Nie o Gruzji mowa. O Polsce. Najpierw scenka rodzajowa, typowa, a potem od szczegółu przejdziemy do ogółu.
No więc scenka rodzajowa:
Niedzielny poranek, plac przed kościołem. Teren już nie kościelny - tam się nie handluje - a jak najbardziej miejski. Przy samej granicy gruntów (aczkolwiek na przeciwległych krańcach placu kościelnego) rozstawiły się dwa stoiska z owocami i warzywami. Podjechała straż miejska i wypisała mandaty obu handlarzom. Handlarze, w całkowitym spokoju mandaty przyjęli i nie niepokojeni przez nikogo handlowali aż do ostatniej mszy św. tego dnia.
I przechodzimy od szczegółu do ogółu:
Państwo polskie (obojętnie czy nazwiemy je samorządem terytorialnym, czy władzą publiczną, czy jakkolwiek inaczej) - jest tak słabe, że przegrywa z parą handlarzy zieleniną. Handlarze zieleniną w żywe oczy kpią sobie z prezydenta Warszawy, wojewody, premiera Tuska i prezydenta Kaczyńskiego. Nawet jeżeli by się domagać ścigania p. Huberta H. za naubliżanie Prezydentowi Rzeczypospolitej, to twierdzę, że Rzeczypospolitej ubliżają po stokroć bardziej tacy właśnie handlarze. Plują Jej w twarz, a Ona udaje, że deszcz pada i w postaci dwóch strażników miejskich odjeżdża w siną dal.
Po 1989 roku opanowała nasze "elity" władzy pierwszej, drugiej, trzeciej i czwartej ze wszech miar szkodliwa ideologia"róbta co chceta". Po wielu latach, kiedy to państwo było wrogiem obywatela, nie zrobiono nic, aby przekonać ludzi, że państwo jest wspólną wartością. Kiedy odpadł przymus zewnętrzny - zabrakło i imperatywu wewnętrznego. Nie wzmacniano go - wręcz przeciwnie.
Skoro państwo komunistyczne miało wobec obywatela złe zamiary - to z całą pewnością państwo demokratyczne też takowe miało - więc obywatelowi się wpajało, że ono dalej jest jego wrogiem - a instytucje tego państwa (czy raczej ich przedstawicieli, funkcjonariuszy) uczono, że mają nie być "nadgorliwe", bo obywatel ma przede wszystkim prawa obywatelskie. O obowiązkach taktownie milczano.
No i efektów nie trzeba było daleko szukać - można je było znaleźć chociażby na placu przed kościołem. Albo niewiele dalej. Ktokolwiek doświadczył nieszczęścia mieszkania w sąsiedztwie imprezującej po nocach hołoty - ten doskonale wie, jak państwo polskie przegrywa z gnojkami świętującymi -naste urodziny czy zakończenie roku szkolnego. Jeżeli towarzystwo nie otworzy policji drzwi, ta może najwyżej pocałować klamkę - a poszkodowany obywatel, którego prawo do ciszy nocnej jest właśnie gwałcone taką policję może pocałować w co innego - no chyba że złoży na policję oficjalną skargę przeciwko sąsiadom, poda imię, nazwisko, adres, zwolni się z pracy, żeby przez półtorej godziny składać na komisariacie zeznania w tej sprawie. Jak kiedyś poinformował mnie dzielnicowy: "to jest demokracja, kiedyś, panie, brało się za wsiarz i na Kolską wiozło - a teraz mamy demokrację". No i w tej "demokracji" policjant może balangowiczom najwyżej zapukać do drzwi.
Słabe państwo. Nie chroni obywateli, nie chroni swojego interesu. W takich Stanach (przepraszam za porównanie, ale historia jest autentyczna - opowiedziana przez Polaków, którzy przyjazd policji na imprezę potraktowali jako okazję do ubawu, w przeciwieństwie do amerykańskich rówieśników) policja jak przyjechała, to wzbudziła taki respekt, że impreza od razu stałą się przyjazna dla sąsiadów. U nas - chroni się raczej element, a nie normalnego człowieka. Kto twierdzi inaczej - bredzi.
Ale pal licho obywateli. Państwo, które się szanuje, dbałoby chociaż o własny interes. I autorytet. I chyba wreszcie, po dwudziestu latach "wolności i demokracji" raczyłoby zauważyć, że sytuacja, w której karanie handlarza mandatem nie przynosi żadnego efektu jest w najwyższym stopniu niestosowna. Schizofreniczna. No bo jak wlepia obywatelowi mandat - to znaczy, że uznaje, iż obywatel czyni źle. A skoro czyni źle, to państwo powinno mu to uniemożliwić.
A w taki sposób państwo robi z siebie durnia: mówi "obywatelu, czynisz źle, czyń tak dalej". Gdyby wszyscy rodzice w ten sposób wychowywali dzieci - detoksy w miastach i miasteczkach pękałyby w szwach. Tutaj jest podobnie - skutki dla świadomości społecznej, dla moralności obywatelskiej - opłakane. I jak tu się dziwić, że jest przyzwolenie na gorsze "grzeszki" - a to przekupienie policjanta z drogówki, a to danie w łapę kontrolerowi biletów, a to wreszcie jazda po wariacku.
Silne państwo potrafiłoby skonstruować takie prawo, które po zastosowaniu spowoduje, że w przyszłą niedzielę państwo handlarze będą oglądać "Na dobre i na złe", a nie handlować na placu przed kościołem. Słabe państwo posiada różnego rodzaju "ideologów" lumpenliberalizmu, którzy zanik norm chcieliby leczyć brakiem egzekwowania tychże norm. Długo by wymieniać tychże ideologów - Gazeta Wyborcza, Donald Tusk, profesor Filar, Jakub Wojewódzki - ileż to razy od nich słyszeliśmy, jak to dobrze, że obywatel nie przestrzega głupich przepisów, że państwo jest zbyt wymagające, że zbyt opresyjne.
"Róbta co chceta" - czyli sami decydujcie, czy przepis wam się podoba, czy czy będziecie go przestrzegać, czy nie. A jakby jakiś nadgorliwiec zechciał was za to ukarać mandatem - to my pomożemy. Zamieścimy artykuł, podeprzemy komentarzem "autorytetu", obśmiejemy upierdliwca.
I tak się kręci nasze życie społeczne - znów, jak w PRL-u wygrywają cwaniaki, drobne łaziki, mentalność badylarska. I jak tu się oburzać, że nie są tacy potępiani społecznie, skoro mają po swej stronie tego, kogo bezwstydnie kantują: państwo.
I chyba nie ma co liczyć, że cokolwiek się w tej dziedzinie zmieni. Wszak jak tylko "bracia Kaczyńscy" śmieli wspomnieć coś o wzmacnianiu państwa - zaraz odzywał się chór oburzonych -aż świeżo wybrany premier musiał zapewnić, że teraz państwo to będzie miało do obywatela zaufanie. Do obywatela handlarza-kolekcjonera mandatów, chciałoby się rzec
Zamiast puenty:
Pamiętacie może Państwo, jak dawno temu wicepremier Kołodko nazwał "łobuzami i cynikami" czy jakoś podobnie obywateli, którzy wykorzystując lukę w prawie kombinowali z lewymi darowiznami? Czy pamiętacie państwo powszechne oburzenie środowisk opiniotwórczych wobec tych obywateli? Ja pamiętam tylko święte oburzenie na premiera Kołodkę, który tak okreslił ludzi, którzy robią tylko to, co jest dozwolone. Żadnej refleksji nad dobrem wspólnym się wtedy nie uświadczyło. I tak jest do dziś


Komentarze
Pokaż komentarze (6)