Wprawdzie bardzo rzadko zdarza mi się czytać notatki innych blogerów, tym niemniej niekiedy zerkam jednak na stronę główną Salonu. Bywa wtedy czasem tak, że coś interesującego moje rozbiegane oko tam zobaczy. Jeżeli jeszcze okazuje się, że treść mieści się w kilku niedługich akapitach, istnieje cień szansy, że przynajmniej pobieżnie i po tak zwanych łebkach notatkę taką przeczytam.
W ten sposób, zachęcony wysoką pozycją i względnie małą ilością znaków, trafiłem dzisiaj na „
Moją propozycję rocznicową” niejakiego
Chevaliera. Człowieka, który z pewnością jest niezłym jajcarzem, bo sam siebie nazywa konserwatywno-liberalnym socjalistą. Lubiąc dobrą zabawę tym chętniej zagłębiłem się w lekturze, choć nie oksymorony będą mojego dzisiejszego wpisu tematem.
W każdym razie, gdy już otrząsnąłem się po krótkim aczkolwiek nerwowym śmiechu i przeszedłem do tak zwanego meritum, okazało się, że niestety, ale już sama notatka tak bardzo żartem nie ocieka. Postanowiłem jednak mimo wszystko dobrnąć do jej końca i przyłączyć się do dyskusji na poruszany tam temat rocznicy czwartego czerwca. W końcu całkiem dowcipnie jednak w końcu kawaler swe propozycje opisał.
Nie będę wnikał zbytnio w jego rozważania ani ich oceniał, a tylko napiszę, że szczerze doceniam ciętą puentę autora. Stwierdzenie „Mniemam, że Rybitzky oraz wielu prawicowych blogerów podzieli mój pogląd, że 22 grudnia 1990 roku[początek prezydentury Wałęsy] to data wprost znakomita dla świętowania rocznicy upadku komunizmu w naszym kraju”, dowodzi, że nie tylko poczucie humoru, ale również umiejętność celnego punktowania oponentów Chevalier opanował znakomicie.
To trochę tak, jak gdyby ktoś inny stwierdził, że rocznicę objęcia władzy w Polsce przez koalicję partii Niesiołowskiego i Kłopotka powinniśmy obchodzić nie w dzień desygnowania Donalda Tuska na premiera, a 16 sierpnia, gdy również w 2007 roku tak symbolicznie i proroczo (nad losem swoim wprawdzie bardziej niż Polski) posłanka Sawicka zaczęła
szlochać. Albo, że rocznica obrad Okrągłego Stołu powinna przypadać
19 października, w dzień urodzin Wielkiego Architekta
Kiszczaka.
Jakkolwiek nie patrzeć, Chevalier spisał się całkiem nieźle i potwierdził, że nie jest ponurakiem. Ja pomyślałem jednak, że lepiej przedyskutować nie datę, a jakieś stałe miejsce obchodzenia tak świetnej rocznicy. W końcu z Gdańskiem i Krakowem ciągle są jakieś kłopoty.
Tak bujając w obłokach przypomniałem sobie o niekwestionowanym sukcesie naszej odrodzonej po fotygowej smucie dyplomacji i
wizytę premiera Tuska z małżonką w Republice Peru.
W sumie, dlaczego się ograniczać?
Czy szczyt
Machu Picchu nie byłby godnym miejscem obchodów rocznicy czwartego czerwca 1989 roku? W dobie telewizji satelitarnej to przecież żaden kłopot. Również ryzyko, że niewdzięczni stoczniowcy przypłyną tam psuć radosną atmosferę Ostatnim Pływającym Statkiem Własnej Produkcji są nikłe. Wygląda po prostu na to, że naprawdę mogłoby być tam pięknie.
Proszę sobie wyobrazić.
Tam, na wysokości.
Ręka w rękę.
Premier z Lechem Wałęsą i ubrane w łowickie stroje, jako znak pojednania ponad podziałami, Joanna Senyszyn i Iwona Śledzińska-Katarasińska w uścisku objęte...
A niżej zebrani tłumnie...
Przebrani w robotnicze waciaki, gumiaki i plastikowe kaski...
Indianie peruwiańscy…
Przy dźwiękach
fletni pana śpiewają Odę do Radości.
Komentarze
Pokaż komentarze (8)