Modne ostatnio w świecie homoseksualizmu jest „wychodzenie z ukrycia”. Co rusz to jakiś znany czlowiek uważa za stosowne, żeby nas informować o swoimżyciu intymnym, które to życie tym samym intymnym być przestaje stając się własnością publiczną. Osobiście nie czyjąc potrzeby, aby dzielić się informacjami jak ja „to” lubę robić, nie bardzo rozumiem motyw takiejgo ekshibicjonizmu.
Wraz z nadejściem „nowej” wladzy pojawia się również moda na „wychodzenie z ukrycia” w innej kategorii, a za nią powszechne zrozumienie. „Donosiłem, ale nie szkodziłem” mówi coraz to nowy autorytet moralny, a chór innych „autorytetów” dodaje: „to niezwykle porządny człowiek, sprawdzony w pracy społecznej”.Jeżeli „wychodzenie z ukrycia” osób z niebanalnymi upodobaniami seksualnymi wzbudza jedynie moje zdziwienie, to ujawnianie się coraz to nowych „autorytetów”, kandydatów na przywódców narodu i jego nauczycieli zmusza mnie do zastanowienia. Rodzi się cały szereg pytań, z których pierwszym powinno być: dokąd to wszystko zmierza? Ustalmy więc fakty.
- Wprowadzona terrorem władza sowiecka w PRL była wroga Polsce i Polakom
- Tajne slużby PRL podlegały kierownictwu w ZSRR i slużyły do zastraszenia ludności tubylczej (Polaków) i wymuszeniu na niej posłuszeństwa dla obcej jej władzy.
- Podobnie jak wszelkie tajne służby posługiwały się one siecią konfidentów, zwanych donosicielami.
W PRL żyli Polacy pod tak zwaną dyktaturą „proletariatu” (co wspólnego z proletariatem miał Berman, Bierut, Cyrankiewicz, czy mniejsze płotki ale z aspiracjami jak rodzina Szechterów, agenci NKWD Cimoszewicz i Stolzman i cała reszta tej bandy zdrajców tego do dzisiaj nikt nie wyjaśnił). Była to dyktatura zdrajców, ajentów Związku Radzieckiego, a bardziej dokładnie ajentów KGB (NKWD). Nie było perspektyw na niepodległość, wszelkie mrzonki na ten temat rozwiała sowiecka interwancja na Węgrzech w 1956 i w Czechosłowacji w 1968, a żyć trzeba było, więc niektórzy naginali kręgosłup i wstępowali do partii komunistycznej bez względu na jej nazwę (PZPR, SLD, SD). Przynależność do tej partii zdejmowała nieco podejrzliwość Ubecji i otwierała drogę do awansu. Awans zależał jednak w sporej mierze od „aktywności” partyjnej, a sama przynależność nie chroniła przed niczym. Można więc zrozumieć, że w partii komunistycznej mógł pojawić się porządny człowiek, który chciał mieć święty spokój i robić swoje.
UBecja i jej donosiciele to zdecydowanie dalszy krok wtajemniczenia w sprawy administracji sowieckiej. To oczywista deklaracja wrogości wobec współrodaków. Powtórzę więc raz jeszcze podstawowe pytanie: Dokąd zmierza promocja pobłażliwości dla UBecji i ich konfidentów?
W moim odczuciu, każdy dowód zdrady powinien wykluczać zdrajcę z życia publicznego. Znowu przywołam przykład Norwegii, gdzie kolaborantów i ich rodziny odsunięto od stanowisk publicznych (w tym oświata i media) po odzyskaniu niepodległości.
Ustalmy więc zasady, albo współpraca z NKWD (UB SB etc.) nie ma większego znaczenia, ale wtedy powoływanie się na autorytety walki z komuną i własne w tym "zasługi" po prostu śmieszą.
Albo ustalmy, że zdrada dyskwalifikuje obywatela jako polityka czyli osobę publiczną w niepodległym państwie i wtedy nawet bardzo miły zdrajca nie znajdzie miejsca w rządzie nawet jeśli jest niezastąpionym fachowcem.



Komentarze
Pokaż komentarze (45)