6 obserwujących
70 notek
23k odsłony
144 odsłony

Dla blogera kelkeszoz – spotkać Francuza

Wykop Skomentuj


Zdarzyło się to dawno temu w pociągu InterCity, relacji Warszawa Centralna – Łódź Fabryczna, połączenie przez Koluszki; jakoś tak,w październiku, we wtorek rano... Do Łodzi, przez Koluszki często jeździłem w czasach dłuższych pobytów w Polsce,kiedy pracowałem przy projektach w edukacji zawodowej... Wtedy byłem Panisko, z firmowym samochodem i swobodą w dysponowaniu czasem... Często jeździłem jednak pociągiem i wtedy robiłem w Koluszkach jednodniowy postój dla zajęcia się innymi, ważnymi sprawami... 

W owych czasach istniało w Koluszkach kółko raperskie „Ciotka”, którego duszą był Józek Liwko (Liwko, Liwko, skocz po piwko), zdegenerowany artysta-wagabunda, degenerat i literat, który pisywał różnym znanym takie różne teksty... Inne wcielenie Himilsbacha, ale do towarzystwa nie został przyjęty gdyż był to straszny opój i grubianin... Spotykałem się z Józefem i jak inni stawiałem mu wódkę, bo bez wódki by nie wyżył... Miewał dobre pomysły i był niezłym jajcarzem... 

Tym razem też jechałem na spotkanie do Łodzi, bo miałem dyskutować z Dyrektorem Centrum Szkolenia Zawodowego jakiś nowy projekt unijny... 

Dzień był dość ciepły i świeciło słońce, co dodatkowo wpływało na mój dobry nastrój... Pociąg wtoczył się na dworzec punktualnie, pasażerów w wagonie nie było zbyt wielu; w przedziale byłem sam, gdyż podróżowałem pierwszą klasą...

Podczas postoju w Koluszkach, do mojego wagonu zbliżył się niemłody już konduktor, wlokąc po peronie pękatą walizę za którą podążał pewien zadyszany jegomość... Konduktor otworzył drzwi wagonu, z trudem wciągnął walizę po schodkach, a potem zaczął ja popychać nogą wzdłuż korytarza...  

Podczas dotychczasowej podróży nudziłem się serdecznie, ale to miało się wkrótce zmienić, bo konduktor otworzył mój przedział, wepchnął do niego bagaż i jego właściciela, spojrzał na mnie surowo a potem rzucił - „panie, to Francuz, zaopiekuj sie pan nim”, i zaraz potem zniknął...  

Z zainteresowaniem zacząłem przyglądać się przybyszowi - mocno rozgrzany, długa twarz z końskimi zębami, wysoki, prawie łysy. Przesunął walizę pod okno przedziału, wyciągnął z kieszeni eleganckiego, tweedowego płaszcza ogromną, jedwabna chustę i zaczął wycierać łysinę. Prawie tak samo ogromny tabaczkowy fular miał owinięty wokół szyi. Usiadł na siedzeniu tyłem do kierunku podróży i przez jakiś czas sapał i wzdychał; jakby to wtargnięcie do przedziału nie tylko go zmęczyło, ale było również zakończeniem jakichś niezbyt miłych przeżyć... 

Patrzyłem na niego z dużym zainteresowaniem i sympatią bo wyglądał na Anglika, ale był łudząco podobny do jednego francuskiego aktora, który nazywał się Fernandel... Dawno temu, na ekranach kin w Polsce można było oglądać wiele filmów z Fernandelem. Szczególnie utkwiła mi w pamięci „Czerwona oberża”, historia z poczciwym zakonnikiem, który próbował zapobiec serii zabójstw gości, których pozbawiał życia krwiożerczy oberżysta... Świadomość, że to nie Anglik, że Francuzów nazywa się żabojadami i że w 40 roku poddali się Niemcom prawie bez walki, przestała mieć dla mnie większe znaczenie... Francuza polubiłem... 

Po dłuższej chwili, Francuz przestał sapać i zwrócił się do mnie łamaną polszczyzną „polski, polski, ne rhozume” i coś tam jeszcze. Zaczął gadać, na pewno myślał, że po polsku...Natychmiast zorientowałem się, że czeka mnie niezłe wyzwanie, bo jego polszczyzna wydała mi się znacznie gorsza niż mój francuski... Postanowiłem więc szybko złapać byka za rogi. 

Francuskiego raczej nie znam, ale w Paryżu bywałem, na placu Pigalle też; poza tym, znane jest mi dziedzictwo Wielkiej Francuskiej Rewolucji Październikowej; dodatkowo, na na progu młodości, ważna dla mnie była wiedza na temat francuskiej choroby i francuskiej miłości. 

Dodatkowo, razem z kilkoma szkolnymi kolegami, byliśmy w 1956 roku na międzynarodowych, sześciotygodniowych koloniach letnich w Karpaczu, a część kolonistów była z Francji. W okamgnieniu przyswoiliśmy sobie sporo użytecznych zwrotów i nieprzyzwoitych słów, ale najładniejsze było kelkeszoz...  

Muszę nadmienić że w ciągu wielu dekad, przez głowę przeleciało mi sporo francuskich słów i zwrotów; przeważnie z książek, muzyki skoczno-rozrywkowej i z filmów, ale nigdy usilnie nie starałem się ich zapamiętać. Pomimo tego, wiele z nich, tak-jakoś, w głowie mi pozostało... 

Pomimo nie ugruntowanej znajomości francuskiego, mam jednak podobno świetny francuski, wręcz paryski akcent, co stwierdził kiedyś zazdrośnie mój dobry kolega-obieżyświat, który mieszkał we Francji; potwierdzili to również nieliczni Francuzi i Francuzki mojego życia, którzy bez skutku próbowali się ze mną zaprzyjaźnić... Owego kolegę cenię bardzo, gdyż uświadomił mi kiedyś różnicę pomiędzy koniakiem i armaniakiem... Kolega testował mój francuski akcent każąc powtarzać wieloktotnie „pahrle fhranse, komahr muchę ukąse”, oraz „thrę dupą o thretuahr”, co podobno wypadło znakomicie...  

Wykop Skomentuj
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Kultura