Ojej, ale się zdziwiłem. Właśnie przeczytałem na stronach "Gazety Wyborczej", że Unijna Komisarz do Spraw Polityki Regionalnej Danuta Hübner w wyborach do Parlamentu Europejskiego najprawdopodobniej wystartuje nie z listy lewicy nominalnej, z którą była dotąd związana, ale (Uwaga, totalne zaskoczenie!) z list prawicy medialnej, czyli PO.
Oczywiście sprawa nie jest jeszcze przesądzona, bo na razie Pani Komisarz tylko rozmawia z premierem, który w natłoku zajęć znalazł dla niej minutkę i w związku z tym jest zaszczycona, tym niemniej możemy chyba być dobrej myśli.
Wprawdzie Pani Danuta z Niska nad Sanem nie ukrywa, że interesuje ją start z najbardziej prestiżowej, warszawskiej listy PO, a tam mile widziany jest też inny warszawiak od pokoleń, niejaki Buzek, to jednak na pewno dojdą jakoś do porozumienia.
W końcu nie od dziś znane są konsolidacyjne zdolności Donalda premiera i trudno przypuszczać, by z nadmiaru tak zwanych lokomotyw wyborczych serdeczna inicjatywa unijnej komisarki mogłaby zostać odrzucona.
Trudno zresztą wyobrazić sobie, by ktokolwiek mógł sam zrezygnować ze znanej i lubianej Pani Danuty, której naturalne ciepło, serdeczność i europejskość stuprocentowa gwarantują, że pójdzie za nią jak w dym młodzież inteligencka i postępowa.
Nie ma jednak nic za darmo. Oznacza to równocześnie, że poszkodowana będzie lewica nieplatformiana. Tym samym jej przywódcy mogą mieć uzasadnione pretensje, że wyrosła na ich piersi córka niesłusznie zapomnianego Ryszarda Młynarskiego woli pewny kącik w Platformie niż ryzykowny, ale lojalny przecież start z list którejś z mutacji SLD, to jednak mimo wszystko powinni dać sobie na wstrzymanie.
Najważniejszy jest bowiem interes ponadnarodowy, a jego drobnym gwarantem jest doświadczona w jego realizowaniu Danuta Hübnerowa.
Sądzę, że każdy proletariusz powinien to rozumieć i odpuścić sobie ewentualne próby zniechęcenia jej do premiera Tuska i jego miłosnej czeladki. Nie tędy towarzysze drog! Chyba czas już najwyższy przyjąć do wiadomości, że nie poprzez SLD, ale właśnie Platformę realizowany polski wkład w to, co Marks i Engels zwykli pieknymi słowami nazywać tak dźwięcznie: konieczność dziejowa.
Komentarze
Pokaż komentarze (3)