Jak zwalczać kler katolicki, czyli prawda „wyborcza” a prawda materialna.
Jednym z „koników” organów Agory jest nieustanne postponowanie i oczernianie Kościoła rzymskokatolickiego i jego kapłanów – oczywiście jeżeli nie mówią oni tym samym językiem, nie śpiewają na tę samą melodię co Gazeta Wyborcza i jej z kolei kapłani i prorocy (a zazwyczaj nie mówią i nie śpiewają, ze względów oczywistych). Dużą rolę w tym „dziele” odgrywają lokalne wkładki do flagowego produktu Agory – „Gazety Wyborczej”.
Dzisiejszy dzień przynosi kolejne doniesienie z frontu walki z reakcyjnym klerem.
Warto zrobić następujące ćwiczenie: przeczytać tylko tytuł i lead, potem przeczytać tekst pobieżnie, następnie przeczytać tekst dokładnie i odpowiedzieć sobie na tej podstawie jak było naprawdę. I na koniec uświadomić sobie, jaki procent czytelników poprzestaje na kroku pierwszym, jaki procent na drugim, a jaki procent przeczyta zrozumie i przyjmie do wiadomości całość tekstu. A (to już dla zaawansowanych) zastanowić się po co organy Agory robią takie rzeczy i co chcą przez to osiągnąć.
A więc przyjrzyjmy się bliżej:
1. Tytuł i lead:
„Kolarz skazany za zderzenie z księdzem. Podczas górskiego maratonu kolarskiego zawodnik Paweł P. zderzył się z autem księdza, które pojawiło się na trasie rajdu. Sąd uznał, że winny jest kolarz, bo nie zachował należytej ostrożności. Teraz sprawą zajmie się Europejski Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu.”
I co z tego zrozumie ktoś, kto wyrzucił te 1,50 zł (czy coś koło tego - nie wiem ile kosztuje organ w Bielsku-Białej)? Ano sprawa oczywista: czarni rozbijają się bezkarnie samochodami, rozjeżdżają kolarzy a nasz drugi Iran jeszcze tych kolarzy za to karze. Na szczęście jest jeszcze Strasburg, który obroni nas przez klerem.
2. Pobieżna lektura tekstu – i pobieżnie nasuwające się przeciętnemu konsumentowi GW wnioski:
Akapit 1 – kolarz spędził pół roku w szpitalu, samochód księdza miał lekko pęknięty zderzak. Sąd stwierdził winę kolarza. Wściekłość na „czarnego” rośnie. Może jeszcze nie na tyle, żeby wszystkich księży wysłać w bydlęcych wagonach na Sybir (jak kiedyś proponował pewien młody ideowy lewicowiec) – ale tego jednego na pewno.
Akapit 2 – kolarz walczy o sprawiedliwość i żeby wyroki były zgodne ze zdrowym rozsądkiem. I my – pobieżni czytelnicy – go rozumiemy i popieramy.
Akapit 3 – opis wydarzenia: kolarz (jadący prawą stroną) wjechał w samochód księdza. Mało tego, ksiądz wiózł biskupa. No, darmozjady, pasibrzuchy, trzeba ich wozić i kolarzy rozbijać. Już się czytaczowi pobieżnemu podsufitka z oburzenia gotuje.
Akapit 4 – kolarz tłumaczy, że był na trasie rajdu, więc widok samochodu go zaskoczył. a że ksiądz zajął większą część jezdni, ten nie miał gdzie uciec. Ksiądz odjechał z miejsca zdarzenia przed przyjazdem policji – a trzeźwość zbadano mu dopiero po trzech godzinach. No to już wszyscy od wikarego po papieża mają przerąbane. Pijany katabas ucieka z miejsca wypadku!
Akapit 5 – Tłumaczy się ksiądz – mówi, że wiedział o rajdzie, że jechał powoli i zjechał na pobocze jak zobaczył kolarzy, a po zawiezieniu biskupa wrócił na miejsce zdarzenia. Oczywiście kłamie, bo gazeta dodaje, że biegły stwierdził, że samochód stał wszystkimi kołami na asfalcie.
