połączyć ze sponsoringiem z ich strony jeszcze nie pada. Ale może doczeka i takich czasów.
Poniedziałek
Duży Format – wkładka do „Gazety Wyborczej” z reportażami. Na stronie 8 czytamy w podtytule do reoprtażu: „Ponadto babcia obawia się złego wpływu przyjaciółki córki (związek homoseksualny) na małoletnią wnuczkę. Osoby dramatu rodzinnego: Joanna – lat 23, matka Gabrysi. Katarzyna – lat 50, babcia Gabrysi. Magda – lat 22, partnerka Joanny. Gabrysia – 4,5 roku.” Hasło przewodnie u góry strony – „Dziecko odebrane lesbijce”
O co chodzi? Ano o to: „Joanna: - Matka odebrała mi dziecko, bo jestem w związku z kobietą.” Jest to thriller sądowy z dwiema lesbijkami w tle i paskudna babcią, która uważa, że matka obraca się w złym towarzystwie (nb. córka jej przed 5 laty byłą na odwyku narkotykowym). Babcia – istne wcielenie pani Dulskiej i moherowego prymitywa w jednym („-Jestem homo... homofobką? Tak to się nazywa?”, „-Ponadto chodziły z dzieckiem na manifestacje. Jakie? Równości. Mam na dowód zdjęcie z gazety. Dziecko stoi na środku ułożonego na chodniku znaku swastyki...Pacyfy? Może i pacyfy, tak”). Joanna – istne wcielenie aniołka („ma delikatną, dziewczęcą twarz”, „Nie zażywam narkotyków od 17. roku życia, brałam wcześniej, mieszkałam wtedy w domu, z rodzicami(...) Przeszłam terapię. Jestem teraz honorowym dawcą krwi”). Magda – prawdziwy gość – ale zaszczuty („inteligentna, uczy się, sympatyczna” „Sportowy ubiór, silna sylwetka. Studiuje zaocznie na swoim wymarzonym kierunku – woli, żeby nie pisać, na jakim. Zaczęła pasjonującą pracę – woli, żeby nie pisać, gdzie”, „Deklaruje też na blogu dystans do świata: ‘Generalnie wiele rzeczy pierdolę’”).
Na szczęście jest dziecko – jest oczywistą oczywistością, co zdaniem Gazety Wyborczej leży „w dobrze zrozumiałym interesie” Gabrysi. „[Joanna:] - To ciocia Magdusia. Mieszka z nami. Jest przyjaciółką. Mama kocha Magdusię. Tata wyjechał daleko. Tyle w tej chwili wie. Kiedy zapyta o więcej, usłyszy prawdę – tłumaczy. –Wiem, jak wychować Magdę, żeby nie ucierpiała, studiuję psychologię. Mam przyjaciela, którego wychowała matka z partnerką, miał szczęśliwe dzieciństwo i dodam, że nie został homoseksualistą.”
Oczywistą oczywistością w tego typu tekstach jest przyganianie „katolstwu” – w tym przypadku dosyć delikatnie, za pomocą słów strasznej babuni: „Albo w Wielką Sobotę ostatnio, dostała dziecko do Wrocławia. Poszły do Bajkolandu! Zamiast ze święconką. U mnie dziecko miało wypracowany system wartości, poukładany świat.”
Oczywistą oczywistością jest też pokazywanie, że i tak „heteryctwo” jest gorsze („[Magda:] Nie jesteśmy ideałem rodziny. Ale z drugiej strony ile naprawdę teraz jest takich idealnych, pełnych rodzin, gdzie jest matka i ojciec, którzy się na dodatek kochają?”
Tekst zaś jest bardzo ciekawym exemplum ballady homoseksualnej o konstrukcji i intrydze prostej jak budowa cepa, za to o wysokim natężeniu grafomanii – czy tej już przytoczonej, czy takiej, jak w ostatnim akapicie: „Ufna, dała mi rękę, kiedy szłyśmy potem do wesołego miasteczka. Jechała na wielkim młynie z buzią oklejoną malinową watą cukrową”.
