Minister spraw zagranicznych Radek Sikorski przedstawił niedawno Sejmowi coroczną informację na temat polskiej polityki zagranicznej. Nie oglądałem, ale postanowiłem sięgnąć do stenogramu, bo łatwiej wtedy dotrzeć do sensu prezentowanych wywodów (lub jego braku), no i unika się widoku grymasów ministra.
Już na samym początku mocny akcent: „Międzynarodowa pozycja Polski jest dobra.” Super. Chciałoby się dodać: „Byczo jest!”. A dlaczego jest byczo? Bo daliśmy sobie spokój z mrzonkami o samodzielnej polityce zagranicznej, na które traciła czas poprzednia ekipa i płyniemy z głównym nurtem polityki europejskiej. Polityka jest bowiem „sztuką łączenia pożądanego z możliwym”. Radykalnie obniżyliśmy więc poziom naszych oczekiwań i proszę – to, czego chcemy, okazuje się możliwe. Co jeszcze pływa z głównym nurtem różnych cieków wodnych, minister nie wspomniał.
Ze słów ministra wnioskuję, iż po dokonaniu postulowanej przez siebie „realistycznej oceny naszych zasobów” doszedł on do wniosku, że Polska nie ma szans na realizację swoich interesów na arenie międzynarodowej. Jedyne, co możemy zrobić, to dążyć do pozostania „w nurcie ściślejszej integracji gospodarczej, finansowej i politycznej” z krajami UE. W przeciwnym razie „staniemy gdzieś z boku, zaprzepaszczając szansę na szybszy rozwój i wpływ na kształt polityk unijnych”. Musimy więc zgadzać się na traktat fiskalny, unię bankową, euro i co tam jeszcze wymyślą w Brukseli, bo zyskamy w ten sposób szansę na pokój i będziemy mogli krok po kroku modernizować państwo.
Teza jak teza, można o niej dyskutować, ale silnych argumentów na jej poparcie w informacji ministra nie znalazłem. Twierdzi Sikorski, że „wspólna waluta to także odebranie politykom prawa do nieodpowiedzialności i możliwości psucia pieniądza”. Ja twierdzę, że przeciwnie – nad politykami w Warszawie mamy jaką taką kontrolę, a psuciu euro w Brukseli czy Frankfurcie będziemy mogli się tylko przyglądać. Utracimy też ważne instrumenty polityki monetarnej.
Inne stwierdzenie: „Przystąpienie do strefy euro leży w strategicznym interesie Polski”. Czyli nam się opłaci? Tak jak Grekom? Tak jak Włochom i Hiszpanom? Wygląda to trochę tak, jakby rząd z uporem chciał nas położyć do łóżka chorego.
I skąd pewność, że głęboka integracja wzmocni pozycję Polski w Unii i na świecie? Zdaniem ministra mamy szansę wejść do najściślejszego grona decyzyjnego Unii i w pewnym sensie zastąpić coraz bardziej eurosceptyczną Wielką Brytanię. A przecież wydaje się oczywiste – i minister powinien takie rzeczy rozumieć – że w Unii liczą się z głosem Wielkiej Brytanii dlatego, że Wielka Brytania jest potęgą gospodarczą i polityczną. I że aby zastąpić Zjednoczone Królestwo w kierowniczych gremiach Unii, Polska musiałaby też znacząco się wzmocnić, przede wszystkim gospodarczo. Dopiero wtedy moglibyśmy roić sobie o zastąpieniu wyspiarzy w gronie unijnych decydentów. Obecnie możemy liczyć co najwyżej na rolę figuranta.
Kuriozalne wydają się rzymskie analogie ministra Sikorskiego. Jeśli ktoś prezentuje alternatywę – cives Romani albo foederati, to tym samym stawia Polaków w roli Gallów Vercyngetoryxa i do diabła z taką alternatywą.
Sikorski nie wyszedł w informacji poza swoją starą retorykę, przeciwstawiającą obecną, rzekomo realistyczną politykę zagraniczną polityce prowadzonej przez PiS i Lecha Kaczyńskiego. Używa sprawdzonych klisz: „straceńczy optymizm”, „chcieć to móc”, „niewykonalne zadania”, „zmuszał do rozdzierania szat”. Może to i efektowne, ale nie wyjaśnia, dlaczego obecna polityka akceptowania wszystkiego, co nam zaproponują w Berlinie i Brukseli, jest jedyną możliwą.
Relacjom z Chinami poświęcił minister Sikorski zaledwie kilka zdań. Mamy podobno z Pekinem partnerstwo strategiczne, ale konia z rzędem temu, kto wyjaśni, co to oznacza w praktyce i jaką mamy z tego korzyść.
Nie uniknął minister Sikorski zupełnie kuriozalnych odjazdów od rzeczywistości, jak choćby deklarując, iż „stanowczo i skutecznie reagujemy” na próby fałszowania historii. Na temat Polaków na Wschodzie padło bodaj jedno zdanie, choć można by i trzeba powiedzieć dużo więcej, chociażby o tym, jak się rozdziela pieniądze na wsparcie polskich organizacji na Wschodzie.
Padło też z ust ministra Rzeczypospolitej zdanie jak cios po pysku: „Polski jest najczęściej używanym językiem obcym w Anglii i Walii”. Sikorski, zapewne nieświadomie, posumował w ten sposób nie tyle politykę zagraniczną, co cały dorobek III RP.


Komentarze
Pokaż komentarze (1)