Akapit 6 i 7 – kolarz jest przekonany, że ksiądz (i organizatorzy) będzie winien spowodowania wypadku i dziwi się, że policja uznała inaczej. No właśnie, właśnie!
Akapit 8 – policjant mówi, ze regulamin imprezy mówił, że odbywa się ona w „nieograniczonym ruchu drogowym”. Ale kto dotarł do 8 akapitu? Zresztą czy to ważne, co jest w 8. akapicie, skoro już wszystko jest jasne?
Akapit 9 – przytaczane są jakieś „dowody”, które „miały świadczyć” o braku ostrożności kolarza i „miały dowodzić”, że jechał środkiem drogi. Następuje analiza tego, czy siodełko może zostawić ślad na asfalcie (oczywiście nie może). Mówi się też, że wersję księdza potwierdziło kilku świadków. Jak ktoś już pobieżnie dotarł do akapitu 8., to i do 9. dotarł – więc nie będzie sobie zawracał głosy gadaniem chodzącej na pasku kleru policji lokalnej, tylko własnym rozumem, z pomocą Gazety Wyborczej oceni, że dowody są spreparowane.
Akapit 10 – owi „świadkowie” to parafianie księdza, którzy pojawili się po wypadku. Mądrej głowie... – oczywista oczywistość, że to albo jakieś dewoty czy inne mohery, które kłamią na potęgę i kryją tyłek klesze, albo zastraszeni przez niego szaraczkowie. W takiej sytuacji pozostaje tylko poinformować gawiedź, że jedynym źródłem prawdy, piękna i sprawiedliwości może być tylko Strasburg. Bo nawet adwokaci biskupa się boją. Sąd oczywiście też, skoro dopuścił zeznania świadków, którzy pojawili się parę dni po zdarzeniu.
Akapit 11 – ksiądz W. mówi, że nie ma sobie nic do zarzucenia. No to już jest prawdziwa bezczelność – nie dość, że rozjechał kolarza na trasie rajdu, zwiał z miejsca wypadku, jechał pijany, manipulował świadkami, zastraszał adwokatów, to jeszcze nie ma sobie nic do zarzucenia. Nie ma wątpliwości. W bydlęce wagony i na Sybir!
3. Uważna lektura tekstu
Po dokonaniu takowej czytelnik:
Po pierwsze – zwróci uwagę na akapit 8, gdzie wyraźnie mowa jest o tym, że regulamin rajdu rowerowego mówił, iż nie odbywa się on na drogach zamkniętych i odpowiednio zabezpieczonych – tylko po takich, gdzie ruch drogowy jest nieograniczony. A to nakłada na jego uczestników obowiązek przestrzegania zasad kodeksu ruchu drogowego. Tu zaś pan poszkodowany twierdzi, że się tego nie spodziewał i ma pretensje do organizatorów, natomiast Gazeta Wyborcza do księdza.
Po drugie – zauważy, że w akapicie 5. mowa jest o tym, że zdaniem samochód księdza w momencie zdarzenia stał – spór jest tylko o to, czy na poboczu, czy na asfalcie. Zresztą w tekście nie jest wspomniane, że to ksiądz wjechał w kolarza, można za to wnioskować z tego, co napisano w różnych miejscach, że to kolarz wjechał w samochód księdza: że samochód jechał – twierdzi kolarz, że stał – twierdzą biegli, policja, świadkowie i sąd.
