Gowin w końcu się doigrał. Warto się zastanowić, dlaczego dopiero teraz. Wszak były już minister sprawiedliwości nie zmienił się w przeciągu ostatnich kilkunastu miesięcy, podczas których regularnie przyprawiał premiera o zasłużony ból głowy. Wystarczy przypomnieć, co mówił Gowin przed głosowaniem w sprawie in vitro. Być może odstrzelenie Gowina akurat w miniony poniedziałek miało na celu przykrycie kompromitacji sądów III RP w sprawie Beaty Sawickiej, co niewątpliwie w dużej mierze się udało. Uważam jednak, iż jest dla Tuska dodatkowa korzyść i że egzekucję Gowina planował od dawna. Najpierw liczył, że konserwatysta z Krakowa wyłoży się na trudnym resorcie i polegnie w starciu z prawniczymi korporacjami. Okazało się, że jakimś cudem Gowin przetrwał i powoli, ale konsekwentnie i z uporem wprowadzał w życie zmiany, które mogły zostać ocenione przez opinię publiczną jako zmiany na lepsze. Do tego ośmielał się wchodzić publicznie w spory z premierem, który przecież został dotknięty przez Boga geniuszem. Dlatego zapadła decyzja, że do kancelarii premiera należy dostarczyć głowę Gowina, co w dniu wczorajszym uczyniono. A dlaczego właśnie w miniony poniedziałek? Stawiam tezę, że właśnie wtedy otoczenie Donalda Tuska uzyskało potwierdzenie, że na poły mityczni konserwatyści, którym rzekomo lideruje Gowin, nie są na tyle liczni ani na tyle zdeterminowani, by odejść z Platformy. Zapewne miały miejsce jakieś poufne rozmowy, kogoś pewnie nastraszono, komuś coś obiecano i okazało się, że Gowin jest na polu bitwy sam albo co najwyżej samotrzeć.
Następcą Jarosława Gowina na fotelu ministra sprawiedliwości będzie Marek Biernacki, podobno również polityk o poglądach konserwatywnych. Jak wiadomo, oficjalną przyczyną odwołania Gowina była niechęć pana premiera do komentowania czy tłumaczenia się raz na tydzień z działań Gowina. W opinii Donalda Tuska resort sprawiedliwości nie jest miejscem do tworzenia „sytuacji politycznych kłopotliwych dla całego rządu i dla premiera”. Należy domniemywać, iż Biernacki w odróżnieniu od Gowina nie będzie stawiał pana premiera przed koniecznością tłumaczenia się za jego, ministra, działania i nie będzie stwarzał żadnych kłopotliwych dla szefa rządu sytuacji. Będzie więc takim samym konserwatystą, jak Gowin, tylko bezobjawowym. Będzie tak samo jak Gowin reformował wymiar sprawiedliwości, tylko tak, aby nikomu się nie narazić i nic nie zmienić. Przypomniał mi się pewien biskup sprzed wieków, który powiadał: „Wierz sobie i w kozła, bylebyś dziesięcinę płacił.” Nowy szef resortu sprawiedliwości może sobie być konserwatystą (albo komunistą, trockistą, nihilistą, animistą, daltonistą), byleby zapominał o tym przekraczając próg ministerstwa. I byleby nie robił nic, co mogłoby zakłócić święty spokój rady ministrów, a szczególnie święty spokój pana premiera.


Komentarze
Pokaż komentarze