doku doku
44
BLOG

Edukacji seksualnej ciąg dalszy

doku doku Rozmaitości Obserwuj notkę 2

Pisałem wcześniej notki o edukacji seksualnej w ramach lekcji biologii, gdyż zagadnienia dotyczące rozmnażania są naturalnie częścią nauk biologicznych. Przykładem jest np. temat: "Metody regulacji płodności w przyrodzie - antykoncepcja, resorpcja, aborcja i inne ciekawostki". Oczywiście, uczciwy nauczyciel na takiej lekcji nie pominie opisu metod stosowanych przez ludzi. Innym przykładem są epidemie (chorób wenerycznych) - to też jest biologia. Wydzielanie edukacji seksualnej, jako osobnego przedmiotu, traktowałem jak próby wprowadzenia do szkół jakichś niejasnych praktycznych ćwiczeń seksualnych.

I nagle skojarzyłem coś, co nie jest z biologii. Zauważyłem, jak trudno jest komentować tematykę seksualną. Cenzor niemal szaleje. Dziennikarze tracą samokontrolę. Uświadomiłem sobie, że problem jest zupełnie innego rodzaju. Kluczem do zrozumienia tego całego zamieszania wokół edukacji seksualnej jest słowo: "intymność".

To intymność sprawia, że ludzie niechętnie rozmawiają na niektóre tematy... nie tylko na temat seksu. Uświadomiłem sobie, że takim samym problemem, jak edukacja seksualna, jest edukacja koprologiczna. Ludzie wstydzą się mówić np. o tym, w jaki sposób zdrowo robić kupę. Ale jest różnica między seksem a wypróżnianiem. Rozmowy z dziećmi na temat kupy nie są tak trudne, jak rozmowy na temat seksu. Siła intymności seksu jest o wiele większa niż wypróżniania.

Użycie tego klucza (intymności) sprawie, że od razu staje się jasna jedna z przyczyn dążenia do wprowadzania edukacji seksualnej do szkół. Nie wiem jeszcze (bo to świeże dla mnie spojrzenie), czy jest to przyczyna najważniejsza, ale z pewnością jest teraz najklarowniejsza. Przyczyną jest naturalna niechęć rodziców do prowadzenia tak intymnych rozmów z dziećmi. Skoro szkoła wyręcza rodziców w nauczaniu dzieci fizyki, geografii i innych trudnych przedmiotów, to niech wyręczy ich w edukacji seksualnej - "niech nauczyciel się męczy, dla mnie to za trudne". Dlaczego nauczyciele się bronią? Bo dla nich to jest jeszcze trudniejsze, bowiem z bliskimi łatwiej się rozmawia na tematy intymne, niż z obcymi dziećmi. Nauczyciel biologii, który musiałby dzieciom wyjaśniać, dlaczego niektóre ludy wycinają dziewczynkom łechtaczki, powinien mieć dwa razy wyższą pensję niż zwykły nauczyciel.

Z tej perspektywy problem z edukacją seksualną wydaje się czymś w rodzaju pytania: Jak oswoić sią z tematyką intymną, aby pokonać skrępowanie i zacząć mówić z sensem i z przyjemnością - z tą samą przyjemnością, którą daje nauczycielowi dzielenie się wiedzą? Jak pokonać paraliżujące tabu intymności?

Z pozoru wydaje się, że odpowiedzią jest biologia. Wystarczy nauczyć się żargonu naukowego i udawać, że mówimy o nauce, a nie sprawach intymnych... Otóż to nie pomoże - okłamywanie siebie nie działa, jako metoda rozwiązywania problemów. Po drugie, stwarza to dodatkowe problemy z wyjaśnianiem, co taki termin naukowy znaczy. Naucz dzieciaków w klasie mówić "klitoris", kiedy one już nauczyły się od starszych dzieciaków mówić "łechtaczka" lub "kuciapka"... wyjdzie z tego tylko dodatkowy obciach. 

Ale wróćmy do podstaw. Zadajmy sobie pytanie: Czy rodzice mają prawo przerzucać na szkołę edukowanie w sprawach tak intymnych, jak seks? Czy to jest w ogóle słuszna idea? Uczyć obcych spraw intymnych?

W szkołach prywatnych to można jakoś załatwić: "Płacę i wymagam!" Trzy razy większa pensja dla nauczycieli edukacji seksualnej powinna rozwiązać problem. Taki ojciec poklepie nauczyciela po plecach ze słowami: "rozumiesz stary, dla mnie to krępujące, ale ty sobie poradzisz...  w końcu dobrze ci płacimy".

Ale jak to zrobić w szkołach publicznych? Jeżeli na podstawowe pytanie: "czy rodzice mają prawo przerzucać na szkołę obowiązek edukacji seksualnej?" - odpowiemy: "tak" - to moim zdaniem powinno się to odbywać na lekcjach polskiego, jako nauka poprawnego mówienia o sprawach intymnych.

doku
O mnie doku

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (2)

Inne tematy w dziale Rozmaitości