Kodeks drogowy mówi zaś, że przy wymijaniu (jeżeli prawdziwa jest wersja kolarza, a więc że obaj uczestnicy ruchu poruszali się) – każdy z uczestników tego manewru ma obowiązek „zachować bezpieczny odstęp od wymijanego pojazdu lub uczestnika ruchu, a w razie potrzeby zjechać na prawo i zmniejszyć prędkość lub zatrzymać się” (art. 23 ust. 1 pkt 1). Czy jedzie tirem, czy rowerem. Niezależnie od tego jak zachował się ksiądz, nic nie wskazuje na to, aby zachował się tak rowerzysta. Natomiast przy omijaniu (jeżeli ksiądz stał na drodze a rowerzysta go omijał) to rowerzysta miał obowiązek „zachować bezpieczny odstęp” (art. 23 ust. 1 pkt 2).
Po trzecie – jak wynika z powyższego, rowerzysta po pierwsze – nie powinien mieć pretensji do organizatorów (bo ci pokażą regulamin, być może też podpisaną przez uczestnika rajdu deklarację, że zapoznał się z regulaminem – a tam jak przysłowiowy wół stało, że rajd odbywa się po drodze nie wyłączonej z normalnego ruchu), po drugie zaś – do sądu, że został uznany winnym spowodowania zdarzenia, bo jeżeli od początku do końca prawdziwa jest jego wersja, to powinien być uznany współsprawcą.
Po czwarte – warto zwrócić uwagę na pewną niekonsekwencję: najpierw autor tekstu pisze, że kolarz jechał jezdnią, prawą stroną (akapit 3). Później jednak, podając w wątpliwość wersję przedstawioną przez biegłego, autor tekstu pisze, że kolarz jechał poboczem (akapit 9). Jest to istotne, bo jeżeli kolarz jechał poboczem prawym a ksiądz nawet oboma kołami jechał po asfalcie – to kolarz mógł najwyżej obić się o lusterko, a nie wjechać w samochód. Ale czemu miałby jechać poboczem, skoro nie mówi, ze nie udało mu się samochodu księdza wyminąć, ale że nie wyhamował i nie miał szansy go ominąć, bo ten zajmował „większą część jezdni” (akapit 4)? A jak „większą”, to nie całą przecież. Czy więc gdyby kolarz jechał poboczem a ksiądz drogą (i to nie jej całą szerokością), kolarz wjechałby w samochód księdza? Autorze tekstu, gdzie logika?
Po piąte – pisze się o tym, że ksiądz odjechał z miejsca wypadku. Ale nie wiemy jakiego rodzaju obrażenia odniósł kolarz i czy ujawniły się od razu po zdarzeniu (wiemy, że był pół roku na zwolnieniu lekarskim). Z drugiej strony – samochód księdza miał „lekko pęknięty przedni zderzak”. Powstaje więc pytanie (na które autor nie daje odpowiedzi), czy zderzenie rowerzysty z jadącym samochodem, które spowodowało „lekkie pęknięcie przedniego zderzaka” przyniosło efekt taki, że od razu fakt odniesienia obrażeń przez kolarza był widoczny. Może tak – wtedy ksiądz powinien odpowiedzieć za oddalenie się z miejsca wypadku (nie można wtedy np. ruszać uczestniczących pojazdów). Dalej – nie wiemy, czy ksiądz udzielił pomocy (jeżeli była ona na pierwszy rzut oka konieczna) poszkodowanemu – czy też oddalił się z miejsca zdarzenia. Jeżeli tak było – sądzę, że w tekście mielibyśmy o tym wzmiankę. Może sądy boją się biskupa, ale przecież Gazeta Wyborcza się nie boi.
Jeżeli zaś nie można było stwierdzić od razu, że kolarz odniósł obrażenia (a jest to możliwe) – to w grę wchodziły wyłącznie sprawy odszkodowania – które wzywania policji nie wymagają, jeżeli strony się dogadają.
