130 obserwujących
53 notki
307k odsłon
  161   0

Rozdział Trzynasty c.d.

    Czułno nie słuchał już tego, co i tak przestał wcześniej rozumieć. Ważne było, że siedział z nimi, siedział z Returnem, uczestniczył w ich filozoficznej debacie. Wiedział już, że wybrał dobrze. Teraz tylko powinien podejść do Kingi, pokazać jej i tym dupkom, którzy z nią byli, że jest znowu w grze – i to na dużo wyższym poziomie. –Strasznie przepraszam – wdarł się w chwilę przerwy, kiedy Return zaciągał się papierosem, a Struś zbierał myśli, aby coś odpowiedzieć – na sekundę muszę przywitać się ze znajomymi i zaraz wracam. Przez ten czas pogadajcie o czymś nieważnym. Nie chciałbym stracić niczego z waszej debaty.
To zaproś ich do nas. Przecież możemy porozmawiać razem – rzucił wspaniałomyślnie Return.
To nie będzie potrzebne. Wracam za moment – Czułno poderwał się. – Co słychać? – zagadnął, nachylając nad uśmiechającą się do niego całym ciałem Kingą.
O, wielki lustrator się pojawił! – zaintonował Igor. – Powiedz, jak dokonałeś tego piruetu? Wielki inkwizytor staje się gwiazdą „Słowa”?!
Nie nudź. Sio! – Rzucił nieuważnie w jego kierunku Czułno, wykonując palcami gest strzepywania pyłu z ramienia. Długo czekał na ten moment. Potem odwrócił się do Kingi. – Dawno nie rozmawialiśmy. Chciałbym dowiedzieć się, co porabiasz.
To samo, ale ty? Wszyscy są zaskoczeni. To nie znaczy, że nie zasługiwałeś... – Kinga zmieszała się – ale te zbiegi okoliczności... I... Pełne uznanie. Czołówka „Słowa”...
Może byś dosiadła się do nas – zaproponował Czułno, ostentacyjnie ignorując pozostałych. Igor dogadywał coś bez przekonania.
Chyba nie będę mogła – odpowiedziała, nieznacznym ruchem głowy obejmując zebranych. Po kilku sekundach milczenia dodała: – Może na moment. Za chwilę.
No to czekam – rzucił zwycięsko Czułno. – Na razie – nieuważnie dodał w kierunku pozostałych.
Ten kult przelanej bezsensownie krwi jest więcej niż niebezpieczny – usłyszał, siadając przy stoliku przed nowym piwem, którego nie zamawiał. Dopiero po chwili zorientował się, że rozmowa dotyczy Muzeum Powstania Warszawskiego, które prawicowe władze Warszawy miały otworzyć za parę dni. W sześćdziesiątą rocznicę wybuchu powstania. Obaj rozmówcy zgadzali się, że ma to służyć politycznym celom prezydenta stolicy, co samo w sobie było już naganne. Problem był jednak głębszy. Kult ofiar powstania miał być fundamentem pod budowę nowego nacjonalizmu.
Ale przecież tym ludziom należy się pamięć? – rzucił Czułno, zaskakując samego siebie.
Słyszysz? – Return zwrócił się do Strusia, który ze smutkiem pokiwał głową nad do połowy opróżnionym kuflem. – Tak będą myśleć zwykli, o przepraszam, nie chciałem urazić – Czułno machnął wyrozumiale ręką – ale chodziło mi szeroki krąg ludzi, którzy reagują emocjonalnie. Dlatego łatwo zagrać na nich. Kult bezsensownego powstania, w którym zginęło miasto i jego mieszkańcy uczy, że trzeba ludzkie istnienie poświęcać dla wyższych celów, narodu, abstrakcyjnego honoru, wielkości. W efekcie przestaje się liczyć ludzka osoba, która powinna być najważniejsza...
Jestem – Kinga stała w pozie zawstydzonej pensjonarki. W trakcie ceremonii prezentacji, Struś i Return z uznaniem pokiwali głowami w kierunku Czułny. Za moment, po nieśmiałej interwencji Kingi, przy stoliku pojawiła się reszta jej towarzystwa. Chcieli przedstawić się i wyrazić swoje uznanie. Akt ten wyrozumiale przyjął nawet Czułno. W końcu znajdował się w towarzystwie, o kontakt z którym zabiegała grupka Kingi. Zresztą zdążył już umówić się z nią na następny dzień. Spojrzał obojętnie na Igora, który odpowiedział mu pojednawczym uśmiechem.

