dziedziczna cytadela finansjery dziedziczna cytadela finansjery
178
BLOG

O wyborach 4 czerwca

dziedziczna cytadela finansjery dziedziczna cytadela finansjery Polityka Obserwuj notkę 4


Już za chwileczkę, już za momencik zaczną się w mediach nieustające obchody okrągłej rocznicy wyborów do Sejmu i do Senatu PRL przeprowadzonych 4 czerwca 1989 roku. I znów zapewne usłyszymy, że były to „pierwsze wolne wybory” czy, bliżej prawdy, „częściowo wolne” wybory po wojnie. To prawda, po sterroryzowanych wyborach 1947 roku i następnych ponad 40 latach „dalszej demokratyzacji”, wydarzenie, jakiego doczekali Polacy w 1989 roku było czymś zupełnie wyjątkowym, nową jakością.
 
Przestrzegałbym jednak przed nadmiernym ekscytowaniem się samymi wyborami czy samą datą 4 czerwca. Moim zdaniem trzeba i warto fetować nie same wybory, ale ich rezultat. To właśnie w tych wyborach okazało się najważniejsze – same wybory nie były bowiem ani wolne, ani też nie miały prowadzić do zasadniczych zmian – miały przygotować grunt pod ewentualną „dalszą demokratyzację” - być może tym razem formalnie pełną – w... 1993 roku. Ładnie byśmy wyglądali, gdyby ten punkt „kontraktu: wypełniono do końca.
 
Przyjrzyjmy się samym wyborom. O wyborach wolnych – tj. realizujących w pełni wolę wyborców - można mówić tylko w przypadku Senatu. Inna sprawa czy w ogóle można mówić o wolnych wyborach w warunkach istnienia cenzury, przy państwowych i partyjnych środkach przekazu oraz jednym koncesjonowanym dzienniku jednego nurtu opozycji. Ale przyjmijmy, że wolność „proceduralna” – od zgłaszania kandydatów po ustalanie wyników – w przypadku wyborów do Senatu była zachowana. Ale wybory do Sejmu? Oczywiste jest, że ustalenie podziału i proporcji mandatów sprzeczne jest z ideą „wolnych wyborów”. A taka była zasada wyborów do Sejmu w 1989 roku. Wybory były „niekonfrontacyjne”, więc 35% mandatów kandydaci KO „Solidarność” nie uzyskali dając łupnia PZPR-owcom ale rywalizując z innymi kandydatami bezpartyjnymi – zarówno „bezpartyjnymi bolszewikami” – czyli popieranymi przez władze kandydatami mającymi odbierać głosy „solidarnościowcom”, jak i zgłoszonymi tu i ówdzie kandydatami opozycji niesolidarnościowej.
 
Mitem jest więc twierdzenie, że wybory czerwcowe były wolne „w 35%”. Nie można być w ciąży „w 35%”, ani też jajeczko nie może być „w 35%” nieświeże. 35 % mandatów przeznaczone było dla kandydatów bezpartyjnych – a więc PZPR-owcy, ZSL-owcy i inny płaz byli z tej rywalizacji wyłączeni. Nie umniejsza to oczywiście w niczym rozmiarów klęski czerwonych – jeśli potraktować wybory jako plebiscyt, to z pewnością był on absolutnie wygrany przez „Solidarność”. Wypada jednak pamiętać, że starano się zbytnio komunistów nie urazić – lista krajowa, która w wyborach poległa (wcale nie z kretesem, bo wymagana byłą większość bezwzględna i jej osiągnięcie nie było wcale odległe), powróciła w drugiej turze jako mandaty dla kandydatów partyjnych. W przyrodzie nic nie ginie, a kontraktu trzeba było dotrzymać.
 
Jeżeli dziś wspominamy tamte wydarzenia, to pamiętajmy, że nie same wybory do Sejmu i do Senatu PRL były w tym wszystkim najważniejsze. Te wybory były po to, żeby wszystko się nie potoczyło tak, jak się potoczyło. Najważniejsza w tej rocznicy jest pamięć o postawach ludzi, wyborców, którzy dostawszy pierwszy raz prawo wypowiedzenia się za lub przeciw „komunie” wypowiedzieli się aż nadto wyraźnie.
 
Jeśli tamte wybory potraktujemy jako plebiscyt – to chyba oczywiste jest, że trudno wymagać, aby już wówczas ludzie mieli rozeznanie wśród różnych nurtów politycznych opozycji. Na to przyszedł czas przy pierwszych wolnych wyborach do Sejmu, w 1991 roku – wtedy rozpoczął się legitymizowany wyborami proces krystalizacji systemu partyjnego. Dlatego też, jakkolwiek krytycznie oceniam dokonania Lecha Wałęsy po 1990 roku, jako zupełne kuriozum traktując „kult św. Bolesława” roztaczany wokół tej postaci obecnie, to jednak jestem przekonany, że to on był symbolem tamtych wyborów, to on był „marką” tamtych wyborów i to ta właśnie „marka” – obok znaczka „Solidarności” doprowadziła do takich a nie innych wyników plebiscytu. Dlatego podkreślając jeszcze raz negatywną ocenę i prezydentury Wałęsy a zwłaszcza jego postawy obecnej (o jego faryzejskich aktualnych „wyznawcach” nie wspominając), upominałbym się o miejsce L. Wałęsy przy rocznicowych uroczystościach. Nie w charakterze ikony czy obiektu hołdów – lecz jako danie świadectwa temu, że wówczas, czy nam się to obecnie podoba czy nie, wybór był de facto tylko jeden: za „komuną” czy za „Solidarnością”. A nieodłącznym symbolem tego wyboru była słynna „fotografia z Lechem”, która stała się dla wielu, często nieznanych postaci, przepustką do Sejmu i Senatu.
 
Inna rzecz czy L. Wałęsa, pokłócony z całym światem, który nie dość gorliwie oddaje mu hołdy, nie uzna za stosowne obchodzić tej rocznicy w towarzystwie Jaruzelskiego i Kiszczaka przy aplauzie Kwaśniewskiego i Napieralskiego – ale to już całkiem inna historia.

Gdyby ktoś coś, to zapraszam serdecznie https://twitter.com/Cytadela_WN

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (4)

Inne tematy w dziale Polityka