Oczywiście pozostaje też kwestia trzeźwości księdza. Wiemy, że zbadano ją trzy godziny po zdarzeniu. Ale jaki był wynik? Czy było więcej niż 0,2 promila? Chyba nie, bo byśmy się o tym dowiedzieli. A może było 0,0? A jeżeli tak, to czy możliwe jest, że 3 godziny wcześniej było ponad 0,2? Jest możliwe. Ale czy tak było? Nie wiemy. Na wszelki wypadek więc powtórzmy za jedną ze stron, że ksiądz został zbadany na trzeźwość dopiero po trzech godzinach. Wątpliwości przecież rozstrzygać należy na niekorzyść księdza, czyż nie?
4. Jak było naprawdę?
Oczywiście na podstawie tekstu nie jesteśmy w stanie tego stwierdzić. Na pierwszy rzut oka, sądząc po lekturze tytułu, leadu i pobieżnym przejrzeniu zwłaszcza pierwszych akapitów – można odnieść wrażenie, że niewinny kolarz został skrzywdzony przez polski wymiar sprawiedliwości, który kryje prawdziwego sprawcę wypadku – księdza – a to dlatego, że jest księdzem, co więcej, wiózł biskupa. Poszkodowany kolarz nie może znaleźć sprawiedliwości w Polsce, szukać więc jej będzie w Strasburgu.
Tyle tylko, że po uważnej lekturze artykułu nie tylko budzą się wątpliwości, ale wręcz czarno na białym wynika z niej, że całkowity brak odpowiedzialności kolarza za zdarzenia okazuje się być jedynie wytworem jego myślenia życzeniowego. No bo skoro organizator rajdu w regulaminie imprezy umieścił zapis, że odbywa się ona w warunkach normalnego ruchu drogowego, to jest rzeczą oczywistą, że nie można mówić o żadnym zabezpieczeniu terenu rajdu wykluczającym taki ruch, a jego uczestnicy powinni przestrzegać prawa o ruchu drogowym, w tym przepisów dotyczących prawidłowego wymijania. A czy podstawową troską uczestnika takiej imprezy nie powinno być upewnienie się, czy porusza się po drodze wyłączonej z ruchu, czy też po drodze z normalnym ruchem drogowym? Czy to jest kwestia dla kolarza drugorzędna? Nieistotna?
Co więcej – autor skupia się na dyskredytowaniu wersji, jaką podał ksiądz i potwierdzili biegli, świadkowie i sąd – tutaj jego czujność pracuje na najwyższych obrotach i wyliczony mamy cały szereg wątpliwości. Natomiast relacja rowerzysty – traktowana jest bezkrytycznie, żadnych nieścisłości autor w niej nie szuka a najistotniejszą informację dla zrozumienia całego tekstu (a mimo wszystko najistotniejsza nie jest informacja, że uczestnikiem zdarzenia był ksiądz wiozący biskupa) umieszczono dopiero w 8. akapicie, w dodatku jako cytat z wypowiedzi policjanta. Dodajmy, że w sąsiednim akapicie autor inne ustalenia policji podważa.
Wydaje się że, na podstawie tego co możemy wyczytać z tekstu, ksiądz, aby być uznanym za wyłącznego sprawcę, musiałby wjechać w stojący rower lub wjechać w poruszającego się rowerzystę sunąc przy lewej krawędzi jezdni – tak, że rowerzysta musiał - ale nie miał gdzie (lub nie zdążył) uciec. Ale rowerzysta przecież mówi, że to on nie zdążył wyhamować. Wyhamować! Autor tekstu zaś stwierdza, że to rowerzysta wjechał w samochód księdza. Nie że ksiądz wjechał w rowerzystę – tego nie ma w tekście. Czy nie dlatego, że gdyby było, autor mógłby zostać przyłapany na pisaniu nieprawdy? A tak, co najwyżej, można mu zarzucić prawdą oszczędne gospodarowanie w celu manipulowania czytelnikiem.