     W ten dzień miasto obudziło się inaczej. Światło słońca spowijało mury jak dym. Ulice przebiegali zaaferowani młodzi ludzie. Starsi, którzy mogliby być rodzicami ich rodziców, przebrani w stroje sprzed sześćdziesięciu lat, nie prowokowali do zwyczajnych żartów. Ich zwykle nieobecne twarze przeglądały się w twarzach wnuków. Spojrzenia wysupływały się z sieci zmarszczek i prowadziły przez labirynt czasu. Prześwietlone słońcem domy traciły konsystencję, były tylko widmem, które osłaniało miasto walki, miasto krwi, miasto śmierci, ocean ruin. Z trotuarów, jezdni, parków i domów wyrastało inne miasto i żyło obok. Umarli byli równie żywi. To w ich poświęceniu zakorzenione było miasto. Ich oddech ożywiał ulice. Ich historia opowiadana raz jeszcze, żyła ponownie, chociaż oni ginęli w niej, zagłębiali się w ziemię, roztapiali, aby mogło wyrosnąć z nich nowe miasto.
    Syreny wyły i samochody zatrzymywały się. Ludzie zbierali się wokół trybun, z których mówiono do nich o sprawach, o jakich odwykli słuchać. Pamięć ożywała w najmniej oczekiwanych miejscach. Zespół rockowy, którego nazwa była zbitką imion ideologicznego awanturnika z antypodów i legendarnego mędrca chińskiego, nagrał płytę, wcielając się w swoich rówieśników walczących w tym mieście sześćdziesiąt lat wcześniej. Muzycy prowadzili za sobą słuchaczy. Pozwalali im przeżyć tamten gniew, heroizm, rozpacz, ból.
    Nierealna Warszawa, bezkształtne miasto niepewnych wieżowców, przypadkowych kawiarni i ulic, które nie prowadzą donikąd, rozpływała się w świetle dnia. Odsłaniała prawdziwe miasto sprzed sześćdziesięciu lat i wcześniej, ulice czasu, nasiona budowli, które rozrywały skorupę bruku. Tamten ogień pozwalał miastu żyć. Stolica odradzała się.
    Godzinami chodzili, nie wybierając drogi ani nie zastanawiając się, w jakim kierunku zdążają. Ulice niosły ich, ale Kinga uchwyciła się jego ręki, jakby to on miał ją prowadzić. Z kawiarni na Żurawiej, gdzie spotkali się przed południem, Alejami Jerozolimskimi ruszyli na Plac Zawiszy, aby Towarową zdążyć na uroczystości inauguracji Muzeum Powstania Warszawskiego. Nie umawiali się, ale kierunek wydawał się tak oczywisty, jak naturalna była tam ich obecność. Wzruszeni przechodnie rozpoznawali się. Znali się od zawsze. Warszawa żyła. Wszystko było proste jak przelotne pocałunki, które zostawiał na jej włosach, policzkach, ustach i które oddawała mu. Stali wraz z innymi zatrzymani wyciem klaksonów w ulicznym ruchu, który zastygł na ten moment. Byli nie tylko sobą. Ktoś prowadził ich myśli, pozwalał odnajdywać się w mieście przed sześćdziesięciu laty, tak jak dziś prowadził ich kroki po świątecznej stolicy. Zmęczeni odkryli, że znajdują się pod bramą domu, w którym mieszkał. Weszli do środka, jakby to było uzgodnione od zawsze. Tylko na moment Kinga oderwała się od niego i popatrzyła mu w oczy. Przez ażurowe firanki pajęczyna światła oplatała pokój.
    Miasto parowało w niebo ostatnimi oddechami ustępującego dnia. Za oknem na czarnych cieniach drzew rozpinało się ciemno seledynowe niebo. Oderwali się od siebie po nieokreślonym czasie. Kiedy upadli na łóżko, było jeszcze zupełnie jasno. Teraz następowała noc. Czułno miał wrażenie, że zupełnie przypadkowo znaleźli się pod jego bramą i właściwie bez żadnych planów przekroczyli drzwi jego mieszkania, chociaż spotkanie z Kingą zaplanował tak, aby wreszcie zaprowadzić ją do łóżka. Stało się to jednak zupełnie inaczej, niż mógł sobie wyobrazić. Może była to aura czasu, którą chłonęli, chodząc godzinami po mieście. Teraz ich nagie, spocone ciała uspokajały się powoli. Koniuszkami palców wprawiał w drżenie skórę dziewczyny.
Taki niezwykły dzień – powiedziała, przytulając się do niego. Poczuł nieoczekiwane wzruszenie. Musiał jeszcze biec do redakcji, choć tak chciałby z nią zostać. Ale ona rozumiała. Taksówką podrzucił ją do przystanku metra.