Wtorek
Temat na pierwszą stronę: myślozbrodnia posła Gowina, który chce ograniczyć dostępność in vitro tylko dla małżeństw. Wiele radości dostarcza komentarz Piotra Pacewicza obok tekstu. „Jarosław Gowin odmówił prawa do in vitro nie tylko samotnym kobietom czy związkom homoseksualnym, ale też parom, które żyją w konkubinacie. Niby czemu? Żadne prawo nie stanowi, że jedynie małżeństwom wolno mieć dzieci” Redaktor Pacewicz tekst pisał na tak wysokim poziomie emocjonalnego uniesienia, że chyba umknęła mu prosta prawda, że żadne prawo nie stanowi, że do wydania na świat dzieci wystarczającym czynnikiem jest samotna kobieta lub para homoseksualna. Ciekawe jest też to, że z jednej strony, wobec naturalnego oporu większości społeczeństwa przeciw adopcjom homoseksualnym, towarzystwo przyjaciół gejostwa uspokaja, że i tak większość dzieci wychowywanych w rodzinach homoseksualnych pochodzi z „poprzednich związków” takich gejów, zaś z drugiej strony redaktor Pacewicz się oburza, że przez posła Gowina „związki homoseksualne” nie będą sobie mogły zrobić słodkiego bobo in vitro
Dalej jest jeszcze weselej, bo chyba ciśnienie redaktorowi skokowo rosło w miarę pisania tekstu. „Wielu młodych uważa, że miłość nie wymaga żadnego stempla, i Gowinowi nic do tego. Mają prawo żyć bez ślubu, bo prawo im tego nie zabrania”. Wydaje mi się, że poseł Gowin ma już na Czerskiej przechlapane: „Ideologia małżeństwa wg Gowina jest dyskryminująca – pary bez ślubu są gorsze. Poseł łaskawie podsuwa wyjście – ‘można przecież związek zalegalizować’. Poseł swatka?”
Ale żarty i śmiechy na bok, teraz będzie trochę na poważnie: otóż jeżeli wychodzimy z założenia takiego, z jakiego wychodzi „wielu młodych” (czyli z założenia o miłości i stemplu), to w takim razie uprośćmy maksymalnie procedurę adopcyjną. No bo po co sprawdzać, testować rodziny, które mają przyjąć dzieci. Jeszcze, nie daj Bóg, ktoś im w jakieś stemple zechce zaglądać. Przychodzi taki, dajmy na to, pan z panią (załóżmy tak homofobicznie) i oświadczają, że chcą mieć dzidziusia z domu dziecka. A to, czy taka para będzie w stanie zająć się dzieckiem – ośrodka adopcyjnego nie powinno obchodzić – przecież „każdy ma prawo posiadać dzieci”, jak głoszą zwolennicy darmowego in vitro z nadprodukcją dzieci i odkładaniem części z nich do zamrażarek. Tak będzie dobrze, redaktorze Pacewicz? Na pohybel ośrodkom adopcyjnym? Hasło na kolejną „manifę”?
Ale wracajmy do naszych baranów. Poseł Gowin posłem Gowinem, a prawdziwa przyczyna wszystkich tych zbrodni przeciwko konkubinatom i parom homoseksualnym tkwi w „wiadomych kręgach”: „Gowin mówi, że to jego prywatne poglądy. Ale kieruje rządowym zespołem, który napotka presję Kościoła. Komisja Episkopatu ds. Rodziny uznała, że in vitro to ‘wyrafinowana aborcja’, a ‘każde dziecko ma prawo powstać w wyniku miłosnego aktu małżeńskiego jego rodziców’” I wszystko jasne – wiemy już, kto za tym wszystkim stoi i okopujemy się na z góry ustalonych pozycjach. Gowin przyszpilony, redaktorowi Pacewiczowi zostaje tylko zadać ostateczny cios. Ten jest śmiertelny: „Gowin probówkę toleruje, ale trzyma się zasady ‘dzieci tylko dla małżeństw’. Bo Gowin lepiej nadaje się do obrony katolickiej etyki seksualnej niż do tworzenia prawa służącego ludziom, zgodnego z prawami człowieka”.
A ja pozwolę sobie trochę się popastwić nad redaktorem Pacwiczem, aczkolwiek nie chciałbym się z tym obnosić, bo w tym przypadku nie jest to specjalnie ambitne zadanie.
Więc po pierwsze – red. Pacewicz nie wyjaśnia, co wspólnego preferencja dla wychowania dziecka w pełnej rodzinie ma z ‘katolicką etyką seksualną’ – ta raczej odnosi się do tego wszystkiego, co jest przedtem, a nie potem. Po drugie – skoro Gowin „probówkę toleruje” (nawet jeśli tylko ograniczoną do małżeństw), a Episkopat nie toleruje, to albo Gowin, albo Episkopat z Watykanem są przeciw owej katolickiej etyce seksualnej. Gowin jest, zdaniem wyroczni z Gazety Wyborczej, za. Wychodzi więc na to, że myli się papież. Ale to już nie „nasz papież”, więc nie nasz problem. Po trzecie zaś – szkoda, że redaktor Pacewicz nie rozwija rzuconej pewnie w przypływie wysokiego ciśnienia ciekawej tezy, że katolicka etyka seksualna nie jest zgodna z prawami człowieka i nie służy ludziom. Nie twierdzę, że powinien to robić w kolejnych promocyjnych dodatkach do GW o „naszym Papieżu” (w tej gazecie zawsze wielką literą!), ale w „Wysokich Obcasach” by mógł.
