Zauważyłem, że wielu ludzi nie rozumie podstawowych praw przyrody, takich jak prawa reprodukcji. Ale jakiś wstęp się należy, więc tytułem wstępu przypomnę o (znanym) błędzie, jaki popełniają (z pełną świadomością) naukowcy, kiedy używają słowa "prawo". Ileż już razy pisałem o tym błędzie... pani od polskiego nie lubiła wypracowań ze "standardowymi" wstępami, ale tutaj, pro publico bono, mogę się powtarzać. Naukowcy nie opisują praw - prawa są opisywane przez prawników. Naukowcy opisują naturalne procesy, którymi nie rządzą żadne prawa, ponieważ przebiegają one naturalnie. Naukowcy oczywiście doskonale rozumieją ten błąd nauki, ale nie znaleźli jeszcze słowa, które mogłoby zastąpić słowo "prawo" w opisach naturalnych procesów. Np. "zasada" też kojarzy się z zasadami wprowadzanymi przez człowieka. Nawet "prawidłowość" jest niezręczna, bo jest przeciwieństwem "nieprawidłowości", więc sformułowanie "obserwowane prawidłowości" - ulubione przez filozofów nauki - sugeruje, że natura może też działać nieprawidłowo, a to jest tylko fałszywa subiektywna ocena. Nieprawidłowości biorą się tylko z zakłócania procesów przez podmiot zakłócający... i nie dotyczą "praw" (fizyki) uniwersalnych.
Mamy więc naturalne procesy reprodukcyjne, dobrze (choć niezręcznie) opisane przez naukę. Wiemy, jak działają instynkty napędzające te procesy. W odniesieniu do człowieka (i wielu innych ssaków... a także niessaków) rozumiemy to, co obserwujemy:
Im bezpieczniej i bardziej zamożniej czują się rodzice, tym mniej dzieci płodzą i rodzą.
Dlaczego tak jest? To już wyjaśniałem nie raz, ale widać, że warto powtórzyć. Otóż dlatego, że bezpieczeństwo i zamożność pozwalają skutecznie troszczyć się o dzieci, aby były one bezpieczne i mogły się szybko i zdrowo rozwijać. Im masz mniej dzieci, tym więcej czasu i zasobów możesz zainwestować w rozwój każdego dziecka. Im więcej zainwestujesz w dziecko, tym bardziej atrakcyjnym kochankiem i narzeczonym będzie, gdy dorośnie - tym większa szansa, że będzie miało atrakcyjne wnuki i prawnuki, itd. W takich warunkach włącza się instynkt inwestowania w dzieci, a wyłącza się instynkt mnożenia.
Kiedy ludzie czują się biedni (nie stać ich na inwestowanie) i zagrożeni przez różne niebezpieczeństwa, wtedy instynkty każą im płodzić i rodzić wielką liczbę dzieci. Im więcej dzieci, tym większa szansa, że któreś z nich przeżyje, mimo braku opieki, i będzie miało dzieci. W takich warunkach włącza się instynkt mnożenia dzieci, a wyłącza się instynkt inwestowania.
Oczywiście, istnieją mieszane strategie pośrednie, tak jak oczywiste jest, że nauka nie jest w stanie opisać całej różnorodności procesów naturalnych. Powyższe dwie skrajne strategie pozwalają zrozumieć tylko niektóre aspekty reprodukcyjnych strategii genów.
Kiedy kraj biedny i pełen niebezpieczeństw przemienia się w kraj bezpieczny i bogaty, wtedy zmniejsza się liczba urodzeń. Tak właśnie zmieniła się Polska w roku 1990. Przedtem była krajem biednym i nieszczęśliwym, potem stała się krajem szczęśliwym i bogatym... i ludzie to poczuli, i wyłączył się instynkt mnożenia, i zaczął działać instynkt inwestowania...
Jeżeli ktoś narzeka szczerze w stylu: "w takim kraju kto by chciał mieszkać i mieć dzieci", to pokazuje, że nie rozumie procesów reprodukcyjnych. Kraje szczęśliwe i bogate, takie, w których każdy chciałby mieszkać, mają małą liczbę dzieci... starannie zaopiekowanych.


Komentarze
Pokaż komentarze (3)