Jak doskonale wiemy, pp. Sarkozy. Pöttering, Barroso i inni jeżdżą po Europie i stręczą jej mieszkańcom i ich przedstawicielom tzw. Traktat Lizboński. Szczególnie uwzięli się na Irlandię, gdzie, jak doskonale wiemy, naród powiedział traktatowi w referendum „nie”. Ponieważ jednak irlandzkie „nie” nie jest w smak eurokierownikom, ci będą „namawiać Irlandczyków” do kolejnego referendum z nadzieją, że kiedyś wreszcie, skuszeni ochłapem bądź wymęczeni propagandą, zagłosują tak, jak od nich wymaga cała postępowa ludzkość.
Jak doskonale wiemy, istnieją plany szybkiego wprowadzenia w Polsce eurowaluty, tzw. euro. Eurowalutę tę stręczą Polakom europrzywódcy i euro-Polacy. Ponieważ podniosły się głosy, że tak dalekie odebranie suwerenności Polsce wymagałoby zgody narodu udzielonej w referendum, stręczyciele skwapliwie przypominaja Polakom, że przecież już było referendum! Już się zgodziliście! Nie pamiętacie? Trudno – przepadło! Żadnego referendum nie będzie, no bo skoro raz się zgodziliście...
Więc ja się pytam. Nie euroelit, bo te doskonale rozumiem – ale pytam naszych dziennikarzy. Czy któryś z nich zadał jednemu czy drugiemu eurostręczycielowi następujące proste pytanie: Jak to jest, że Irlandczykom proponuje się, w odstępie niewiele ponad roku, ponowne głosowanie nad tym, co już raz odrzucili – i jest to zgodne z eurologiką i jak najbardziej pożądane, a Polakom odmawia się ponownego głosowania nad czymś, nad czym głosowali ponad pięć lat temu, w dodatku nie mieli tej kwestii wyłożonej w pytaniu referendalnym?
Albo – formułując pytanie w duchu euromowy, żeby żdaen z „obywateli Unii Europejskiej” nie poczuł się urażony: Dlaczego Irlandczycy mają mieć możliwość „naprawienia swojego błędu” sprzed pół roku w sprawie Traktatu Lizbońskiego w ponownym referendum, a Polacy nie mogą „potwierdzić swojego dobrego wyboru” sprzed pięciu lat w sprawie euro?
Warto, żeby takie pytanie padło i żeby została na nie udzielona jasna odpowiedź. Bo w przeciwnym razie przeciętny Polak może zacząć odnosić wrażenie, że zamiast „debaty europejskiej” pp. Sarkozy, Barroso, Pöttering i inni mają nam do zaoferowania swoistą grę w „trzy kubki”. Tzn. niby ktoś tu wygrywa, niby my też oczy mamy szybsze od ich rąk – ale jak przyjdzie co do czego, to i tak jest, jak ma być albo też przyjedzie Cohn-Bendit, kopnie w stolik i zabawa skończona.


Komentarze
Pokaż komentarze (5)