W dogorywających latach PRLu, a dokładnie w pierwszych miesiącach Stanu Wojennego, Andrzej Rumian ogłosił w SPATIFowskiej „Loży profesora Wohla”:
„powracającemu nachucham w dłonie” (zima była ostra a dollarów mało).
Chciałbym napisać o mojej nadziei, że Polska stanie się normalniejsza.
Moja nadzieja bierze się z faktu, że mamy światowy kryzys, więc można się spodziewać masowego powrotu sezonowych emigrantów (tak jak nam to Tusk obiecał i jak tu nie wierzyć politykom?). Będą wracać i ci w białych kołnierzykach i „robole” jak właścicieli niebieskich kołnierzyków zwykła nazywać elita pozostawiona nam przez PRL.
Większość z nich (emigrantów) spędziła rok lub więcej w państwach gdzie demokracja ma się nieżle co najmniej od II Wojny i właśnie w tym upatruję szansy dla naszej kalekiej, post-PRLowskiej demokracji. Wrócą ludzie, którzy na własne oczy widzieli co robią demokratyczne rządy. Jak pracują, jak się odnoszą do siebie na wzajem, jak traktują wyborców i co robią w obliczu kryzysu.
W Świecie poczynając od wielkich Stanów Zjednoczonych po maleńką Islandię rządy znajdują się w stanie permanentnej akcji ratowniczej. Politycy rządowi i opozycji są dosłownie wszędzie gdzie są problemy, śpieszą z pomocą gdy zajdzie potrzeba. Inną sprawą jest to, czy ich działania mają jakiś sens, czy stają się powodem kpin, tak jak to miało miejsce w Australii. Premier Rudd rozdał mianowicie przed Bożym Narodzeniem po $1000 każdemu emertowi na państwowej emeryturze. Idea była taka, żeby dziadkowie polecieli do sklepu i kupili sobie i bliskim prezenty świąteczne. Większość z nich zamiast tego zmniejszyła swoje długi, a ci, którzy długów nie mieli, kupili koreańskie telewizory . Korea musi być wdzięczna premierowi Australii.
Tak czy inaczej rząd się stara i wzorem starszego i większego brata USA stara się zasypać ognisko palących się pieniędzy jeszcze większą ilością pieniędzy. Po to mamy rząd, żebyśmy się czuli bezpiecznie. Taka jest idea demokracji. Jest to odwrotna doktryna do dyktatury, gdzie władza jest największym zagrożeniem dla obywateli. Tak było w III Rzeszy, tak było w ZSRR, a tym bardziej w PRL gdzie państwo było zwyczajną administracją kolonii. W demokracji wyborca zatrudnia władzę, lub zwalnia ją z pracy. W dyktaturze, obywatel jest niewolnikiem władzy.
Powstaje pytanie: Co mamy obecnie w Rzeczypospolitej?
Niby były demokratyczne wybory, więc demokracja, ale władza zamiast dbać o obywateli dba o to żeby nic złego nie stało się byłym funkcjonariuszom sowieckiej okupacji. Światowy kryzys pogłębia się z tygodnia na tydzień, a rząd uważa, że nienależy nic robić bo obywatele się przestraszą. Gdy pozostali szefowie państw demokratycznych i nie tylko gorączkowo organizują się by zapobiec katastrofie, my w Polsce mamy premiera na wakacjach i media w ciągłym ataku na prezydenta, że ten próbuje coś jednak robić. Wiele zrobić nie może bo to nie on dyponuje kasą, ale nawet samo uświadomienie pogrążonemu w samozadowoleniu rządowi, że ma on problem do rozwiązania, to też coś.
Wracają więc emigranci i być może wytłumaczą swoim znajomym i rodzinie, że nie wystarczy być dobrze wychowanym (tak jak Niesiołowski czy Palikot), że nie wystarczy się obrażać na grubiaństwa przeciwników („my stoimy tam gdzie stali stoczniowcy, a nasi przeciwnicy stoją tam gdzie stało ZOMO”) ale nie należy również promować UBecki donosicieli do rangi ministrów. Rządzenie to nie jest trwanie na stanowiskach, ale konkretny zespół działań mających na celu poprawę życia lub w najgorszym wypadku zabezpieczenie obywatelom bezpieczeństwa na obecnym poziomie, tak jak walka z przestępczością to nie jest łagodzenie kar i ściganie ofiar przestępstw za to, że się głośno skarżą (to spotkało rodzinę Olewników).
Wrócą więc emigranci i opowiedzą o tym jak się traktuje ludzi pracy w „zgniłym kapitalizmie”. Z perspektywy emigracji widać najwyrażniej, że realny socjalizm, czyli sowietyzm to niespotykana wręcz pogarda elit dla ludzi pracy. Ponieważ elity w Polsce PRLowskie, to mimo niepodległości ciągle mamy pogardę dla „chmów ze wsi” i „roboli”. Dla odmiany prostytucja nie wyklucza z „towarzystwa”. Można przyprowadzić na party „sponsorowaną studentkę”, za to, jak nam przypomniała afera pani Krawczyk, robota na taśmie w fabryce – to obciach.
Dzisiaj sam mu (powracającemu) nachucham w dłonie tym razem nie z powodu dollarów, które ze sobą przywiezie, ale z powodu doświadczenia jakim się podzieli z rodakami w kraju.



Komentarze
Pokaż komentarze (3)