W najgorszym więc dla księdza (a najlepszym dla rowerzysty) wypadku, można byłoby tu mówić o współwinie obu uczestników. Jeżeli jednak co do faktów było tak, jak stwierdził sąd – a więc:
-wyścig odbywał się na drodze publicznej w warunkach normalnego ruchu drogowego
-samochód księdza stał – a nie jechał,
to orzeczenie jest właściwe, sprawiedliwe i żaden Strasburg nie zmieni tego, że pan P. wjechał w samochód w wyniku nieostrożnej jazdy. Wyrok więc, w którym odstąpiono od wymierzania sprawcy kary nakazując jedynie zapłatę kosztów postępowania, nie wydaje się przesadnie surowy.
Co oczywiście nie zmienia faktu, że pan P. ma prawo czuć się pokrzywdzony, ma prawo uważać, że osądzono go niesprawiedliwie, ma prawo oddawać sprawę do Strasburga itp., ma nawet prawo uważać, że padł ofiarą klerykalizacji życia publicznego a taki a nie inny przebieg sprawy spowodowany jest przemożnym wpływem Kościoła rzymskokatolickiego na sprawy świeckie w Polsce.
5. Ilu czytelników doczyta tekst do 8 akapitu?
Sądząc po tonie wypowiedzi komentarzy pod tekstem na forum gazeta.pl – osób takich jest niewiele. Zdecydowana większość poprzestała zapewne na przyswojeniu sobie tytułu i leadu oraz pobieżnym „przeleceniu” reszty – i oczywiście jest święcie przekonana, że tylko dzięki Strasburgowi pan P. zazna sprawiedliwości, ponieważ tam „kler się nie panoszy”.
6. Po co Agora to robi?
Można na koniec powiedzieć, że organ Agory chyba osiągnął swój cel – zmobilizował wszelkiego rodzaju element wściekle antyklerykalny, antykościelny, antykatolicki i antyreligijny do poplucia na kapłana i Kościół. Dlaczego uważam, że taki był cel? Ano dlatego, że Gazeta Wyborcza i jej lokalne wkładki to nie są gazetki ścienne w klubie emerytowanych generałów LWP ani też nie jest to blog Grzegorza Piotrowskiego. To jest jedna z większych gazet w Polsce, która zazwyczaj nie przepuszcza przez niedopatrzenie tekstów napisanych po amatorsku i niespełniających podstawowych zasad konstruowania tekstu informacyjnego. Jeżeli ten tekst się ukazał, znaczy że ktoś go napisał – ale i ktoś zredagował, zadiustował itp. Co więcej, ktoś umieścił go na ogólnopolskim portalu internetowym – a więc też musiał go przynajmniej przeczytać. Czyli – o to chodziło. Wszelkie wątpliwości wykorzystać przeciwko księdzu – a te, których nie można – po prostu przemilczeć.
I nikt mi nie wmówi, że redaktorzy wkładki bielskiej do „Gazety Wyborczej” nie mieli chociaż cienia świadomości, że umieszczony na portalu tekst wywoła wśród jego użytkowników reakcje, które nawet w „resorcie” za Kiszczaka były marginesem. Po prostu taka jest linia organów Agory: dyskredytować Kościół, wyciągać i rozdymać do granic wszelkie negatywne sprawy w nim czy wokół niego – a jeżeli to za mało, to, tak jak w tym przypadku – „podrasowywać”, „tuningować” prawdę – tak, żeby nikt nie przyłapał na kłamstwie, a jednocześnie nie wiedział jaka jest prawda.
Bo czy to Gazeta Wyborcza napisała, że „kler jest nietykalny”? „Że ma prawo rozjeżdżać niewinnych ludzi”? „Że tylko w Strasburgu można dochodzić sprawiedliwości, bo czarni nie mają tam takich wpływów?” Przecież nie. Oni tylko „obiektywnie opisali” sytuację. A że „internauci” wyciągnęli takie wnioski, jakie wyciągnęli? Toż to oni wpływu na interpretację pisanych przez siebie tekstów nie mają. Są ok.