Widziałeś te tandetne egzaltacje? – przywitał go Szmaja, odrywając się od wyraźnie podnieconej grupki w newsroomie „Słowa”. W ostrym świetle zaaferowane postacie mrowiły się w zamkniętej przestrzeni.
Dlaczego tak mówisz? – Czułnę wypełniał jeszcze podniosły nastrój. – To niesprawiedliwe. Ludzie przeżywają to. To... to wzruszające...
    Zorientował się, że koledzy redakcyjni zbliżają się, otaczają ich i patrzą na niego wymieniając porozumiewawcze uśmiechy.
Właśnie! Łatwe wzruszenia – wykrzywił się Szmaja, spoglądając w kierunku stojących wokoło, aby usłyszeć potakujące pomruki.
Dlaczego łatwe? Po prostu wzruszenia – Czułno nie dawał za wygraną.
Kicz – Szmaja wyglądał na nieco zakłopotanego. Rozejrzał się wokoło, jakby zebrani mieli podsunąć mu dodatkowe słowa, ale oni chichotali tylko. – Kicz, kicz – powtarzali odwracając się w kierunku osoby, przed którą rozstąpili się. Do Czułny zbliżył się z uśmiechem Return.
Staszku, właśnie dlatego to takie niebezpieczne, że eksploatuje wzruszenia. Sześćdziesiąt lat temu, wbrew zdrowemu rozsądkowi, wywołano powstanie, które zniszczyło miasto i doprowadziło do śmierci setek tysięcy ludzi. Wykorzystano naiwność i idealizm tych młodych ludzi, dzieci często. Wmawiano im, że należy się poświęcić. I poświęcili się. Bez sensu. Świętowanie tego to celebrowanie pustego gestu, który uznać można za zbrodnię. Który prowadzi do zbrodni.
    Teraz Czułno nie potrafił znaleźć odpowiedzi. Stał w kręgu żarcików i chichotów wśród rozbawionych twarzy i czuł jak spływa z niego aura minionego dnia, oddalają się wzruszenia, które sam przestawał rozumieć. Wiedział jednak, że nie powinien się poddawać, choć nie do końca zdawał sobie sprawę dlaczego.
Ale przecież tym ludziom, tym młodym ludziom, którzy ginęli za wspólną sprawę, przecież coś się im należy...
    Return pokiwał wyrozumiale głową. Zanim jednak wygłosił poprzedzoną szerokim gestem kwestię, świadkowie odsunęli się, robiąc miejsce Bogatyrowiczowi, wyłaniającemu się nagle z ironicznym śmiechem na twarzy.
Staszkowi zdaje się, że tym chłopcom i dziewczętom należy się narodowa celebra, że to uspokoi ich umęczone dusze. Otóż, Staszku – z teatralnym gestem Bogatyrowicz zwrócił się dopiero teraz bezpośrednio do niego, ale mówił coraz poważniej, a twarz tężała mu powoli – dla nich nie ma to już najmniejszego znaczenia. I to bez względu na to czy wierzymy w życie pozagrobowe, czy nie. Natomiast bez względu na to czy w nie wierzymy, oni chcieli żyć. A to życie im zabrano. Bez najmniejszego uzasadnienia. I zrobili to ludzie, którzy mieli być ich przywódcami, a więc i opiekunami. A teraz ta cała celebra jest nie po to, aby pomóc tym, którym pomóc już nie można. Ona jest po to, aby budować irracjonalną wspólnotę, aby poprzez wzruszenie, które tak łatwo obudzić w przyzwoitych duszach, jak w twojej na przykład, aby przez to wzruszenie kreować poczucie jedności. Kult ofiar, kult gestu, gotowość, aby dla abstrakcji poświęcać siebie i innych. Pogarda dla konkretnego życia. Rozumiesz? Tak rodzi się nacjonalizm. Tak rodzi się poczcie wspólnoty losu, nacjonalizm z całą grozą, którą niesie ze sobą.
    Chichoty ucichły. Otaczający ich nabrali powagi. Atmosfera dnia rozpuściła się w sztucznym świetle klimatyzowanego newsroomu „Słowa”. Czułno przestał rozumieć swoje uprzednie wzruszenia. Nie miał nic do powiedzenia.
A poza tym – Bogatyrowicz rozejrzał się po obecnych i nagle roześmiał się szeroko – jak mogłeś zatracić elementarne poczucie smaku i nabrać się na ten patriotyczny kicz? Dałeś porwać się tym tandetnym egzaltacjom... Staszku, gdzie twój gust?
    Fala śmiechu przetoczyła się przez newsroom i zagarnęła Czułnę.

 

                                                             Koniec rozdziału trzynastego

Lubię to! Skomentuj13 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale