Był taki dzień, kiedy to cały ludek zapatrzony w TVN24 żył tylo jedną sprawą: ile stanowisk zawiozą do Brukseli prezydent z premierem i kto będzie przewodniczył (ewentualnie czy dostawi się krzesło). I w ten dzień sekwencja zdarzeń była taka, że premier przyjechał do prezydenta, potem wyjechał od prezydenta, po czym z lotniska udawał się do Słupska (czy też w okolice).
Po tym jak premier wyjechał od prezydenta, a zanim przyjechał na lotnisko i zorganizował konferencję prasową, do dziennikarzy wyszedł minister z Kancelarii Prezydenta Piotr Kownacki i przedstawił to samo, co później przedstawił premier, a co stało w sprzeczności z porannymi pohukiwaniami lewej ręki premiera, czyli ministra (w chociaż ten przyapdek to bardziej "mini" niż "ster") Nowaka.
Ale, jak wspomniałem, czas pomiędzy wystąpieniem min. Kownackiego a premiera Tuska walterowcy musieli jakoś urozmaicić. No więc zrobili to po swojemu - jak zwykle dopiero to, o padło z Ust Premiera na temat spotkania w Pałacu było prawdą objawioną - relacja min. Kownackiego zaś była okraszana co chwila czasownikami, przymiotnikami i przysłówkami w rodzaju "rzekomo", "miał powiedzieć", "według relacji ministra" czy "poczekajmy na to, co powie w tej sprawie premier".
Niby standardzik, bo przecież wiadomo, że ostateczną wyrocznią jest na Wietniczej dopiero słowo Geniusza Kaszub, natomiast słowa ludzi z PiS czy okolic trzeba przefiltrować właśnie owymi wstawkami - ja "rzekomo".
No ale pisać o tym trzeba, bo skoro oni wbijają milion gwoździ, to my wbijmy ten milion pierwszy. Oby przeważył :)


Komentarze
Pokaż komentarze