Nie tak dawno mieliśmy okazję zaobserwować, jak warszawska wkładka do Gazety Wyborczej, pod światłym a postępowym przywództwem Seweryna Blumsztajna, skutecznie podburzyła ludzi przeciwko budowie ośrodka duszpasterskiego (rzymskokatolickego) przy ul Koński Jar na warszawskim Ursynowie. Teraz z kolei wkładka owa wyciągnęła temat z tej samej, jeżeli można tak rzec, parafii. Mianowicie chodzi o plan zbudowania w Warszawie meczetu.
O ile sprawa z kościołem od samego początku przedstawiana była w negatywnym świetle (postraszono ludzi likwidacją parku, który jest w okolicy, wyliczano ile to metrów dalej znajduje się istniejący kosciół, itp.), o tyle sprawa meczetu wygląda zupełnie inaczej. Oczywiście, zgodnie z kanonami sztuki dziennikarskiej, przedstawione są zarówno argumenty za, jak i przeciw (ten ostatni opatrzony "wyborczo" neutralnym „biadoliła internatuka Ania”). Poza tym większość artykułu zajmuje argumentacja muftiego Miśkiewicza (o tym, jak bardzo meczet jest potrzebny) oraz - na koniec - napomknięto, że teren, na którym świątynia miałaby stanąć, objęty jest ochroną konserwatorską („muzułmanie musieliby najpierw skruszyć opór Ewy Nekandy-Trepki, stołecznego konserwatora zabytków”) – chodzi o parki Wielkopolski oraz skwer Sue Ryder.
Teraz czekam aż zacznie się na łamach GW lamentacja na temat terenów zielonych, których mamy tak mało, na temat meczetów, których mamy w Europie tak dużo oraz o panoszących się wyznawcach Allacha. Wszystko to „ćwiczyliśmy” przy okazji konfliktu o kościół na Ursynowie, wszystko to cieszyło się życzliwym wsparciem Gazety Wyborczej, wszystko to skończyło się dosyć poważnym tumultem, który wpłynął na wyniki wyborów do rady dzielnicy oraz - na wycofanie się kurii z planów budowy kościoła.
Ciekawe, czy przypadek meczetu Gazeta Wyborcza potraktuje tak samo – czyli czy będzie, opierając się na kłamstwie i przemilczeniu, zwalczać go ze wszystkich sił – czy też zachowa, jak wynika to z dziś cytowanego artykułu, tzw. (co najmniej) życzliwy "dystans".


Komentarze
Pokaż komentarze (10)