Środa
W tym tygodniu w Warszawie (a pewnie i w innych miastach) pojawiły się żółte plakaty z tekstem „Homoseksualne barbarzyństwo w Krakowie” oraz fotograficznymi przykładami owego barbarzyństwa: homoparada pod „oknem papieskim” oraz jej uczestnicy chodzący po Grobie Nieznanego Żołnierza w Krakowie. Oplakatowanie (całkowicie legalne, opłacone, w miejscach do tego przeznaczonych) zleciło stowarzyszenie im. ks. Piotra Skargi z Krakowa. Jak tylko zobaczyłem te plakaty, po uradowaniu się (bardzo rano było i ciężko mi w związku z tym było a plakaty poprawiły mi humor) czym prędzej sięgnąłem po „Gazetę Wyborczą”, będąc pewnym, że znajdę tam słuszną krytykę tego rodzaju plakatów. I nie pomyliłem się: na stronie 10 mamy materiał. Okazuje się, że czujność rewolucyjna wśród odbiorców „Gazety Wyborczej” nie stygnie -„Mam dość natykania się na plakaty obrażające ludzi – zadzwoniła do ‘Gazety’ pani Danuta z Warszawy”.
Pani Danuta z Warszawy być może nie miała okularów, kiedy natykała się na plakaty, bo nie zauważyła, że „homoseksualnym barbarzyństwem” autorzy plakatu nie nazwali ludzi homoseksualnych ot tak sobie, ale pokazali konkretne przykłady z poprzednich homoparad: deptanie po Grobie Nieznanego Żołnierza i przemarsz ulicą Franciszkańską - pod słynnym oknem, gdzie zazwyczaj gromadziły się inne zbiorowości. Natomiast redaktorzy z Gazety Wyborczej, pani Dubrowska i pan Romanowski, kłopotów ze wzrokiem raczej nie mieli – zastosowali natomiast starożytną zasadę „przyjaciółka prawda, lecz większym przyjacielem gej” – bowiem w artykule nie ma ani słowa na temat zdjęć i wyczynów homoparadników na nich uwiecznionych, jest za to wysoki poziom oburzenia na autorów plakatów, że śmieli na jednej płachcie papieru zestawić pojęcia "homoseksualizm" i "barbarzyństwo".
W artykuliku widać zresztą i drugą ważną zasadę dziennikarską „Gazety Wyborczej”: wysłuchać wszystkich stron. Zgodnie z nią, poznajemy opinię na temat plakatu: -pani Danuty (czujnej, aczkolwiek bez okularów), -pana Samuela L. Nowaka (wypowiedź w stylu: każdy, kto nas homoseksualistów oskarża o barbarzyństwo jest barbarzyńcą) oraz pracownika firmy Warexpo, która rozklejała plakaty (okazuje się, że trzeba się z takich rzeczy „Gazecie Wyborczej” tłumaczyć, co więcej – firma ponoć konsultowała treść plakatów z prawnikami). „Głos” oddany stowarzyszeniu pochodzi natomiast ponoć z jednej z jego ulotek (aczkolwiek jej tekst można znaleźć przede wszystkim na portalach o tematyce homoseksualnej oraz na stronach gazeta.pl, co w sumie na jedno wychodzi) – cytat wyraźnie ujął „Gazetę Wyborczą” za serce: „Homoseksualiści prawie konsumują ludzką krew, (...) [skrót od GW-dcf], jedzą fekalia”.
Tu korespondencję muszę zakończyć – właśnie wygasa mi akredytacja. Nie opiszę więc już walki z ciemnogrodem antyaborcyjnym pisanej piórem recenzentki programu Tomasza Lisa (i jej żelaznej logiki, zgodnie z którą zwolennicy legalizacji aborcji nie są zwolennikami aborcji), nie opiszę też przygotować do homoparady warszawskiej, gdzie organizatorzy żalą się, że nie dostali jak dotąd dotacji z kasy miejskiej. Wojna jednak trwa, stare fronty nadal płoną, nowe się otwierają – będzie jeszcze okazja do tych tematów wrócić. Trzymajcie się cieplutko. Wasz korespondent wojenny
***
Nieoczekiwany epilog:
Już po nadaniu korespondencji otworzyłem stronę organu, a tam takie kwiatki:
http://miasta.gazeta.pl/warszawa/1,34889,5157041.html
Okazuje się, że z plakatów znikły zdjęcia niewłaściwych zachowań homoparadników, natomiast nagle pojawiła się nienawiść oraz "oburzeni warszawiacy" (w liczbie trzech), którzy domagają się od prezydent Gronkiewicz-Waltz zdjęcia plakatów.
Niech żyje wolność słowa, niech żyje tolerancja dla odmiennych poglądów, niech żyje Gazeta Wyborcza i niech żyją jej czytelnicy, którzy jeszcze nie czują zażenowania żałosnym poziomem uprawianej przez ten organ propagandy (nawet propagandę trzeba umieć robić, droga Gazeto Wyborczo)


Komentarze
Pokaż komentarze (8)