24 obserwujących
248 notek
232k odsłony
  532   0

Z Miami do Warszawy - lot po sok z buraka

self
self

Początkowy tytuł felietonu "Lot z Miami do Warszawy – po butelkę soku z buraka" zmieniła Zosia... Nie bardzo protestowałem...

„Już rok przeminął prawie cały, kiedy ode mnie odjechałeś...”... Słowa niezapomnianej piosenki Krystyny Konarskiej, sprzed lat...

Prostuję ... minął nie rok, ale tydzień; nie odjechałeś, ale przyjechałeś... Zosia mi tego nie śpiewa, bo jest ze mną „od zawsze”; Kornelia też nie śpiewa, bo po anty-Covidowej szczepionce straciła głos... Nie tylko głos; after all, Kornelia śpiewa tylko wtedy kiedy sama chce. Nie inaczej.

Wyleciało się nam tydzień temu z Miami, upalnym popołudniem...

Dreamlinerem lecieliśmy prawie 10 godzin - unoszeni przez prężne skrzydła LOTu... Na MIA poszło gładko; mieliśmy w papierach co musieliśmy (świadectwa anty-Covidowych) szczepień), reszta nie miała większego znaczenia... W sumie – luzbluz, jak to na Florydzie bywa.

W samolocie sama pycha – jedzenie, napoje, stewardessy. Właściwie, powinno być w porządku odwrotnym... Stewardessy first... był też steward; całkiem w porządku, bo o Zosię dbał i drinki donosił... Podczas nocnego przerywnika mieliśmy sesję work-out ze stewardessami – ćwiczenia rozciągająco-rozrywkowe z muzyką na korytarzu samolotu... Było pysznie!

Ponieważ los (LOT też) jest zawsze sprawiedliwy, na Okęciu – Szopę wylądowaliśmy w strugach deszczu... Dreamliner nie zakołował pod terminal, ale osiadł gdzieś na peryferiach lotniska... podczas przeprowadzki do lotniskowych autobusów zmokliśmy do suchej nitki.

Nie zaczęło się zbyt dobrze, bo Zosia nie była bardzo zadowolona... Potem okazało się że miała rację, bo zaczęło się przeczołgiwanie nas, pasażerów, przez odprawę... Zosia marudziła że to istna przeprawa po polsku pod prąd; aliści jej wytłumaczyłem, że wszystko jest na pewno zgodne z przepisami, więc - "jak trzeba"...

Przepełznęliśmy przez strefę „spoza Schengen”, więc może dlatego wyłaziła zbytnia nadgorliwość funkcjonariuszy polsko-unijnych... Nie sądzę że miało to związek z powrotem do kraju Donalda Tuska (podobno na białym koniu), ale ja w Polsce stęchłą niemczyznę zawsze wyczuwam... O dziwo - nie wyczułem rusczyzny, choć ona też wonieje... Ale ponieważ w samolocie rozległy się szepty, że Putin straszny jest, wszystko i tak padło na Ruskich...

Co do funkcjonariuszy, to zabrali Zosi wodę „Nałęczowianka”, wyfasowaną w samolocie; pewnie dlatego, że było bardzo gorąco...

Ostatni etap naszych udręk miał miejsce przy przechodzeniu przez zieloną strefę celną „nothing to declare”... Rzecz jasna, zostaliśmy zatrzymani na przetrząsanie; niezwykle spokojni, bo cały szmugiel przeszedł bokiem, czekaliśmy na jedynie możliwy wynik kontroli... Największą korzyść miałem z tego ja, bo podczas rozmowy z uroczą i postawną celniczko-blondynką dowiedziałem się, że w naszym bagażu jest najwięcej damskiego obuwia, trochę ciuchów i parę drobiazgów... Po upewnieniu się że męskie obuwie też jest obecne, byłem już całkiem spokojny absolutnie...

„Moja żona świadczy o mnie” – to porzekadło zawsze mi się dobrze sprawdzało; co do Zosi, już dawno temu przekonałem ją, że musi działać obu znacznie i obustronnie... Aby nam się!

W końcu wygramoliliśmy się do przestrzeni publicznej, po ponad 3 godzinach od chwili wylądowania... W moich praktykach podróżnych, na Okęciu bywało znacznie gorzej... Nil desperandum!


Zmęczeni, ale zadowoleni zostaliśmy na zewnątrz dopadnięci przez Ubera, zamówionego przez naszą znajomą; on-że krążył wokół lotniska czekając na wieści z lotniskowego magla... Podobno, po wjeździe „na teren”, przewoźnik ma na odebranie pasażera tylko 7-10 minut, bo później musi płacić na wyjazdowej bramce PLN 30 (!?).

Następnego dnia, w piątek tydzień temu, z nieba lał się w Warszawie żar... W mieszkaniu na Bemowie – Lotnisko, córka włączyła 2 musujące powietrze wentylatory, ale klimatyzacji było nam dotkliwie brak...

Tak zaczął się tydzień... Ostry start, miękki lot, twarde lądowanie… Początek rozpoznawania tutejszej rzeczywistości again... Wraca nowe.

O najważniejszej sprawie tylko zacznę – przyleciałem do Polski aby zakupić, w celu nabycia - pełną butelkę soku z buraka... To będzie chyba długa historia.

Wspomnę jeno, że przyleciałem do Warszawy ubrany jak na weselisko – czarne obcisłe, ale długie gacie – biale, wysokosznurowane na czarno snickersy, czarna T-shirt z napisem, zielona marynarka w czarną kratę z podwiniętymi rękawami, na głowie słomkowa panama, „all black” sunglasses... Najważniejsze – na szyi miałem zawieszony na łańcuszku pokaźny i masywny krzyżyk ze stali – znak chrześcijańskiej wiary...

Dlaczego?... Dla demonstracji...dla zauważenia, bom-Mosiek... dla przekonania się jak zareagują arcy-katoliccy Polacy... Nie zawiodłem się... To była pierwsza kropla soku z buraka wypita w Polsce po 3 latach nieobecności... Gorzka ona była.

Następnego dnia kupiłem buteleczkę... Jeszcze nie otwarta, ale już kilka spotkań „na miejscu” mieliśmy i co najmniej kilka dalszych kropel spłynęło, diabli wiedzą skąd...

Lubię to! Skomentuj12 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Rozmaitości