Lotnisko w Dżibuti jest nieduże i ciasne, znakomite dla militarystów albo szpiegów – z poczekalni rozpościera się widok na bazę wojskową, ulokowaną tuż za pasem startowym. Najpierw jednak odprawa. Jakiś typ porywa mój plecak i przenosi go o 5 metrów dalej. Daję mu sto franków. – O nie proszę pana, to kosztuje pięćset. Każę mu się wypchać, o dziwo to działa.
Za to w poczekalni nic nie działa – w jedynym barku trwa wesołe śniadanie obsługi, wobec czego – „kawa będzie za pół godziny, na razie pasażerowie muszą poczekać”. Nikt nie pracuje, za wyjątkiem rozchełstanego policjanta palącego cygaretkę dokładnie pod napisem „palenie surowo wzbronione”. Jego zadaniem jest, jak się wydaje, złowrogie łypanie na pasażerów i wprowadzanie atmosfery grozy. Starszy pan zwraca mu uwagę na zakaz, dodając, że jego żona nie znosi dymu. – Zakaz to jest tam dalej – policjant wykonuje niedbały ruch ręką – tu, gdzie stoję, nie obowiązuje. Rozdzieliwszy światłość od ciemności dmucha dymem w kierunku protagonisty i jego delikatnej małżonki. Kilka minut później, gdy awantura i cygaretka się wypaliły, policjant macha ręką i idzie na śniadanie do wciąż zamkniętego dla nas bufetu. Nie pozostaje więc nic innego, jak gapienie się na wojskowe samoloty transportowe i śmigłowce.

* * *
Półtorej godziny później, jestem na lotnisku w Addis Abebie. Tureckie linie lotnicze, które niebawem zabiorą mnie do Warszawy, proszą o potwierdzenie rezerwacji. Sądziłem, że będzie po temu okazja, lecz ich biuro jest zamknięte. Przez szklane drzwi widaćr ozłożoną gazetę i parującą kawę, ale nikogo nie ma. Czekam więc i patrzę. Jakież tu inne od naszych techniki uchylania się od pracy. Polak raczej gdzieś znika, gdzieś się chowa, schodzi szefowi z oczu, ale jak coś już koniecznie musi zrobić to trudno, wzdycha i robi. Tu jest inaczej. Pracownicy zupełnie nie ukrywają, że przychodzą do pracy głównie w celach rozrywkowych. Przesiadują w lotniskowych barach, gromadzą się w grupy dyskusyjne lub kluby palacza, kłócą się i zaśmiewają głośno. Ci, co muszą pracować, wykonują swoje czynności demonstracyjnie wolno. To jest zresztą znacznie trudniejsze od pracy w normalnym tempie. Ileż trzeba ambicji i samozaparcia, żeby maszerować z krzesłami pod pachą w pogrzebowym tempie. Albo tamten pan, popychający co pewien czas wózek towarowy. Taki wózek ma to do siebie, że najtrudniej nim ruszyć, ale jak już się rozpędzi, wystarczy przyłożenie niewielkiej siły. Niechże Pan się nie zatrzymuje, drogi Panie, szkoda energii… ech, znów się zatrzymał. Sprzątaczki, we frywolnych różowych kombinezonach z napisem Betlehem Clean Service, poruszają się czwórkami. Powolutku wykonują swój absurdalny taniec rozmazując brud po podłodze. Już od dobrego kwadransa muskają ją swymi mopami, nigdy chyba nie maczanymi w wodzie. Za nimi podąża maszyna, która froteruje tę, wciąż przecież brudną, posadzkę. Pani z informacji siedzi w sklepiku z pamiątkami i flirtuje z pogranicznikiem. Grupka Niemców stoi karnie przed jej zamkniętym kantorkiem. To nie jest dobry pomysł, drodzy sąsiedzi, tak niczego nie zwojujecie. Trzeba spokojnie usiąść i dać się kobiecie nasycić miłością, w końcu nie zawsze będzie się miało dwadzieścia lat. Jak jej narzeczony sobie pójdzie, podejdźcie do niej – ale nie do informacji, tylko do sklepiku – zagadnijcie o zdrowie, sprawy rodzinne, imię ukochanego, opowiedzcie o sobie i swoich krewnych, zwierzcie się z kłopotów – a w rezultacie dowiecie się także wszystkiego czego chcecie o godzinach odlotów, opóźnieniach i innych nudziarstwach.
Podobnie jak droga przechodząca przez wieś stworzona jest dla miejscowej ludności, tak wszystkie te cudowne miejsca: bary, restauracje, sklepiki, kantorki, toalety, są stworzone dla pracowników lotniska. Pasażerowie stanowią męczący, choć wciąż jeszcze niezbędny, dodatek. Trzeba ich obecność przyjąć z wyrozumiałością; pętają się z tymi swoimi walizami, o coś wypytują, są wścibscy, namolni – cóż, trudno, na tym polega ta praca, że nie wolno dać się wyprowadzić z równowagi. Obserwuję cudowny spektakl, symfonię jędrnego, radosnego, tropikalnego lenistwa zmiksowanego z socjalistyczną mentalnością ludu pracującego bratniej Etiopii, wychowanego w przekonaniu, że jest awangardą ludzkości. Ja tam się nie dziwię, mnie też uczono, że najważniejszym produktem kopalni jest górnik.
Komentarze
Pokaż komentarze