24 obserwujących
224 notki
209k odsłon
  2368   2

Co się wydarzyło w Palmową Niedzielę w kościele na Florydzie – niezbadane są wyroki boskie

Z Internetu
Z Internetu

„Jak niezbadane są Jego wyroki i nie do wyśledzenia Jego drogi. 'Kto bowiem poznał myśli Pana, albo kto stał się Jego doradcą, albo kto dał Mu coś najpierw, aby otrzymać coś w zamian'. Ponieważ z Niego i przez Niego i dla Niego jest wszystko. Jemu chwała na wieki! Amen.”

List św. Pawła do Rzymian 11,33-36


Otworzyliśmy z Zosią oczy w Palmową Niedzielę, pogodną i słoneczną... Taka pogoda na Południowej Florydzie ostatnio się utrwaliła.

Planowaliśmy iść w Palmową Niedzielę do kościoła na mszę... Robimy to w Palmową Niedzielę od zawsze, niezależnie gdzie jesteśmy – razem czy osobno.

Byliśmy w dobrym nastroju... Wczoraj wieczorem wpadliśmy do pobliskiej restauracji na pizzę. Zachciało się nam pizzy, chociaż w czasie koronawirusowego zatracenia, pizza stała się główną dostawą do domu, przez rozliczne okoliczne pizzerie i restauracje...

Czasami zamawiamy do domu pizzę w niedalekim Brooklyn Boys Pizza. Nie zamawiamy w Pizza Hut ani w Domino’s Pizza, bo jakoś nam nie pasują.

Bardzo blisko nas, na Glades Road jest restauracja „Stallone’s”. Właścicielem jest kuzyn słynnego aktora... Już dawno tam nie byliśmy.

W restauracji, na początek narobiłem wrzawy, bo zachciało mi się aby poprosili aktora do nas do stolika... Obsługa dość uprzejmie poinformowała, że znany aktor bywa tu rzadko; mieszka co prawda w Palm Beach, ale ma wiele spraw na głowie...

Aliści, później przyszedł manager, który sprawy zna lepiej; potwierdził, że Sylwester Stallone czasami bywa... Powiedział nawet, że jest skłonny poinformować mnie kiedy w restauracji się zjawi, bo życzliwie zrozumiał że chcę mieć jego autograf na baseballowej czapce „azzura”.

Zjedliśmy z Zosią medium pizza „Stallone special”, z białym, serowym topem, pomidorami, szpinakiem i kaparami... Zapiliśmy toskańskim winem i czuliśmy się bosko...

Jak zwykle o tej porze roku, wstaliśmy w niedzielę późno i słońce było już wysoko... Po kawie i śniadaniu zaczęliśmy się stroić na Palmową Mszę...

Mamy ulubiony St.Juda Church, który jest w sporym od nas oddaleniu. Są w okolicy katolickie kościoły znacznie bliżej nas, ale z różnych powodów w nich nie bywamy.

Najbliższy polski kościół jest w Pompano Beach... Msze są tam odprawiane po polsku i uczestnikami są prawie wyłącznie Polacy... Do kościoła jest daleko i bywamy tam niesłychanie rzadko, również z innych względów.

Kościół Św. Judy jest duży, z czterema nawami i przestronnym zadaszeniem w środku... Ma witrażowe ona i jest przytulny. Jest położony na dużym zielonym terenie; jest tam nowa szkoła z świetlicą, boisko i tereny rekreacyjne. Przy kościele jest ogromne zadaszone patio, gdzie odbywają się różne niedzielne spotkania wiernych, obchody i festiwale...Często tam bywaliśmy po niedzielnej mszy

Wszystko ustało, jakoś tak w lutym 2020... Obchody Wielkiej Nocy zaczęły być skromne i ograniczone; rokrocznie, w Wielką Sobotę, przychodziliśmy tam ze Śwęiconką, ale w ubiegłym roku już nie.

Największą stratą, było graniczenie dostępu do kościoła i wydawanie passports na uczestnictwo we mszy... Może nie dokładnie paszportów, ale trzeba było wcześniej zapisać się na listę... Przekonaliśmy się, że bez zapisów i przy zapełnionych ławkach, do kościoła wejść się nie da.

Praktyka był taka, że co drugi rząd ławek w kościele był zamknięty, a w rzędach dozwolonych były utrzymywane bezpieczne odległości. Jeśli przyszła wielodzietna rodzina, był kłopot i zamieszanie.

Najgorsze jednak było to, że kościół ogłuchł... Najważniejszym powodem naszego uczestnictwa w nabożeństwach u Św. Judy była muzyka – wspaniały chór i śpiewy z udziałem wiernych... Było to coś wspaniałego i monumentalnego.. Kościelny tenore i soprano, były chyba godne La Scala...

Przychodziliśmy tam ze znajomymi na okolicznosciowe koncerty i śpiewy, w tym koncerty chóru a capella.

To wzystko ; uczestnictwo stało się przygnębiające i do kościoła przestaliśmy chodzić.

Niejednokrotnie po mszy, spotykaliśmy się z kapłanem, miejscowym proboszczem, z którym prowadziliśmy różne rozmowy...

Zwykle byłem stroną atakującą; rozmawialiśmy o posoborowych zmianach w Kościele, o miejscowej parafii i międzynarodowych zmianach na świecie; oczywiście również o sposobie uczestnictwa w Mszy Świętej... Probszosz, ksiądz John, jest wysokim, krwistym Irlandczykiem i Franciszkaninem, chodzi w brązowym habicie i chowa ręce w jego rękawy... Bywał w Polsce w kilku parafiach i zna wielu Polaków.

Nie widzieliśmy się od dawna, więc miałem nadziej, że się na niego natknę.

Zdążyliśmy na ostatnią mszę, na 1:00 p.m., Wystrojeni - Zosia założyła gustowną wiosenną sukienkę i pantofelki na pó-wysokim obcasie. Ja założyłem beżowe, gabardynowe spodnie i eleganckie staromodne zamszowe buty na gumowej podeszwie; jak się okazało, które spowodowały nieszczęście.

Schodząc, przed Zosią z trzech schodków, do przejście do ołtarza, potknąłem się i przewróciłem na kościelną posadzkę – i to jak!

Lubię to! Skomentuj23 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Rozmaitości