PS – o tym, że przypadek bielski nie jest odosobniony przekonuje mnie choćby sprawa z warszawskiego Ursynowa. Tam kuria miała plan podziału 30-tyięcznej parafii Wniebowstąpienia Pańskiego – i budowy kościoła na trawniku przylegającym do sporego kompleksu spacerowego „Kopa Cwila”. Przeciwko budowie była część mieszkańców okoliczych bloków oraz, oczywiście... Gazeta Wyborcza w postaci swej wkładki warszawskiej. I zorganizowano akcję, w wyniku której chyba każdy potomek KPP-owców wyraził dobitnie co sądzi o temacie – posługując się oczywistymi półprawdami, sugerowanymi bez żenady przez Gazetę Wyborczą. Mało tego – w wyborach do Rady Dzielnicy spory sukces odniósł komitet skupiający różnego rodzaju czerwonych i różowych działaczy powyrzucanych z różnych partii i bezpartyjnych, którego w zasadzie jedynym hasłem był sprzeciw wobec kościoła – akcja w „GW” była więc swego rodzaju nakręcaniem tej kampanii. A półprawdy podawane przez GW, które w pełne nieprawdy, czyli po prostu kłamstwa sami sobie poprzekształcali „internauci” – były m.in. takie:
- że kościół jest tam niepotrzebny, bo 800 m dalej jest inny (półprawda, bo kościół jest blisko, ale parafia liczbą wiernych przekracza wszelkie rozsądne rozmiary – więc potrzeba budowy jest – choćby po to, żeby ksiądz po kolędzie przychodził do parafian częściej niż raz na dwa lata)
- że „na Ursynowie jest 8 kościołów i po co następny” – kolejna półprawda, bo wliczono w to także kościoły bardzo oddalone od blokowisk – jak w Pyrach, Grabowie czy Powsinie, które do parafii w censtum Ursynowa „wysokiego” mają się nijak. „Internauci” rychło podchwycili wątek i wypisywali bzdury o „kościołach na każdym skrzyzowaniu”, „drugim Iranie” itp.
- że powstanie koscioła zagraża istnieniu parku. – oczywista nieprawda, bo park jedynie graniczy z działką kościelną, od dawna w planach przewidzianą pod zabudowę. Aby nie podważyć tej półprawdy organ nigdy nie opublikował mapki pokazującej teren całości parku i wskazującej, jaki obszar obok zajmie budowla kościelna (dali tylko mapkę działki kościelnej – oczywiście wypełniającej całą ramkę na to przeznaczoną). „Internauci” podchwycili wątek równie chętnie – strasznie żałując „terenu zielonego, których przecież tak mało”. Oczywiście inne tereny zielone, przeznaczone pod deweloperkę tylu „obrońców” nie miały.
- że mieszkańcy nie chcą kościoła, tylko park. Półprawda, bo faktycznie ci, co nie chcieli kościoła byli dużo głośniejsi i agresywniejsi – ale po pierwsze badań opinii społecznej nikt nie przeprowadził a po drugie wielu z nich było przekonanych, że prawdą jest, że kościół zagraża istnieniu parku. A już tego, że ów „park” w rzeczywistości jest trawnikiem służącym właścicielom do wyprowadzania psów a okolicznej młodzieży do nocnych libacji alkoholowych (i dwa razy do roku do festynów dzielnicowych) w tekstach we wkładce do„Gazety Wyborczej” nie można było przeczytać – bo to wiedzą tylko ci, którzy faktycznie wiedzą cokolwiek na ten temat poza tezami z „Faktów i Mitów” rodem.
Efekt tego jest taki, że ponoć kuria zdecydowała, że kościoła tam stawiać nie będzie – jeżeli jest to prawda, to smutna to puenta do tej notki. Bo okazuje się, że można ludziom zrobić wodę z mózgów – i na półprawdach budować kłamstwo, które może nawet wygrywać. A trzeba przyznać, że metody takie są skuteczniejsze niż dawne poczynania „wydziału IV”- oby do czasu.


Komentarze
Pokaż komentarze (7)