1 obserwujący
32 notki
33k odsłony
4616 odsłon

Premier Tusk rozbił komisję śledczą

Wykop Skomentuj238

 Ta komisja ma pewne zasługi w zakresie obnażania niemocy różnych organów państwa, zajmujących się aferą Amber Gold. Pod tym względem cenna była np. sesja z b. dyrektorką gdańskiego Urzędu Kontroli Skarbowej, której wyjaśnienia były wręcz komiczne i podsuwały pytanie, jak taka osoba mogła pełnić taką funkcję. Podobnych przesłuchań było zapewne więcej, ale nie wszystkie oglądałem.

Z drugiej strony cieniem na pracach komisji kładło się podporządkowanie większości przesłuchań topornej propagandzie PiS. Dotyczyło to zwłaszcza tych posiedzeń, na których przepytywano byłych i obecnych polityków PO. Rzucało się bowiem w uszy to, że ustalanie prawdy jest dla większości przesłuchujących kwestią drugorzędną. Dzisiaj spuentował to w swoim stylu premier Tusk, twierdząc, że "nie był to najwyższy priorytet" (racząc nas podwójnym kaszubskim "r").

Posłowie PiS i sekundujący im pos. Rzymkowski z Kukiz 15' konsekwentnie stosowali metodę, polegającą na tym, że obok pytań - mniej lub bardziej sensownych - wygłaszali polityczne deklaracje, których głównym celem było poniżenie przesłuchiwanego. W przypadku Donalda Tuska rozszerzono tę taktykę na jego syna. Do pewnego momentu metoda była dość skuteczna, bowiem świadkowie - zwłaszcza ci mniej kumaci - dawali się zastraszać. W efekcie puszczali mimo uszu obraźliwe tezy - często brane z kapelusza - wplatane w treść pytań. Ograniczali się do odpowiedzi "merytorycznych" na tę część oracji członków komisji, po których można było postawić znak zapytania. Dawali się też musztrować i kiedy im przerywano, nie wracali do rozpoczętych wątków.

Z tego co widziałem, po raz pierwszy kosa trafiła na kamień, kiedy świadkiem był min. Rostowski. Ten nie dał się bezkarnie obrażać i odpowiadał na deklamacje śledczych przekrojowo - po całości. Czasem nazywał te oracje "pytaniami" i upierał się, że "ma obowiązek na nie odpowiedzieć", a czasem dopytywał się "w jakim trybie" wygłoszono daną tezę. Nawiasem pisząc, na dzisiejszej sesji sprawę wyjaśnił jeden z ekspertów komisji - wbrew staraniom przewodniczącej, by tę ustną opinię zablokować. Ekspert ów stwierdził, że oświadczenia, które nie mają na celu dokonania jakichkolwiek ustaleń, nie są częścią przesłuchania; dlatego, jeżeli członkowie komisji chcą się takimi oświadczeniami przerzucać, właściwe byłoby zwołanie odrębnego posiedzenia bez udziału świadka. Groteskowa scena, w której Pani Wassermann, Pan Rzymkowski i Pan Kownacki siedzą we własnym towarzystwie, machają pięściami i raczą się coraz gwałtowniejszymi złorzeczeniami, byłaby dobrym finałem dwuletniej serii przedstawień.

Niezależnie od powyższego, "piłka zwrotna", jaką komisja dostała dzisiaj, była mocniejsza od returnu Jacka Rostowskiego, bo były premier kontrował agresywną retorykę komisji jeszcze sprawniej niż były minister. Dla komisji niewypałem okazał się powrót do wątku syna premiera, zatrudnionego przez pewien czas w liniach lotniczych OLT. Po pierwsze, wbrew nadziejom PiS z początku prac ekipy Wassermann, komisja nie była w stanie ustalić żadnych nieprawidłowości, jakie miałyby z tego wynikać. Po drugie, ulegając stałej manierze poniżania przesłuchiwanego, pani przewodnicząca nieostrożnie użyła wobec Michała Tuska sformułowania "słup", co spotkało się z błyskawiczną ripostą, nawiązującą do ostatnich odsłon afery podsłuchowej. - "Słowo <<słup>> pasowałoby do innego premiera" - odparował Tusk.

Przewodnicząca - zupełnie już bez sensu - wysiliła się na złośliwość, łączącą przesłuchanie przed komisją z prezydenckimi ambicjami Tuska; były premier odparował, że przewodnicząca jest "ostatnią osobą, która ma prawo do mówienia o niestosowności wykorzystywania komisji do kampanii prezydenckiej". Do klapy tej kampanii również pan premier nawiązał - jak zwykle, po swojemu - nie wprost, ale tak, żeby wszyscy zrozumieli aluzję.

Pani Wassermann sparzyła się też na desperackim koncepcie wyłączenia Tuskowi mikrofonu i groźbie sięgnięcia po ten środek ponownie. Po komentarzu Tuska, który wyjaśnił absurdalność takich działań, nie wracała już do tematu. Przy innej podobnej okazji, bez słowa pogrążyła się w papierach, unikając kontaktu wzrokowego z przesłuchiwanym i kamerą.

Pod nieobecność Marka Suskiego, o laur największej niemoty wśród pisowskich śledczych ścigali się poseł Kownacki i posłanka Arendt. Ta ostatnia zakończyła swoją serię pytań demaskatorską szarżą, w której dociekała, czy b. premier - po wszystkich zaniedbaniach ws. Amber Gold - ma moralne prawo pouczać kogokolwiek na temat prawidłowego rządzenia. "Nie widzę sensu" - odpowiedział Tusk. Tutaj odezwały się nożyce i - chyba - przewodnicząca próbowała dopytać, kto jest tym głupkiem, który nie zasługuje na pouczenia ze strony b. premiera. Tusk, jak to Tusk - oświadczył, że nie będzie precyzował, pozostawiając tę sprawę domyślności widzów i słuchaczy.

Krótko pisząc, dwa lata pracy PiS poszło na marne. Jest całkiem prawdopodobne, że ta komisja mogła postawić niektórych polityków PO w kłopotliwej sytuacji. Jednakże nieszczęśliwe metody śledcze - polegające na mieszaniu pytań o przebieg wydarzeń z gorączką wiecową - prawie zupełnie ten cel zniweczyły.


PS. Jestem wdzięczny Redakcji za ekspozycję mojej notki, ale drugie zdanie zajawki - o "widelcu" i "szansie" - nie pochodzi ode mnie.


Wykop Skomentuj238
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Polityka